piątek, 19 lipca 2013

Ach ta Ukraina... z nią tylko same kłopoty!

Pisałem ostatnio o Kolegium św. Stanisława Kostki, czyli szkole dla Polaków ze Wschodu z warszawskiego Wilanowa. To projekt dobroczynny, który mnie bardzo wciągnął, dlatego sprawom Wschodu poświęcam coraz więcej uwagi. Oczywiście powody rodzinne (także ze strony Oleńki) nie są tu bez znaczenia.
Ostatnio obchodziliśmy 70. rocznicę Rzezi Wołyńskiej, przy okazji której Sejm pobawił się w językową dezynwolturę, zamach jajkiem na Prezydenta… i ostatnio konferencję w tymże Sejmie na temat relacji Ukrainy z Polską i UE.

Główna myśl, która z niej płynie, to jednak przekonanie o tym, że z Ukraińcami warto rozmawiać i wspierać ich dążenia do wstąpienia do Unii Europejskiej. Oczywiście abstrahując od tego, czy warto do Unii wstępować (co zresztą trzeźwo zauważył jeden z panelistów, ale chyba nie po lekturze jednego z moich wpisów nt. korupcji przy projektach UE) ;-) warto zastanowić się co z przeszłością. Tak, tak, z Wołyniem i obecnym tu i ówdzie na Ukrainie kultem zbrodniarza Bandery. Podstawowe pytanie brzmi, czy my w ogóle mamy jakąkolwiek agendę w tym temacie, bo sądząc po ruchach Prezydenta, jedynym pomysłem jest wspólne przepraszanie Pana Boga za winy jakichś tajemniczych „onych” :-)
Więc z jednej strony nasz interes leżący w tym, by Ukraińcy przestali nas upokarzać, widząc równocześnie jakiegoś zadawnionego oprawcę, któremu tak naprawdę należała się rzeź, którą nie nazywamy ludobójstwem… z drugiej jednak, o czym też mówili w Sejmie – kwestia Rosji. Z tego, co mówili paneliści z Ukrainy, istnieje realna obawa o to, że Rosjanie zwasalizują sobie Ukrainę gazowo i na parę innych ekonomicznych sposobów i wówczas możemy być pewni, że obecni lwowianie będą do nas wrogo nastawieni…
Jesteśmy więc w sytuacji nawet typowej dla biznesu :-) Mamy partnera, który kiedyś zrobił nam kuku po okresie długoletniej współpracy, teraz chcielibyśmy dać mu jednak nauczkę, bo nie chce się przyznać do braku lojalności, ale chyba mądrzej jest zaczekać z walką o ten krótkoterminowy interes, bo wokół niego kręci się duży konkurent, który może przebić naszą najlepszą ofertę współpracy. Jest tylko jedno pytanie – czy to nie jest gra i tak naprawdę nie chodzi o coś trzeciego. Wiem jedno – polityka jest interesująca, ale chyba za dużo w niej drugich denek… ;-) A Czytelnicy co uważają?

sobota, 5 stycznia 2013

Nowy Gnyszkoblog już ruszył :-)

Mili moi :-)

Obiecałem kiedyś reaktywację Gnyszkobloga. Dokonała się.
Od pewnego czasu pod nowym adresem: www.maciejgnyszka.pl publikuję nowe wpisy. Nie w takim tempie jak dawniej, choć dziś obiecałem zwiększyć tempo. Zapraszam do nowej lokalizacji wszystkich, a szczególnie RSS-owiczów, którzy jako pierwsi przeczytają ten wpis!

środa, 5 stycznia 2011

[5 I 2011] zamiast posta - audycja | wigilia Objawienia Pańskiego

zamiast posta - audycja
jako, że ja się nagadałem - Wy posłuchajcie zamiast czytać:



myśl na dziś
Twój talent, twój urok osobisty, twoje możliwości... marnują się. Nie pozwalają ci ich wykorzystać. — Zastanów się nad słowami jednego z autorów duchowych: „Nie marnuje się kadzidło, jeżeli jest ofiarowane Bogu. — Większa płynie chwała dla Pana z ofiary z twoich talentów, niż z próżnego ich użycia”.
św. Josemaria Escriva, Droga, nr 684

poniedziałek, 3 stycznia 2011

[3 I 2011] Osiem miesięcy bez Gnyszkobloga, czyli mały kambek

powitanie
jutro minie ósmy miesiąc od ostatniego posta... Osiem miesięcy! To niemożliwe na dwa sposoby - po pierwsze, to niemożliwe że miałem tak długą przerwę (co ma wiele powodów). Po drugie - to niemożliwe, że po tak długim czasie człowiek ma jeszcze chęć odgrzać zimne danie. Witajcie więc po długim czasie... i przyjmijcie skrótowe wytłumaczenie.

tłumaczymy
podstawowym wytłumaczeniem dla tak długiego milczenia jest brak czasu. To przyczyna bardzo prozaiczna, ale podstawowa. Nadszedł moment wypłynięcia na szerokie wody, o czym już pisałem w poprzednich postach (Gnyszka Fundraising Advisors, Towarzystwa Biznesowe, NewRebel Interactive, czy ostatnio Dobroczynnosc.com), a co wymaga ode mnie dużego zaangażowania. Uwagi, czasu, energii... W obecnej sytuacji pisanie bloga, to niestety luksus.
Ale na tym nie koniec. W międzyczasie pojawił się Pejsbuk, poza nim BLIP i Twitter, które dały łatwy sposób na komunikację w tych warunkach. W warunkach takiego pędu możliwość wrzucenia filmiku z parozdaniowym komentarzem, które razem tworzą celny przekaz - wypełnia świetnie lukę po długaśnych postach na Gnyszkoblogu. Oczywiście nie całkowicie.
No i ostatnia sprawa. W obecnej sytuacji nie wszystko co chcę powiedzieć... nadaje się w danym momencie do publicznego powiedzenia. Z naciskiem na dany moment. Ruskie ponoć mają przysłowie, mówiące że im ciszej jedziesz, tym dalej zajedziesz. Coś w tym jest, choć tą samą zasadą od zawsze kieruje się Kościół, którego młyny mielą powoli, a na wszystko reaguje po namyśle i z mądrością...

piosenka KSRu
wczoraj porządkując swój plecak (po trzech bodajże latach - ileż wspomnień)... znalazłem zwiniętą karteczkę, która zawierała piosenkę mojego oddziału z czasów wojska. Ach... staję się sentymentalny, ale ileż razy ją śpiewałem jako kapelmistrz swojego oddziału.
Ksiądz, zapodawaj psalm! - tak zawsze chor. Klepacki wzywał mnie do darcia gardełka. Posłuchajcie:

Nie masz nad żołnierza dzielniejszego człeka
Chociaż nie jest lekko, on nic nie narzeka
Zimno, mróz na dworze, wiatr śniegiem zacina
W podartym mundurze idzie spec-maszyna

Na bagnach, na polu dowódca plutonu
Ciągle gania, ciągle z nami jest przy boku
A kiedy taktyka jutro się rozpęta
Pójdziemy do boju jak dzikie zwierzęta

A nasze koszary to chłodny cień lasu
Głowy swe schronimy pod skrzydła szałasu
Zielone berety nie do pokonania
W kolumnie czwórkowej idą do zadania

Najlepsza jest trzecia grupa kaeseru
Gdziekolwiek idziemy, dojdziemy do celu
Panny patrzą z pożądaniem i ze łzami
Później jeszcze zdążą nacieszyć się nami

Polskie wojsko ma drapieżne charaktery
Za to względem kobiet najlepsze maniery
Już niedługo wychodzimy do cywila
Każdy czeka kiedy nadejdzie ta chwila
melodia: There she goes...
słowa
: st. chor. szt. Piotr Klepacki

myśl na dziś
Boże Narodzenie. — Nie widzę nic śmiesznego w tym, że sporządzasz Szopkę wśród tekturowych pagórków i dokoła niej umieszczasz naiwne figurki z gliny. — Nigdy nie wydałeś mi się bardziej męski, jak w owej chwili, gdy jesteś jak dziecko.
św. Josemaria Escriva, Droga, nr 557

wtorek, 4 maja 2010

[4 V 2010] chaos na kolei - przesilenie w umysłach i spieniony Wałęsa

Znów w pociągu
Pangrzyzga znów zasiadł w pociągu i pisze. Niesprzyjające okoliczności jak nigdy dotąd – na pokładzie dwoje dzieci z babcią i rowerkiem, harmider jak w ośrodku leczenia ADHD... Mateusz i Barbarka lubią bawić się dinozaurami z jajka-niespodzianki. Pangrzyzga zaś lubi czytać, co oznacza że konfrontacji obu upodobań wymagała przynajmniej z mojej strony dużego samozaparcia. Mając jednak na uwadze najbliższosierpniowe wydarzenia, potraktowałem to jako ćwiczenie.
Ćwiczeń dziś aż nadto, bo rano należało popracować nad cierpliwością – PKP Przewozy Regionalne dostały w palnik od którejś innej spółki PKP (może PLK?), która nie wpuściła pociągów PKP PR na swoje tory w zamian za brak płatności. Rzetelność nade wszystko, więc z jednej strony ucieszyłem się na ten akt sprawiedliwości, z drugiej... też się ucieszyłem, bo zamiast zatłoczonym InterRegio pojechałem o pół godziny późniejszym Expressem. Oczywiście z uszczerbkiem dla portfela, ale i zyskiem dla kalendarza. W Warszawie (daj Boże) – będę wcześniej.

„Przesilenie” Horubały
weekend upłynął mi na nauce, lekturze oraz aktywności towarzyskiej w gronie gości zapraszanych na ślub ze strony Oleńki. W ten sposób także chłopoman Grzyzga ponownie trafił „pod strzechy”, tym razem dolnośląskie. Jak zwykle z wielką dla siebie satysfakcją. Nie o tym jednak miała być mowa!
Mowa miała być bowiem o Przesileniu Andrzeja Horubały, które przeczytałem jednym tchem (rzadko się to zdarza ze względu na zwyczaj czytania kilku książek równocześnie) przy okazji poprzedniej podróży pociągiem do Oleńki.
Pierwszą rzeczą, która zadecydowała o moim zachwycie był język – soczysty, obrazowy, niekiedy nieco, powiedzmy „naturalistyczny”. Druga – to sam naturalizm w porównaniach, czy samych obserwacjach narratora (plamka sików na spodniach metaforycznej Niny Terentiew, czy w ogóle sama ta postać – mistrzostwo!). Jednym słowem – w sferze estetycznej wszystko to, co cieszy rubaszną i swojską część panagrzyzgowego umysłu. Trzecią rzeczą jest zaś sam walor faktograficzny, fabularny. Warszawka huczała (być może jeszcze troszkę pohuczy) od plotek na temat tego, kto jet kim w książce Horubały. Dlaczego? Dlatego, że bez litości odmalowuje stosunki, motywacje, stan umysłów i ducha panujące w środowisku skupionym wokół telewizji (nie sądzę, żeby kwestia ograniczała się jedynie do ludzi kręcących się wokół Woronicza). Jeśli ktoś dotąd miał wątpliwości co do tego jacy ludzie robią nam wodę z mózgu, kto decyduje o tym na co zwrócimy uwagę po dzisiejszych wiadomościach, albo dzięki tokszołowi... to dzięki Horubale ma okazję naprawdę, już oficjalnie, wątpliwości się wyzbyć. „Burdel” w nieco szerszym, niż technicznym sensie, to z pewnością zbyt łagodne określenie...
W związku z moim moją estymą dla Plinio Correa de Oliveiry i nurtu kontrrewolucyjnego, który reprezentuje zacząłem się zastanawiać, czy aby przypadkiem Przesilenie nie znalazłoby się na Indeksie Ksiąg Zakazanych, gdyby ukazało się w czasach istnienia tej zacnej instytucji. Wydaje mi się, że tak. Upodobania upodobaniami, rubaszność rubasznością... ale należy czytać przede wszystkim to, co przynosi duszy pożytek. Przesilenie raczej tego typu pozycją nie jest, można nawet stwierdzić, że jest książką dość pesymistyczną. Co więcej – na pewno może zgorszyć!
Dlaczego mimo to polecałbym lekturę tej książki? Ze względów poznawczych – przede wszystkim dla tych, którzy papkę medialną wciąż postrzegają pozytywnie, a miglanców z telewizora uważają za poważnych ludzi. Przydatna będzie również dla tych, którzy mają ambicje zrobienia rekonkwisty w tym środowisku. Wydaje się, że Horubale przyświecała właśnie idea opisania także takich osób... do których niewątpliwie należy sam Autor. Dlatego - Przesilenie należy koniecznie przeczytać.

Metody Rewolucji?
Jeszcze a propos Rewolucji i Kontrrewolucji – spotkałem się ostatnio z opinią, że np. Wystawa antyaborcyjna „Wybierz Życie” (której wsparcie w ramach Klubu ProAktywnych należy bezwzględnie zarekomendować) nie powinna być popierana przez katolików, gdyż stosuje metody Rewolucji.
Z taką opinią raczej się nie zgadzam i odrzucam argument „z rewolucyjności metod”.
Po pierwsze dlatego, że w ogóle nie rozumiem na czym miałaby polegać rewolucyjność ukazywania zdjęć ofiar w sytuacji, w której świat nie wierzy w to, że ofiara aborcji, to człowiek. Innej drogi w tej irracjonalnej sytuacji nie widzę, a jest ona uprawniona tym bardziej, że w poprzednich wiekach Kościół także stosował figuratywnych metod dydaktycznych (przerażające sceny piekła, bądź Sądu Ostatecznego)
Po drugie, dlatego że nie wiem, czy przypadkiem sama przesłanka, na której opiera się rozumowanie jest silna. Wszak mówi Pismo, żeby posługiwać się niegodziwą mamoną w dobrym celu. A czym innym, jak nie metodą jest ta mamona?

Wałęsa się pieni
z innej beczki. Przeraża mnie stopień zwariowania byłego prezydenta III RP, niejakiego Wałęsy. Pierwszym komentarzem, który usłyszałem po smoleńskiej tragedii był ten, wypowiedziany przez niedoszłego Europejskiego Mędrca, w którym zasmucił się na myśl o tym, że nie będzie mógł już wygrać paru procesów, które wobec Kaczyńskich planował. Daleko mi do obciachowych sformułowań typu „ciszej nad tą trumną”, ale facetowi ewidentnie wciąż się wydaje, że jest w centrum wszechświata. Nie muszę chyba zaznaczać, że tak nie jest – przynajmniej od czasów masowych protestów z początku lat 90., które pamiętam jak przez mgłę, a już na pewno od wydania wiekopomnej publikacji mgr Zyzaka, którą wciąż można kupić w nieocenzurowanej wersji (przypomnijmy, że sąd nakazał „poprawienie” treści w związku z tym, że córka Wałęsy została obrażona poprzez zacytowanie dokumentów z IPN-u, w których jest o niej mowa)!

Camorrowski
Tymczasem ożywił nam się także niejaki Hrabia Camorrowski, który jak ta ślepa kura trafił na ziarno w postaci Aneksu do Raportu o likwidacji WSI, który był przechowywany w Pałacu Prezydenckim, a który - jak pamiętamy z doniesień na temat afery marszałkowskiej – bardzo interesował naszego interrexa.
W moje ręce wpadła broszurka naszego Pierwszego Bufona RP opracowana jeszcze przed katastrofą pod Smoleńskiem albo na użytek prawyborów w PO, albo już pod wybory ogólnopolskie. Widać, że jednego Camorrowskiemu nie można odmówić – broszurę zatytułował nośnie „Prawą stroną”.
Zwolennik jazdy prawym pasem? O to chodziło?

Ogólny wściek i zdjęcia
Obserwacja facebookowo-socjologiczna okołosmoleńska. Żałobie narodowej towarzyszyła wielka aktywność wszelkiego rodzaju grup wyrażających albo rewerencję, albo wręcz przeciwnie – obojętność, bądź lekceważenie wobec ofiar. Przy czym ludzi cechowała szczególna nadwrażliwość – żałobnicy nie posiadali się z oburzenia na wszelkie objawy braku rozpaczy; obojętnych denerwowali zarówno żałobnicy, jak i olewacze. Ci ostatni zaś wylewali pomyje na żałobników. Nieraz mały komentarz mógł posłużyć jako pożywka do rytualnego „oburzanka” zarówno dla żałobników, jak i olewaczy. Sam zebrałem parę razy cięgi to z jednej, to drugiej strony.
Żałoba narodowa była autentyczna – ludzie zupełnie stracili równowagę emocjonalną. Internauci pod tym względem nie są różni – wręcz przeciwnie, stanowią bardzo czuły barometr. Do przesady.


myśl na dziś
Przedtem, sam jeden, nie potrafiłeś... — A teraz zwróciłeś się do Matki Najświętszej, i z Jej pomocą... jakże to łatwe!
św. Josemaria Escriva, Droga, nr 513

sobota, 1 maja 2010

[30 IV/1 V 2010] piątkowy pociąg a w nim myśli na temat Hiszpanii, Polski... i ducha rodzinnego

Jak zwykle…
… musiałbym zacząć pisanie od narzekactwa i tłumaczenia dlaczego ostatni raz pisałem w okolicach smoleńskiej tragedii. Jako, że P.T. Czytelnikom może się to nudzić, postanowiłem, że od razu przejdę do rzeczy! A jak!
Zacznijmy od spraw miłych… i na miłych skończmy!

Podziękowania dla Pana Piotra…
za kwietniową darowiznę, którą dopisuję do listy na prawej kolumnie. Byłem bardzo zaskoczony przeglądając ruchy na koncie, wśród których znalazłem tę wpłatę. Pangrzyzga stał się bowiem sługą nieużytecznym, w toku codziennej działalności nie mogącym pozwolić sobie na luksus regularnego notowania myśli, jak to miało miejsce dawniej (nie wspominając o czasach monachijskich, kiedy to po roku wypadało średnio 3 posty na dobę! Jest czas siania i czas zbiorów – tym razem zaś także podziękowań!
Orkiestra – dawajcie!



Jazda!
Jak wspominałem na Facebooku, zainwestowałem ostatnio w laptopa (poprzedni, mój wierny pierwszy laptop w życiu po prostu z dnia na dzień zdechł – za jednym zamachem padł układ zasilania i płyta główna). Co to znaczy? Otóż to znaczy, że grzeję nim teraz kolana zerkając z radością na stan baterii, która nie trzyma już 30 minut, do czego przyzwyczaił mnie poprzedni sprzęcik, ale znacznie więcej – prawie trzy godziny! A cóż to oznacza? To oznacza, że połowę podróży pociągiem relacji wiadomej mogę spędzić na nadrabianiu blogozaległości. No i czas na to wreszcie nadszedł.

Escriva – II tom
Ostatnim razem wspominałem też o lekturze, która mnie ostatnio pochłonęła. Chodzi o trzytomowe dzieło niejakiego Vasqueza – życiorys św. Josemarii Escrivy, założyciela Opus Dei. Nawet się nie obejrzałem jak podczytując ciekawie w pociągu, tramwaju, czy kolejce przebrnąłem przez kilkaset stron pierwszego tomu i znalazłem się w drugim! Teraz trwa wojna domowa w Hiszpanii, której wciąż nie mogę pojąć.
Opisy warunków, w jakich przychodzi św. Josemarii spędzać czas w jej trakcie (ciągłe poczucie zagrożenia dojmująca nuda i beznadzieja oczekiwania na nic w konsulacie Hondurasu) przypominają mi (w sensie stanu ducha) niektóre chwile spędzone w wojsku.
Cóż, czas stwierdzić, że żywoty świętych to pasjonująca lektura. Nie chodzi bynajmniej o nadzwyczajności, które często są wyśmiewane (sam Escriva to robi, pisząc gdzieś o przesadyzmie, który często z dobrej woli stosowali autorzy hagiografii – np. anegdotę o tym, że któryś ze świętych oseskiem będąc w piątki dla umartwienia odmawiał sobie piersi matki). Chodzi raczej o dostrzeżenie jak ta świętość wyglądała na co dzień, ile trudu wymagała – a przez to, że jest możliwa także w przypadku czytającego!

Kierownictwo duchowe
Chciałem już o tym napisać ostatnio, ale urwał mi się wątek i kwestii nie dokończyłem. To było wtedy, gdy pisałem o analogii świętość-sport. Chodziło mi głównie o kwestię kierownictwa duchowego, którego zasadność podważa kilku z moich znajomych. Otóż, moja myśl jest następująca: jeżeli musimy nabywać cnoty kosztem wad, a nabywamy je jedynie poprzez wytrwałe ćwiczenie, zachętę ze strony innych, pomoc w powstaniu po porażkach… to kierownictwo duchowe i spowiedź jest tym dla człowieka, czym osobisty trener i instytucja treningu dla zawodowego sportowca. Niezbędna? Chyba nikt nie ma wątpliwości.

Człowiek z Villa Tevere
W analogiczny sposób podchodzę do żywotów świętych, czy ich pism. Przynajmniej w moim wypadku są nie tylko narzędziem do nawiązania pewnej zażyłości z danym świętym, ale są po prostu szkołą tego, jak być i u mnie powinno. I cieszę się, że dane było mi to odkryć tak wcześnie – przypomnę, że pierwszą rzeczą, którą kupiłem samodzielnie, była zakupiona bodaj w drugiej klasie podstawówki biografia św. o. Pio autorstwa krakowskiego kapucyna, o. Józefa Gracjana Majki. Nie ma jej już niestety na rynku…
Podobna w klimacie jest trzytomówka Vasqueza, chociaż ostatnio usłyszałem, że o wiele przyjemniejsza w lekturze jest książka niejakiej Pilar Urbano, pt. Człowiek z Villa Tevere. Na razie czeka na półce na swoją kolej. Jeśli ktoś czytał – proszę o opinię w komentarzu, albo na profilu Gnyszkobloga na Facebooku.

Kochajmy się jak bracia…
Tym, co przykuło moją uwagę w I tomie Vasqueza, były stosunki ekonomiczne w przedwojennej Hiszpanii. Cóż innego mogłoby przykuć uwagę starego pieniężnika, Panagrzyzgi – prawda?!
Osobliwe było w nich coś trudnego do wyrażenia. Otóż, św. Josemaria jako kleryk, także i później za wszystko płacił. Pobyt w seminarium kosztował tyle a tyle, nauka w szkole tyle a tyle, za objęcie danego urzędu otrzymywano daną pensję, spisywano umowy na wiele rzeczy, stosunki były o wiele bardziej sformalizowane (np. między poszczególnymi kuriami). Sądzę, że jest to nierozerwalnie związane także z szacunkiem, jaki m darzyło się poszczególne urzędy, funkcje i instytucje, oraz samych siebie nawzajem. O uczniach w szkole powyżej kilkunastu lat życia pisało się już per „pan”, dla każdego był zarezerwowany pewien zwyczajowy szacunek oraz (na przykład przy współpracy) wielkie wyczucie kosztów, które ponosi, szacunek dla własności, ambicja bycia rzetelnym właśnie z szacunku do drugiego.
Wiem, że być może nieskładnie to opisuję i bardziej jest to strumień świadomości, niż rzeczowa analiza (proszę wybaczyć, ale ostatnimi dniami spałem po parę godzin), ale mam nadzieję, że w ten sposób jednak coś odmalowałem. Jest to dokładnie to samo, o czym pisze ks. Delassus w Duchu rodzinnym…, który nieustannie (choć ostatnio tego nie robiłem) staram się promować.
Czy przemawia przeze mnie tylko obligatoryjny konserwatywny (czy raczej konserwatorski) żal za ancien regime’em? Nie do końca. Często brakuje mi tych cnót osobistych tam, gdzie jestem i gdzie działam. Brakuje mi często szacunku do nakładów i wysiłku, który ponoszę, rzetelności w wypełnianiu zobowiązań… już rozumiem co to są cnoty społeczne. To cnoty osobiste, które stały się obyczajem.
Zwyczajowo można zrzucić to na karb 50 lat życia pod czerwonym władztwem.

Hiszpania – stosunki Kościół-lud
W ostatnim wpisie poruszyłem kwestię niewyobrażalnej możliwości, jaką jest dla mnie (nawet ex post) wojna domowa w Hiszpanii. Jednak Czarny Frajer z Forum Frondy w komentarzu pod screenem Gnyszkobloga na Fronda.pl zwrócił uwagę na specyficzne stosunki, jakie łączyły lud z Kościołem w Hiszpanii. Otóż, Czarny Frajer twierdzi, że w Hiszpanii przez wieki Kościół był zawsze z elitą przeciwko ludowi (być może stąd „rewolucyjność” podejścia, które promował Założyciel Opus Dei), podczas gdy w Polsce rzecz miała się mieć odwrotnie (z drobnymi wyjątkami).
Od historii Hiszpanii ekspertem nie jestem, więc nie mogę tego potwierdzić, ale myślę, że to teza prawdopodobna.
To, co mnie jednak zastanawia, to kwestia tego, czy przypadkiem Kościół w Polsce nie staje, chociaż w małej mierze, w pozycji przedwojennego Kościoła hiszpańskiego. Skąd ta myśl? Czy nie jest tak, że w opinii wielu środowisk Kościół, lub przynajmniej Jego część poszedł na współpracę z Nimi? Myślę tu o kwestii lustracji, gaszenia nastrojów po stanie wojennym, czy wreszcie obecnych historii związanych z komisjami majątkowymi, odzyskiwaniem gruntów przez byłych esbeków (jeśli to nie oksymoron). Do tego dodajmy jeszcze możliwość wystąpienia i nadęcia choćby dwóch skandali pedofilskich… i mamy materiał pod rewolucję w Hiszpanii.

Tryumfalizm
W trakcie żałoby narodowej po katastrofie w Smoleńsku rzuciło mi się jedno – to, że nagle zawodowi laicyzatorzy oraz piewcy tez o końcu czegokolwiek związanego z Kościołem musieli poczuć się nieswojo. Dlaczego? Okazało się, że z każdej strony (każdej!) zaczął płynąć nie tylko przekaz korzystający z pojęć kształtowanych przez katolicyzm, ale i podejmujący jego idee!
Wszyscy prezenterzy mówili o modlitwie (sic!) za zmarłych. Niezła schiza, co? Miało już w Polsce katolicyzmu nie być, już sobie to szczegółowo opisali w swoich szmatławczykach, już odprawili dziesiątki konferencji i spędów na ten temat, już rzeczywistość wydawała się zaklęta… a tu nagle okazało się, że lud uważa co innego (co widać także na świetnym dokumencie Ewy Stankiewicz – tej od Trzech kumpli i Jana Pospieszalskiego, pt. Solidarni 2010).
Panie i Panowie z niszy – proszę podkulać ogony i robić, cytując Adama Michnika „rachunek sumienia” (sic!).

Iwaszkiewicz a ks. Delassus
Kilka tygodni temu w weekendowej Rzeczpospolitej pojawił się wywiad z córką Jarosława Iwaszkiewicza. Do faceta mam duży sentyment, bo chociażby ze względu na „Brzezinę”, czy „Panny z Wilka”, które swego czasu mnie wprost zachwyciły.
Wywiad ten czytała Oleńka i… się rozmarzyła! Ciężko się nie rozmarzyć po lekturze wspaniałego, spokojnego, pełnego godności ziemiańskiego życia. Tym bardziej, że już za niecałe cztery miesiące samemu będzie się zakładać rodzinę!
Choć wedle koncepcji Plinio Correa de Oliveiry samego Iwaszkiewicza należałoby przyporządkować do grona zwolenników Rewolucji, widać że był przywiązany do samych form życia, choć już software miał zgoła inny. Tak, czy inaczej – opis życia na Stawisku jest imponujący, a mnie samemu – jakże by inaczej! – przypomniał mojego ulubionego w tych sprawach, a wspomnianego wyżej ks. Delassusa. Różnica między nimi jest taka, że Stawisko to w pewnym sensie jednak atrapa – scenografia wypełniona innym duchem, natomiast zamaszysty opis „ducha rodzinnego”, to spójne połączenie formy życia z tym, co porusza i inspiruje jego aktorów.

Pół baterii…
… już sobie poszło, w międzyczasie była rozmowa przez telefon, a Pangruszka wymięka! Do napisania jeszcze parę tematów, ale na dziś już koniec – podejmę je w najbliższych dniach, oszczędzając też katorgi P.T. Czytelnikom!


myśl na dziś
Jezu, Panie mój, spraw, bym odczuwał Twoją łaskę i był jej uległy do tego stopnia, żeby moje serce wyzwoliło się całkowicie..., i napełniło Tobą, Przyjacielu mój, Bracie mój, mój Królu, mój Boże, Miłości moja!
św. Josemaria Escriva, Kuźnia, nr 913

sobota, 10 kwietnia 2010

[10 IV 2010] Gibraltar 2010

R.I.P.

dość szybko przestał być bohaterem mojej bajki, ale wieczny odpoczynek racz Mu dać Panie. Szkoda mi przede wszystkim Janusza Kurtyki i Sławomira Skrzypka.


myśl na dziś

Oto sekret. — Oto głośny sekret: przyczyną kryzysów w świecie jest brak świętych. — Pan Bóg chce mieć garstkę „swoich” ludzi w każdej dziedzinie. — Wówczas... pax Christi in regno Christi — pokój Chrystusa w królestwie Chrystusowym.

św. Josemaria Escriva, Bruzda, nr 301




środa, 7 kwietnia 2010

[7 IV 2010] muzyczna dobranocka z DE PRESS

wyjazd
proszę Czytelników - pora spać, bo jutro czeka nas podróż do Wrocławia, do Oleńki! Stąd też brak wpisu, którego brak będzie pewnie do poniedziałku, bo laptop wierny pożegnał się z pełnią sił i czekam na nowego... w pociągu w zamian sobie poczytam!

muzyczka
pisałem już na Facebooku, że od pewnego czasu jak urzeczony słucham płyty DE PRESS, Myśmy rebelianci. W związku z tym muzyczna dobranocka, czyli Bij bolszewika! (wolniejsza wersja) w wykonaniu tej kapeli:



myśl na dziś
Ty, który żyjesz pośród świata, który jesteś jednym obywatelem więcej w kontakcie z ludźmi, o których mówią, że są dobrzy lub źli...; winieneś odczuwać stałe pragnienie niesienia ludziom radości, która cię napełnia, ponieważ jesteś chrześcijaninem.
św. Josemaria Escriva, Bruzda, nr 321



wtorek, 6 kwietnia 2010

[6 IV 2010] czy katolickie znaczy dziadowskie oraz o nadludzkości świętych

komentarze...

do czego to doszło, by gnyszkoblog bardziej był komentowany na swoich screenach, niż w oryginalnej lokalizacji! Cóż, prawda czasu, prawda ekranu, itd. Odpowiedzmy zatem na kwestie wątpliwe.
Po pierwsze, komentarz kol. AKA ze screena na Fronda.pl, który sugeruje że twierdzenia z ostatniego posta wykazują pewną zbieżność ze zdaniem któregoś z polityków wyrażonym na początku lat 90. XX wieku, że nieważne czy Polska będzie biedna, czy bogata, ważne aby była katolicka. Cóż, jakkolwiek oszołomsko brzmi to zdanie, nie sposób się z nim nie zgodzić. Na to, czy jesteśmy bogaci przemożnego (przemożnego - sic!) wpływu nie mamy, więc ważniejsze jest to, na co wpływ mamy i co jest inwestycją długoterminową - a więc zbawienie.
Oczywiście zaraz powstają problemy terminologiczne. Cóż bowiem oznacza to, że Polska miałaby być katolicka? Nie ma to bynajmniej nic wspólnego z tym, żeby miała być dziadowska, zacofana i biedna. To dwa różne porządki, a katolicyzm, nie dziadostwo i uwiąd okryte płaszczykiem pseudokatolicyzmu, jeśli już rozważamy jego rolę cywilizacyjną, jest właśnie rozwoju motorem. Bo katolika przynagla jego religia do tego, by pracę swoją wykonywał jak najdoskonalej, a ziemię czynił sobie poddaną. Co z tego, że Weber napisał całą książkę na ten temat widząc ducha postępu materialnego w sektach protestanckich? Cóż z tego, skoro pod koniec Etyki protestanckiej... pisze, że jego rozumowanie to jednak pewna idealizacja, bo nie uwzględnia chociażby renesansowych katolickich republik kupieckich, bankowości, etc. Więc proszę nie prężyć muskuł wypchanych Poradnikiem inteligenta Polityki, czy inną Europą Dziennika. Bo te szmaty i agitki dla ćwierćinteligencji rzetelnego wykształcenia nie zastąpią.
Po drugie, ciekawy komentarz p. Mariusza z maila, który zauważył, żeby mimo wszystko trzymać na wodzy emocje i powściągać język (chodzi o tytuł wpisu na Fronda.pl), bo o wulgaryzację języka chodzi Michnikom. Zgadzam się z tym w pełni, choć pewien zakres krotochwilności i rubaszności, którego apologię wygłaszał także nieoceniony Chesterton. Jeśli zaś chodzi o język, to jeszcze dziś na ten temat będzie...
Trzecia rzecz, która się powtarzała, na którą wskazała kol. Kaszubówna oraz jakub w komentarzu w oryginalnej lokalizacji, to kwestia zaglądania w duszę. Mówcie co chcecie, ale jeśli człowiek wykonuje sprzeczne ruchy, nieodpowiednio żartuje, prowadzi podwójne życie, kłamie, czy pewne rzeczy dopuszcza, a przy tym nie prowadzi życia religijnego... to chyba wiadomo, że choćby deklarował się jako katolik, raczej pewnego ducha w sobien nie ma, co? Szukasz uczciwego człowieka? Żadnego nie poznasz opierając się tylko na jego zapewnieniu, że oczywiście jest uczciwy.

nadludzkość świętych i nadludzkość sportowców
niekiedy można spotkać się z twierdzeniami wobec niektórych świętych, że on nie był taki napuszony, on był taki zwykły, taki blisko ludzi. Choć zwrócił na to uwagę już św. Josemaria w którejś z homilii, że wielokrotnie hagiografowie - w dobrej wierze - nadymali biografie świętych, czyniąc z nich rzeczywiście nadludzkie postacie. Podał przykład któregoś ze świętych, który ponoć w piątki jako osesek miał się dla umartwienia powstrzymywać od ssania piersi.
Taki trend istnieje z pewnością, ale gdyby ktokolwiek zadał sobie trudu i poczytał pisma któregokolwiek ze świętych, chociażby Dzienniczek św. Siostry Faustyny, czy Listy o. Pio do spowiednika - zobaczyłby jak bardzo ci ludzie stąpali po ziemi. Nie mówiąc o opasłej biografii samego św. Josemarii, którą jak pisałem ostatnio - właśnie pochłaniam.
Zachwyciłby się człowiek ich prostotą i zobaczyłby... że traci życie, nie mając przed sobą ideału. Podczas gdy ideał największy - naśladowanie Chrystusa wdraża się tak prosto, tak... zwyczajnie!
Po części mówię z własnego doświadczenia. Pierwszą książką w życiu, którą samodzielnie kupiłem w wieku kilku lat (chyba jeszcze przed I Komunią) była biografia św. o. Pio, już niedostępna na rynku. Kupiłem ją w kiosku parafialnym... i pochłaniałem co wieczór zachwycony! W ten sposób przeżyłem pierwsze nawrócenie w swoim życiu... Zresztą opowiadałem o tym kiedyś w Radio Józef - czego można posłuchać ściągając z mojego chomika.

obejrzyjmy!
zresztą polecam filmy ze św. Josemarią dostępne na YouTube'ie - czyż można wyobrazić sobie normalniejszego, bardziej naturalnego świętego? Rubaszny aragończyk... Na przykład film o tym kiedy mężczyźni płaczą... reszta produkcji na Sekretach Opus Dei.



potęga nauki
wdałem się ostatnio na Facebooku w dyskusję na sprośny temat, mianowicie molestowania seksualnego. Dowodziłem po swojemu, że na gruncie nowoczesnego samoograniczającego się libertynizmu nie da się niearbitralnie uzasadnić sprzeciwu wobec pedofilii. Wydaje mi się, że udało mi się tego dowieść. Nie wiem jak podać linka do tej konkretnej dyskusji, więc nie podam, ale znaleźć ją można w moim profilu pod wrzuconym przeze mnie linkiem do artykułu z Fronda.pl na temat pedofilii.
No, ale nie o tym chciałem, tylko raczej o krótkowzrocznym kulcie nauk społecznych, które mają to do siebie, jak wprost stwierdził na wykładzie z socjologii biedy prof. Frieske, że prawda w nich jest kwestią konsensusu...
Jeśli nie jesteśmy świadomi kwestii metodologicznych, łatwo z socjologów, seksuologów i psychologów (nie daj Boże z politologów) robić wyrocznie na miarę chociażby konstruktorów-budowlańców! A tak robiono setki razy, chociażby z teorią Clowarda i Ohlina, którzy dowodzili w latach 50. w USA, że przestępstwa biorą się z negatywnego wpływu społecznego raczej, niż z osobistych uwarunkowań przestępcy. Na programy resocjalizacji według ich teorii poszły grube miliony... bez najmniejszego skutku. Na ten temat popowstawały dziesiątki książek, stoczono dziesiątki uczonych dysput, wrogów teorii odsądzono od czci i wiary i zrobiono z nich oszołomów... i wyszło jak zwykle. Czyli tak, że najważniejszy jest zdrowy, chłopski rozum - na dodatek oświecony Łaską.
Tak moi mili, bo mądrzejsze jest chrześcijańskie niemowlę od pogańskiego filozofa, jak to swego czasu twierdził św. Augustyn.

Amerykanie i ich bieda
a jeśli chodzi o Amerykanów i biedę, to prof. Frieske zdradził ciekawostkę. Otóż, bez uwzględnienia dochodów pochodzących ze źródeł pomocowych (zasiłki, dofinansowania, stypendia, refundacje, etc.) - aż 25% mieszkańców Ameryki podpada pod ustawową kategorię biednych. I podpadać będą, bo pomoc społeczna uzależnia.
Dlaczego uzależnia? Kto z Czytelników powie? I co to ma wspólnego z ogrodem Eden i pierwszymi Rodzicami?

Fejzbuk
wielki odzew na reaktywowanego Gnyszkobloga spowodował, że pomyślałem nawet o założeniu profilu na Fejzbuku dla tegoż. Jakem pomyślał - takem zrobił. Najwyżej będzie obciach z racji małej liczby fanów... Fanem Gnyszkobloga można zostać przechodząc tutaj.

koniec...
nie wyczerpałem nawet połowy tematów, które miałem na dziś przygotowane, a tu już i długość posta i pora dnia nie ta. Czas potulić się do poduszki!

myśl na dziś
Roznieć swoją wiarę. — Chrystus nie jest postacią, która przeminęła. Nie jest wspomnieniem, które się gubi w historii. Żyje! Powiada św. Paweł: Jesus Christus heri et hodie; ipse et in saecula! — Jezus Chrystus wczoraj i dziś, ten sam także na wieki!
św. Josemaria Escriva, Droga, nr 584



niedziela, 4 kwietnia 2010

[4 IV 2010] Wielkanoc w pełni... a tu się na pisaninę zebrało!

re-aktywacja
wraz z Wielkanocą nastał dzień reaktywacji. Pangnyszka miał wreszcie więcej czasu dla siebie i na lektury (nie mówiąc o Panu Bogu, dla którego jeśli ma się czas - automatycznie zyskuje się czas dla siebie, co mam na myśli tym razem), więc zebrał myśli, wypisał zaległe tematy, których zebrała się grubo ponad kopa... i zabiera się do pisania. Dość stwierdzić, że ostatni czas, dynamicznego rozwoju działalności biznesowej, świetnie opisuje indiańskie pojęcie koyanisquaatsi, które spopularyzował Godfrey Reggio swoim filmem o tym samym tytule. koyanisquaatsi to tyle, co pęd życia.
Nie traktują one w całości o Świętach, bo i jako tematy wpadły mi do głowy na przestrzeni dłuższego czasu, więc mogą sprawiać wrażenie chaosu. Nic jednak na to nie poradzę.
Zdałem też sobie sprawę, że z racji bliższego zaangażowania w sprawy tego świata, a także w sprawę Sprawy, w naturalny sposób mam ograniczone pole manewru, jeśli chodzi o bloga. O wielu rzeczach wprost napisać nie mogę, a o niektórych nawet nie wprost pisać nie powinienem. Tak to już niestety się robi, gdy człowiek z obserwatora przechodzi bardziej na pozycję aktora. Nic na to nie poradzę, podobnie jak na przypadkową tematykę dzisiejszego wpisu.

koyanisquaatsi
a poniżej fragment wspomnianego wyżej dzieła Godfreya Reggio, pt. Koyanisquaatsi:


audiobookowa promocja złotomyślowa - do jutra
w międzyczasie okazało się, że Wydawnictwo Złote Myśli, o którym czasem tu wspominam (głównie ze względu na ofertę dotyczącą e-biznesu i częściowo motywacji, bo resztę niestety trudno polecić) wchodzi na rynek alternatywny Warszawskiej Giełdy Papierów Wartościowych NewConnect i w związku z tym przygotowało kod rabatowy na audiobooki.
Kod brzmi następująco: g9dmMqjn
i umożliwia uzyskanie aż 40% rabatu. Od siebie poleciłbym zakładkę poświęconą przedsiębiorczości.

obojętność wobec ustroju
jak chyba ostatnio wspominałem, jestem w trakcie lektury potężnej 3-tomowej biografii Założyciela Opus Dei. Tak się złożyło, że natchnęła mnie ona do ponownego myślenia sobie na temat prawicowości i lewicowości... No więc sobie myślałem, myślałem, aż przemówił do mnie sam św. Josemaria, który swierdził w jednym z cytowanych przez Biografa listów, żeby zmiana ustroju (z monarchii na republikę) była dla odbiorcy obojętna, gdyż najważniejsza nie jest forma rządów, ale to co rząd poczynać chce z duszami poddanych. Gdzie indziej zaś pisał o tym, że najważniejsze jest to, by nie obrażali Boga (mowa o rządzących).
Ostatecznie więc wsparł mnie autor każdej gnyszkoblogowej myśli na dziś w tym, by czuć coraz większą rezerwę w stosunku do tych, którzy z religii robią sobie pretekst do politykowania. Nie, nie rozumiem przez to zaangażowania w politykę. Rozumiem przez to większe skupienie na polityce, niż na życiu wewnętrznym i na destylowaniu idealnego ustroju zgodnego z Magisterium, zamiast na własnym zbawieniu.
Do tego zdania tym mocniej skłaniają mnie też niektórzy "liderzy prawicy".

o wojnie domowej w Hiszpanii
w lekturze o św. Josemarii doszedłem właśnie do momentu nastania wojny domowej w Hiszpanii. Spodziewam się, że na ten temat wiele się nie bowiem, bo jednak narracja ściśle trzyma się Bohatera, jego perypetii życiowych i duchowych, ale w odwodzie mam wydaną przez Frondę książkę Pio Moa na ten temat.
Zastanawia mnie to, jak mogło dojść do tego, że w ciągu kilku miesięcy w katolickim kraju wybuchła tak intensywna fala antyklerykalizmu. Św. Josemaria wprawdzie komentował wypadki z pozycji człowieka, którego taki obrót spraw bardzo nie zdziwił (uważał, że religijność hiszpanów ma charakter płytki, emocjonalny i ogranicza się do kobiet, u mężczyzn będąc raczej rzeczą wstydliwą), ale to rzecz raczej porażająca.
Inną porażającą kwestią jest sytuacja w Kortezach, gdzie większość stanowią socjaliści i masoni, a katolików jest jedynie garstka (na skutek bojkotu wyborów przez katolików oraz niemożności konsolidacji prawicy).
Podobnie było chyba w Niemczech, gdzie w ciągu kilku lat od dojścia Hitlera do władzy społeczeństwo doznało wielkich przeobrażeń (oba kraje przeszły zresztą silną oświeceniową młockę w XIX wieku), jak o tym moim zdaniem świetnie zaświadcza pamiętnik Victora Klemperera. Inaczej zaś było chyba w Rosji, gdzie skłonność do imperializmu i zamordyzmu obecna była jednak od wieków.
Wszystko to z wielką mocą przypomina obecną sytuację zarówno Polski, jak i Europy. Dlaczego? Nie ma tu takich, ale nawet hipotetyczny średnio rozgarnięty Czytelnik znajdzie odpowiedź na pytanie o to, co stoi w drugiej części analogii.

prawicowość...
wracając do tematu ustroju, myślałem sobie o prawicowości. I pomyślałem sobie ostatecznie (choć odnoszę starcze wrażenie, że już o tym pisałem...), że wolny rynek wolnym rynkiem, swobody polityczne swobodami politycznymi, etc. ale kluczową rzeczą u polityka, czy człowieka w ogóle (politykiem jest każdy - czy to o polityce gadając, czy wrzucając kartki do urny) jest dusza.
Człowiek może mieć dowolne poglądy, ale najważniejsze jest to jakie ma cnoty i jaki jest stan jego duszy. Bo jeśli dusza jest plugawa, obłudna, uzależniona od grzechu... to o kant dupy możemy sobie potłuc wzniosłe kontrrewolucyjne, antyaborcyjne i wolnorynkowe hasła naszego pupila. Tu chodzi o władzę.
Mówię o własnym doświadczeniu. Niesamowitym smutkiem napawają mnie rozmówcy, z którymi zgadzamy się w każdym calu... a ja mam poczucie, że zgadzamy się jedynie werbalnie. Dotyczy to niestety wielu renomowanych tuzów tzw. prawicy, z którymi mam do czynienia.

1% zbliża się - już coraz bliżej
tak, czy inaczej - należy działać. Jeśli spośród Czytelników ktoś nie wypełnił jeszcze PITa(ja np. mam tę przyjemność jeszcze przed sobą), chciałem polecić wybór dotyczący jednego procenta. Chodzi mi o Fundację Pro - Prawo do Życia, którą wesprzemy wpisując do PITa numer KRS: 0000233080. Więcej na temat 1% podatku znajdziemy na podstronie Fundacji na ten temat.
Dlaczego Fundacja Pro - Prawo do Życia? Myślę, że w toku zaostrzającej się walki na tym tle (np. casus Alicja Tysiąc vs. ks. Gancarczyk - uwaga, przypomnijmy sobie Hiszpanię w latach 30. XX wieku...) takie inicjatywy jak wystawa Wybierz życie są nieocenione i mówią same za siebie...
Fundacja daje też możliwość regularnego wsparcia, tworząc dla swoich darczyńców Klub ProAktywnych. Jeśli dobroczynność traktujemy jako misję zmieniania świata według własnego ideału (a taką wizję promujemy w ramach GFA) - to wsparcie dla Fundacji Pro moim zdaniem powinno być elementem regularnego portfela dobroczynnego.

kobiety o małpkach
zauważyliście Szanowni Czytelnicy, że kobiety czytając adresy e-mail znacznie częściej niż mężczyźni znak "@" czytają jako małpka, zamiast małpa? Ciekawe...

postmodernizm a prof. Bukraba-Rylska
na koniec nie odmówię sobie zacytowania sforującej się na pierwsze miejsce mojej listy ulubionych wykładowców dr hab. Izabelli Bukraby-Rylskiej, autorki wybitnej (cytowanej już kiedyś przeze mnie), obalającej wiele mitów (także związanych z religijnością, czy poziomem wykształcenia) książki na temat polskiej wsi.
Na jednym z wykładów stwierdziła ona, co następuje:
(...) koncepcje postmodernistyczne są żywione dotacjami unijnymi.
Smakowite, prawda? Zresztą... odnoszę przemożne wrażenie, że już kiedyś na ten temat pisałem!

myśl na dziś
Triumf Pana w dniu Zmartwychwstania jest ostateczny. Gdzie zą żołnierze, których postawiły władze? Gdzie są pieczęcie, które umocowano na kamieniu grobowca? Gdzież są ci, którzy ukrzyżowali Jezusa? ... W obliczu Jego zwycięstwa trwa wielka ucieczka nieszczęśliwych nędzników.
Bądź pełen nadziei: Jezus Chrystus zawsze zwycięża.
św. Josemaria Escriva, Kuźnia, nr 660


sobota, 3 kwietnia 2010

[3 IV 2010] życzenia wielkanocne gnyszkoblogowe...

W dniach Świąt Wielkiej Nocy... mając też nadzieję, że w okolicach reaktywacji gnyszkobloga... chciałem żłożyć wszystkim Czytelnikom tego, by Zmartwychwstały Pan Jezus prowadził ich każdego dnia i wskazywał cel działania. Bo innych nie warto realizować. Nie tylko nie warto, ale i nie można!

Z tej okazji także i muzyka:


myśl na dziś
Razem z nimi chcę podejść do stóp Krzyża, przylgnę do zimnego Ciała, do zwłok Chrystusa, ogniem mojej miłości… Gwoździe usunę moimi aktami zadośćuczynienia i moimi umartwieniami. Owinę Go w nowe prześcieradło mojego czystego życia i pogrzebię Go w moim sercu jak w żywej skale, z której nikt mi Go nie będzie mógł wyrwać. Tam – Panie Jezu – możesz spoczywać! Nawet kiedy cały świat Cię opuści i wzgardzi Tobą… serviam! – będę Ci służył, Panie.
św. Josemaria Escriva, Droga Krzyżowa



niedziela, 7 marca 2010

[7 III 2010] 3. Niedziela Wielkiego Postu - dzień skupienia oraz nagranie z TBW

dzień skupienia
dziś pangrzyzga miał istny dzień skupienia! Nie dość, że udało mu się znaleźć mnóstwo czasu na lekturę duchową (w tym świetnej biografii św. Josemarii) i parę innych rodzajów (wreszcie!), to jeszcze spokojnie zażył Gorzkich Żali w swoim kościele, oraz spaceru... jak miło... udało się nawet poprowadzić rozmyślanie wraz z postanowieniami.
Lubię być żniwiarzem - zbierać dobre owoce tego, co dzięki Bogu udało się zrealizować wcześniej i dzięki czemu teraz można mieć lżejszy czas. Uwielbiam Wielki Post, bo sprzyja temu bardziej, niż żaden inny czas.

skrócona forma
nie wiem, czy to kwestia odwyknięcia od blogowania, czy wsiąknięcia w Facebooka, ale zasiadając teraz do bloga myślę raczej kilkuzdaniowymi komunikatami, niż pełnymi, eseistycznymi sformułowaniami. Straszne. Gdybym korzystał z Twittera pewnie byłoby jeszcze gorzej.

feminazistki
zebrały się dziś pod Sejmem celem pajacowania. Biedny, porewolucyjny świat. Ja na szczęście tworzę zupełnie inny. Piękny i pełen radości. Mądrości płynącej z wielu wieków Tradycji.

TBW pięknie rumienieje
nawiązując do ostatniego posta, chciałem przedstawić nagranie z I Spotkania Otwartego TBW. Jak się chwalić, to chwalić. A I Grupa TBW rozwija się aż miło patrzeć. Padają pierwsze rekomendacje, z tygodnia na tydzień widzi się ewolucję tego, lub owego, jak staje się bardziej przebojowy, otwarty, konkretny, wierzy w siebie... Bardzo mnie to wszystko cieszy.



myśl na dziś
Już przed wieloma laty widziałem kryterium jasne jak słońce, które zawsze będzie aktualny: środowisko społeczne, które oddaliło się od wiary i moralności chrześcijańskiej, potrzebuje nowej formy życia i głoszenia odwiecznej prawdy Ewangelii: w samym jądrze społeczeństwa i świata synowie Boży winni świecić cnotami jak lampy w ciemności — Quasi lucernae lucentes in caliginoso loco.
św. Josemaria Escriva, Bruzda, nr 318



wtorek, 23 lutego 2010

[23 II 2010] GFA, TBW... moje pomysły na najbliższą mi część świata



TBW i GFA... moje pomysły na...

obiecałem ostatnio nieco więcej powiedzieć o swoich działaniach. W związku z tym, że wczoraj dotarły wreszcie zdjęcia od fotografa - wreszcie mogę to zrobić! Otóż, po dość długim czasie pracowitego siania... przechodzę do żniw. Zarówno na obu uczelniach, gdzie udało się w zeszłym semestrze wykonać 150% normy, dzięki czemu w tym semestrze będzie można bardziej zaangażować się w poważniejsze rzeczy... jak i w sprawach biznesowych.

GFA - mój pomysł na fundraising
Ci, którzy gnyszkobloga czytają od dawna wiedzą co w mojej nomenklaturze oznacza wspieractwo i znają moje poglądy na temat stanu większości polskich instytucji konserwatywnych, katolickich, różnych. Szeroko pojętych "naszych". Pisałem o tym także w powieści z kluczem - trzyczęściowej tyradzie o przydupasach.
Moją odpowiedź na ten stan rzeczy jest GFA, czyli Gnyszka Fundraising Advisors, której rolą jest znalezienie instytucji, które:

  • wiedzą co chcą osiągnąć,
  • wiedzą jak to zrobić,
  • potrafią i chcą mierzyć skuteczność swoich działań,
  • działalność traktują po menedżersku.
Naszą rolą w GFA jest znalezienie, pomoc w przekształceniu się w profesjonalnego NGO'sa i zapewnienie zdywersyfikowanego portfela przychodów. Z naciskiem na zdywersyfikowanego - podobnie jak ma to miejsce we Fronda.pl i której sukces wielu zaczyna coraz bardziej zastanawiać i porywać do naśladowania.
Ta działka ma jeszcze inny wymiar - sam jestem darczyńcą od wielu lat (tak, mały Maciuś brał sobie zawsze za punkt honoru, wspieranie wojska Pana Boga). I chcę być traktowany raczej jak inwestor, niż krowa do dojenia. Taki standard wprowadzamy.

>> Wejdź na: Profil GFA na Facebooku

TBW... mój pomysł na networking
drugim pomysłem, który od zeszłego piątku już oficjalnie rozwija się w łonie GFA jest Towarzystwo Biznesowe Warszawskie. W związku z unikalnym know-how oraz tajemnicą handlową ograniczę się jedynie do paru zdań. Żądnych dalszych informacji zapraszam do wysłania maila do Łukasza Zająca: lukasz@fundraisingadvisors.pl
Ja zaś ograniczę się do kilku zdań. TBW to grupa networkingowa, która - daj Boże - będzie zaczynem dla grup w innych miastach Polski (tak, chętny z Łodzi do współtworzenia TBŁ już jest). Ogólnie rzecz ujmując, chodzi mi o trzy rzeczy, które są obecne na każdym spotkaniu dla członków:

  • zwiększanie zysków firm członków TBW (sesja networkingowa),
  • podnoszenie standardów pracy firm członkowskich oraz profesjonalizacja członków (sesja szkoleniowa),
  • pomoc w łączeniu aktywności zawodowej z życiem wewnętrznym (lektura duchowa).

Do Towarzystwa... należą osoby, które opłaciły abonament, natomiast nie każdemu abonament może być sprzedany. Po pierwsze dlatego, że obowiązuje zasada braku konkurencji, która stanowi iż w jednej grupie networkingowej nie może być dwóch osób robiących dokładnie to samo. Po drugie zaś dlatego, iż do kupna abonamentu uprawnia wypełnienie aplikacji członkowskiej, której częścią jest kodeks etyczny.
Tęskniliśmy dotychczas za katolickimi, czy szerzej - konserwatywnymi milionerami? Stwórzmy ich wspólnie. Pomóżmy sobie nawzajem zbudować potęgę swoich przedsiębiorstw.
Na spotkaniu otwartym 19 II 2010 było prawie 50 przedsiębiorców z różnych branż.

>> Wejdź na: Profil TBW na Facebooku

wiecie już...
dlaczego nie było czasu na gnyszkobloga?

myśl na dziś
"Jest to czas nadziei i żyję tym skarbem. Nie są to puste słowa, Ojcze — powiadasz do mnie — to jest rzeczywistość". A zatem... cały świat, wszystkie wartości ludzkie, które z niezwykłą siłą cię pociągają — przyjaźń, sztuka, nauka, filozofia, teologia, sport, przyroda, kultura, dusze... — wszystko to złóż w nadziei: w nadziei Chrystusowej.
św. Josemaria Escriva, Bruzda, nr 293



niedziela, 21 lutego 2010

[21 II 2010] I Niedziela Wielkiego Postu, czyli powrót Syna Marnotrawnego

wróciłem!
jednym słowem - skandal! Pangrzyzga napisanie bloga odkładał z dnia na dzień, zapisawszy wcześniej tematy na laptopie, który w ostatnim tygodniu po trzyletniej intensywnej służbie odmówił współpracy... przez co tematy trzeba odtwarzać z notesu i głowy, którą podziurawiła wzmożona aktywność od powrotu z Ustki. Przyznam bowiem szczerze, że o ile cały semestr był wyjątkowo ciężki, gdyż wziąłem sobie i na Politechnice i na Uniwerku dodatkowe zajęcia, chcąc do maksimum wykorzystać czas, o tyle styczeń i połowa lutego była masakryczna. Nie starczało czasu na sen, o gnyszkoblogu nie wspominając.
Zakończyłem go jednak z przytupem mocnym i tarczą na ramieniu. I kolejnym doświadczeniem, ciężkiej roboty. Monachium przy tym to jednak nic. Ufff... dobrze, że już koniec, a semestr który właśnie nadszedł jawi się spokojniej. Na pewno będzie więcej czasu na to, by pracę zawodową wkomponować w godziny dzienne...

co ten pangruszka wyrabiał?
długo by opowiadać, ale chyba jednak będzie trzeba! Toteż najbliższe wpisy (no, nie obiecuję regularności, ale mam silne postanowienie, by była niezerowa!) będą zapewne autobiograficzne. A będzie o czym pisać, bo przez te półtora miesiąca udało się z Bożą pomocą zbudować naprawdę wiele! Będzie więc mowa o GFA, TBW, NDŻ, PRO i wielu, wielu innych ciekawych rzeczach, w tym radzeniu sobie z rewolucją żołądkową w czasie, gdy nie ma się czasu na to, by z nią sobie radzić! A jak!
Przypomnę słowa swojego dowódcy z wojska, chor. Klepackiego: Polska ninja nie jest miękka!

lektura wielkopostna
luźniejszy semestr cieszy mnie także ze względu na Wielki Post. Mam nadzieję, że będzie więcej czasu na życie wewnętrze, w tym także na lekturę duchową. Dziś zacząłem pierwszy tom monumentalnego dzieła Vazquesa de Prady o św. Josemarii, który od samego początku gnyszkobloga jest twórcą myśli na dziś. We wszystkich tomach przede mną dobrych grubo ponad 1000 stron. Damy radę?

homoseksualna prostytucja nieletnich...
w trakcie przygotowań do sesji na socjologii przyszło mi czytać fragmenty książki Jacka Kurzępy pt. Młodzież pogranicza - "świnki", czyli o prostytucji nieletnich. Książkę, mimo iż fragmentami jest mocno gorsząca polecam każdemu wyrobionemu czytelnikowi, który poważnie myśli o angażowaniu się w spory światopoglądowe i życie publiczne!
Przyznam szczerze, że byłem nieco zszokowany np. procederem nieletniej męskiej prostytucji wobec niemieckich zboków goszczących na wakacjach w zachodnich województwach. Szczególnie zaś przygnębił mnie przypadek syna właścicieli pensjonatu, który raz zachęcony pornosem na stałe wkręcił się do świata niemieckich pedałów, którzy regularnie odwiedzają miły pensjonat. Rodzice cieszą się z zarobku bo prestiżowi goście zza Odry ciągną właśnie do nich, syn się cieszy, bo ma dużo kasy (mówi tylko, że Czasem boli dupa, jak któryś jest bardziej napalony), no i niemieckie pedzie się cieszą, bo ryzyko złapania syfa nieco mniejsze niż na dworcu w Hamburgu.

Bravo y Popcorn
Inna rzecz, to kwestia prostytucji dziewczęcej. W tym wątku (nie tylko w tej książce, odwołuję się teraz do ogólniejszych badań, które musiałem przy tej okazji przestudiować) niespodziewanie (?) pojawia nam się wątek gazetek w rodzaju BRAVO, czy Popcornu oraz szczególnie ich rubryk poradnikowych, jako inkubatorów zaintersowania seksem, które zakończyło się prostytucją. To drugi bardzo ważny wątek, który przypomniał mi się o tyle, że na początku lat 90. gdy na tego typu ścierwo panował boom (zresztą panuje do dziś) - Rodzicielka moja grzmiała niczym dzwon Zygmunta, że te gazetki niczego dobrego nie spowodują. Ich producenci oczywiście krytykę odparowywali tym, że oni tu lukę w edukacji wypełniają... ale skutek jest jeden - ileś tysięcy młodych ludzi zatraciło się w dewiacji, z których wyjść jest niezmiernie trudno.

trzecia ciekawostka
moje resercze doprowadziły mnie także do trzeciego odkrycia, potwierdzenia wcześniejszych intuicji. Otóż, badania (proszę wybaczyć, ale nazwisk autorów nie pomnę, bodajże prof. Izdebski) dowodzą tego, co po wielekroć tu opisywałem, a więc istnienia mechanizmu uzależniającego w prostytucji oraz mnożenia zboczeń. Okazuje się, że młodociane prostytutki z biegiem czasu nie wyobrażają sobie stosunków seksualnych bez przemocy, nie osiągają zadowolenia gdy stosunek nie przebiega mechanicznie (oryginalne określenie), etc. Znaczna większość deklaruje chęć odejścia z zawodu. Procent odejść jest jednak nikły. Do tego szamba się tylko wchodzi.

pajacowie
słyszałem, że w międzyczasie powybuchały jakieś afery, pędzące króliki, rosoły, cuda na kiju. Jako, że jestem poważnym człowiekiem i pierdoły mnie nie interesują, zupełnie nie mam rozeznania w tym co aktualnie widz masowy przeżuwa. Przed wyborami ostrzegałem, by na peowiaków nie głosować, to teraz macie - pierdzące, kufa, króliki!

myśl na dziś
Szczere postanowienie: Umilać i ułatwiać drogę innym, gdyż życie już nadto niesie z sobą goryczy.
św. Josemaria Escriva, Bruzda, nr 63



poniedziałek, 1 lutego 2010

[info nadesłane] Trzecie Tysiąclecie nadeszło...

Kochani Czytelnicy, wszystko wskazuje na to, że dziś wreszcie przerzucę ostatnie szpadle hałdy robót, które na mnie ciążą i wreszcie się wywnętrzę blogowo :) Tymczasem jednak zachęcam do przeczytania informacji nadesłanej:

Instytut Tertio Millennio zaprasza studentów i doktorantów do udziału w XXX i XXXI Szkole Zimowej "Chrześcijanie na współczesnych areopagach", które odbędą się odpowiednio w dniach od 26 lutego do 2 marca (doktoranci i magistranci) oraz od 2 do 7 marca 2010 (studenci) w Wadowicach. Każda Szkoła to cykl ciekawych wykładów, seminariów i warsztatów, poruszających zagadnienia z zakresu katolickiej nauki społecznej. Wykłady poświęcone są również aktualnym kwestiom, istotnym z punktu widzenia polityki, kultury i ekonomii. W 2010 roku jako wykładowców gościć będziemy między innymi Jana KrzysztofaBieleckiego i Jarosława Gowina. Patronem i opiekunem Szkół jest jak co roku Maciej Zięba OP, Prezes Instytutu oraz Dyrektor Europejskiego Centrum Solidarności w Gdańsku. Więcej informacji na znajdującym się w załączniku plakacie oraz stronie internetowej www.szkola.tertio.pl, gdzie znajduje się również formularz aplikacyjny, którego wypełnienie jest warunkiem uczestnictwa w Szkole. Termin nadsyłania aplikacji mija 7 lutego 2010 roku. Serdecznie zapraszamy do aplikowania! Zespół Instytutu Tertio Millennio

Skład prelegentów taki, że na pewno będzie o czym podyskutować...





ciekawostki: