piątek, 18 stycznia 2008

[18 I 2008] piątek, aż takiego postu nie będzie!

arcyciekawa sesja na GPW
zacznijmy od tego, że arcyspecjaliści z Gazety Wyborczej (gazetka osiedla na Czerskiej) pisali dzisiaj o tragicznych wydarzeniach na giełdzie i prognozowali wielkie spadki po sesji w USA. Jeśli ktoś ich posłuchał, to ma problem - po tygodniu lub miesiącu dowie się o tym z organu Michnika, gdy organ zacznie gardłować o wielkim odbiciu i końcu korekty, hossie i innych bajeczkach (wtedy znów będzie za późno). Rozwój sytuacji wygląda bowiem tak, iż w Tokio mieliśmy wczoraj byczą sesję:





co przy coraz bardziej wyprzedanym rynku i drugiej wzrostowej sesji w Japonii daje dość poważny sygnał do zainteresowania kupnem. Potem sesje w Europie - którym ton nadały dobre dane z Eurolandu (nie ma śladu spowolnienia, no może poza danymi z Anglii i Polski - dane o produkcji przemysłowej z grudnia rzeczywiście dość cienkie). Efektem tego jest równie bycza sesja na rodzimych indeksach - co ciekawsze, przy dużych obrotach (ponad 2,68 mld):





Co to oznacza? Mamy dziś długą białą świeczkę, która zamyka lukę bessy sprzed paru dni, potwierdzając tym samym formację dnia odwrotu. Jeśli świat się nie zawali - w najbliższym czasie z dużym prawdopodobieństwem będziemy sobie rosnąc.
Dlaczego zacząłem od miglanców z Wybiórczej? Dlatego, że jeśli się formułuje poważną tezę, to należy przybliżyć wszystkie przesłanki, które mogą mieć wpływ na prawdziwość tezy. Jeśli się tak nie robi, to albo chce się kogoś wprowadzić w błąd, albo jest się głupolem i trzeba się douczyć. Teza z Wyborczej brzmiała tak:
Wczoraj amerykańskie indeksy pospadały o 2% każdy, co wróży u nas potężne spadki.
Jak tę samą rzeczywistość opisałby byle ciułacz, który ma jakiekolwiek pojęcie o rynku? Poniżej:
Sesje w USA cieniutkie jak barszcze ze względu na dane z Florydy, spore straty jednego z banków oraz dość pesymistyczną wypowiedź szefa Rezerwy Federalnej - w dużej mierze emocje. Czeka nas jednak sesja na rynkach japońskim i chińskim, które ostatnio pokazały siłę dając nadzieję na dzień odwrotu. Poza tym - duży wpływ na przebieg jutrzejszej sesji będą miały dane z Polski i Eurolandu. W obliczu ostatnich wydarzeń, można się raczej szykować na dość mocną walkę w obronie indeksów. Pożyjom, uwidim.


sporadycznie, oraz uniwersalnie
odnoszę się do jednego z komentarzy pod wczorajszym pościdłem, bo wydał mi się ciekawy dla szerszej publiki. Otóż, sporadyczny, vel uniwersalna2 vel Endrju, komentuje poniższy fragment:

Skąd porażka UPR, który w haśle również ma sprawiedliwość? Ano stąd, że jej kandydaci w spotach wyborczych podawali swoją definicję sprawiedliwości... każdemu to, co mu się należy.-

w następujący sposób:

tak tylko...bo nie rozumiem...kto /jeden człowiek, grupa czy organ, a może prawo/ ma ocenić co mianowicie należy się konkretnemu człowiekowi? Czy np.jak alkoholik spadł po pijanemu ze schodów to należy mu się opieka medyczna polegająca na złożeniu złamanej kości podudzia czy też mu się nie należy?- nie piszę po to, aby znowu grzebać kijem w mrowisku, tylko po to, aby zrozumieć dość oryginalną, moim zdaniem, wizję uprawiania polityki przez UPR, którą widzę tak: słabi muszą odpaść, najlepiej ze skały, i najlepiej za młodu, a już całkiem najlepiej to za bardzo młodu -

Temat powraca jak bumerang i wynika chyba z niechęci posiadania wciąż z tyłu głowy całości wizji, której jedną z tysięcy reprezentantek jest Unia Polityki Realnej. Wizja ta dotyczy roli Państwa. Pytanie o kość alkoholika, który wypitolił się na schodach sugeruje, że jeśli nie chcemy państwowej służby zdrowia, to nie kochamy alkoholika i nie chcemy mu złożyć kości (do której to wizji Andrzej się przyznaje w końcu komentarza). Otóż, chciałem zaznaczyć, że całość wolnościowej, prawicowej i de facto katolickiej wizji państwa jest o wiele szersza, niż brak lub inny kształt państwowej służby zdrowia. Jednym z fundamentów tej wizji jest zasada pomocniczości sformułowana przez Papieża Leona XIII. Otóż, jeśli weźmiemy pod uwagę inne elementy tej wizji, stanie się jasne, że sprawa nie jest już tak prosta. Bo jeśli nie chcemy publicznej służby zdrowia, a równocześnie uwalniamy ludzi od tysięcy obciążeń podatkowych i parapodatkowych, jeśli umożliwiamy im doświadczenie prawdziwych mechanizmów rynkowych, które ostatecznie oduczają chlania, oszukiwania, robienie ludzi w balona. Jeśli uczy ich to wyrzeczeń, oszczędzania, odpowiedzialności... to czy nie jest tak, że po pierwsze wokół pijaczka znajdzie wielu, którzy będą chcieli mu wytłumaczyć, że pic nie należy, którzy zechcą mu pomóc, lokując go w prywatnej klinice (mają już na to pieniądze, a ceny usług medycznych spadną dzięki konkurencji), nie tylko ze względu na możliwość finansową, ale i dlatego że lubią działać społecznie i widzą w tym sens, gdyż w końcu mają na to czas, bo nikt ich nie okrada. Czy nie będzie w końcu tak, że pijaczek zauważy iż tylu jego znajomych robi fajne rzeczy, nikt nie ma możliwości zakombinowania, dostania na lewo koncesji, etc. to i otuchy nabierze do wyjścia z nałogu. A może wówczas pijaczkiem zajmie się jedna z tysięcy prywatnych fundacji, które napowstają równocześnie? A może przygarnie go jakaś instytucja religijna, mająca kupę kasy na działalność, bo ludzie nie szczypią już się w kieszeń... De facto dajemy pijaczkowi lepsze szanse. Teraz bowiem pijaczek łamie nogę, dostaje wpitol od gnoi na klatce, których nie pilnują zaharowani rodzice (muszą w końcu poopłacać tysiące rzeczy), jeśli komuś się będzie chciało przedzwonić na pogotowie (po co dzwonić, skoro nie ma kasy na nic, a takiego pijaczka i bumelanta leczyć nie ma sensu, bo przecież podatku i tak nie zapłaci, a jeśli nie ma dokumentów to i tak mu mogą nogi nie złożą), to go wezmą, jeśli nie, to sobie pójdzie dalej. Jeśli przyjedzie - to mu złożą tak, że mu się nie zrośnie, bo doktora nie ma, bo ma lepsze fuchy w czasie dyżuru, a pani pielęgniarce po piątej kawusi się nie chce tego dobrze zrobić takiemu brudasowi.
Proszę jeszcze zauważyć inną rzecz - jeśli pijaczek zauważy, że jest sam odpowiedzialny za siebie, dostarczy mu to pozytywnego impulsu. Kwestia antropologii - albo uważamy ludzi za debili niezdolnych do refleksji, czyli nie dostrzegamy w nich boskiego obrazu (czyli jesteśmy socjalistami albo narodowymi socjalistami), albo dostrzegamy, wówczas jesteśmy normalni i realistycznie patrzymy na świat.
Miłość do pijaczka wymaga nie tylko złożenia mu biodra, ale znacznie, znacznie szerszych działań, które w efekcie skutkują tym, że a nuż pijaczek przestanie być pijaczkiem, przestanie łamać gice i zajmie się czymś pożytecznym.


uśmiech, a tam białe ząbki
gdybym przyjechał tutaj na tydzień i był wykształciuchem, to wróciłbym do Polski i zaczął każdej napotkanej osobie wciskać gadkę: jejku, na Zachodzie ludzie zawsze tacy uśmiechnięci, zadowoleni z życia, mówią zawsze "dzień dobry", żegnają się, a tu w Polsce same smutasy i antysemici.
Tymczasem, gdy już za miesiąc bez dwóch dni powrócę na łono Polski, powiem tak:
Jeszcze nigdy nie miałem okazji z taką intensywnością odczuć sztuczności i konwencji społecznych. Tysiąc razy w ciągu miesiąca słyszałem "Życzę ci miłego łikendu", "Jak leci" po którym nie zdążyłem nawet odpowiedzieć, bo pytający wykazywał zniecierpliwienie, tysiące razy widziałem uśmiech "Jak się odwrócisz, powiem że jesteś głupi i przestanę się uśmiechać".


Rewolucja i Kontrrewolucja
wciąż nie poruszyłem tego tematu - dziś też nie poruszę. W paru zdaniach chcę jednak zasygnalizować istnienie problemu właścicielskiego stosunku do dzieci, zupełnie obcego kulturze katolickiej. Otóż: chcę dziecko - odkładam piguły. Nie chcę dziecka - biorę piguły. Chcę dziecko a nie mogę - zamawiam dziecko w klinice in vitro. Nie chcę dziecka, a jestem w ciąży - zabijam dziecko. Mam dziecko, a nie chcę więcej - biorę piguły. Mam dziecko - ma być takie jakie sobie zaplanowałam. Nie jest takie jak zaplanowałam - robię nowe, a to ma przepitolone, bo mamusia już go nie kocha i go nie chce.
Tak, czy siak - jeśli dzieciaczek się urodzi, to i tak ma przewalone, bo i tak jest traktowany od początku jak płód. Tylko że najpierw jako płód nieurodzony, a potem jako urodzony.


myśl na dziś
O mężu szczęśliwy, błogosławiony Józefie, któremu było dane nie tylko widzieć i słyszeć Boga, którego królowie chcieli widzieć i nie widzieli, słyszeć i nie słyszeli, ale również pieścić Go, całować, ubierać i strzec!
Inwokacja do św. Józefa z modlitw przygotowawczych do Mszy Świętej, za: św. Josemaria Escriva, To Chrystus przechodzi, Katowice-Ząbki 2003, str. 145

1 komentarz:

Piotrek pisze...

czesc, moze Cie (kogos?) zainteresuje:
www.blogroku.pl - dit

ciekawostki: