Pokazywanie postów oznaczonych etykietą podróże. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą podróże. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 1 października 2009

[1 X 2009] zaczyna się rok akademicki - rewolucja też?

śniło mi się
od wczoraj jestem u Oleńki - w pociągu miałem do napisania sążnisty tekst na bloga, ale swoją obecnością zaszczycili mnie studenci 1. i 2. roku wrocławskich uczelni, którzy w liczbie sześciorga rozsiedli się w moim przedziale po Łodzi i niemożliwie pytlowali aż do Wrocławia! Tekst musi więc poczekac do jutrzejszej podróży (na wschód, na Roztocze), bo dziś z długiego pisania nici - urodziny obchodzi Oleńka!
Ale zanim jeszcze złożymy w następnym wpisie życzenia Oleńce, chciałem opowiedziec dwie rzeczy. Po pierwsze, poczułem się starym dziadem, gdy studenci owi nie tylko zwracali się do mnie per pan, ale i na pożegnanie powiedzieli Do widzenia oraz jedna z nich rzuciła uwagę Ale się Pan nasłuchał, co? Trzy godziny... no, ale to tak jest, gdy młodzi ludzie jadą. No, ja rozumiem, że człowiek nieogolony wygląda starzej, ale bez przesady...!
Po drugie - miałem ciekawy sen. Otóż, zostałem powołany na urząd Prezydenta RP. Powołany, gdyż nie był żadnych wyborów. W sen uwierzyłem i zacząłem się we śnie martwic jak to pogodzę ze studiami i czy opozycja nie będzie pyszczyła na to, że Prezydent zachęca do wstąpienia do Klubu Frondy. Ciekawy sen.

Iota Unum i Stanisław Michalkiewicz
wczoraj w podróży, udało mi się do Łodzi dokończyc najnowszy wywiad-rzekę Tomasza Sommera ze Stanisławem Michalkiewiczem. Rzecz czytało się tym ciekawiej, że obu Panów miałem okazję poznac! Szerzej na ten temat zamierzam się porozwodzic w tekście, który spłodzę jutro, ale gorąco zachęcam do lektury. Mój podziw dla p. Stanleya jeszcze tylko wzrósł.
Zacząłem także lekturę książki prof. Romano Amerio, pt. Iota Unum. Pozycja klasyczna, czyta się z przyjemnością, choc do tej pory jedynie 50 stron za mną (z ponad 900) - pierwsze refleksje w związku z treścią już się rodzą. Temat poszerzę jutro.

dziwne czasy nadchodzą?
tak, jak pisałem przy okazji sprawy Tysiąc vs. Gancarczyk, czy nt. wścieku Pacewicza, sądzę, że obserwujemy właśnie punkt przegięcia na wykresie upupienia katolików i konserwatystów w Polsce. Uważam, że właśnie następuje zmiana trendu.
Byc może jest to tak, jak Cebulski napisał w swojej ostatniej produkcji, że ludzie starsi średnio sytuują lepsze czasy wtedy, gdy byli młodzi i nie musieli się sami utrzymywac (!). Oj, wtedy to i człowiek spokojne życie prowadził, i pieniądze były, i jakoś tak szczęśliwie się żyło! Nie jest zatem wykluczone, że analogicznie ja ekstrapoluję to, co odczuwam sam i moje (zawsze ograniczone) środowisko w związku z własnymi działaniami, sukcesami, etc. Dlatego mogę się mylic.

Libenter - panu Pawłowi kibicujemy
stało się. Tzn. raczej stała, bo chodzi o rewolucję. Chodzi o e-booki, czyli książki elektroniczne, które możemy sobie przeczytac zarówno na komputerze, palmtopie, czy gdzie indziej, ale które również możemy sobie wydrukowac i czytac na papierze - płacąc w ten sposób o wiele mniej, niż za zwykłą książkę.
Dotychczas było tak, że istniały - co było I rewolucją - wydawnictwa e-booków. Np. Złote Myśli z Gliwic, czy kilka mniejszych. Potem nadeszła II rewolucja, wraz z Nexto.pl i Nextranetem. Teraz III rewolucja, w której właśnie biorę udział.
Na czym ona polega? Otóż, Pan Paweł Królak (o którym kiedyś z nadzieją pisałem jako o potencjalnym katolickim Rockeffelerze), właściciel księgarń Tolle et lege i Profect otworzył Klub Libenter.pl.
Rzecz polega na tym, że o ile w przypadku I rewolucji - kupowaliśmy e-booka w wydawnictwie, po II kupowaliśmy w wirtualnej księgarni dane e-booki, o tyle po III rewolucji - kupujemy już tani dostęp do całej zawartości Klubu, czyli obecnie ponad 50 książek! W przeliczeniu na książkę płacimy więc nieco ponad złotówkę...
Trzymam kciuki za przedsięwzięcie, tym bardziej, że chyba po raz pierwszy nie mamy do czynienia z naśladownictwem, a rzeczywistą innowacją - i to właśnie na katolickim obszarze rynku wydawniczego! Brawa zatem dla Pana Pawła, a ci, którzy chcieliby pójśc w Jego ślady, mają szansę przeczytac wywiad w polecanym przeze mnie E-biznesie jako szansie na sukces.
Roczny dostęp do Klubu Libenter.pl kosztuje 77 zł, a po wpisaniu mnie (czyli hasła MaciejGnyszka) jako polecającego - o 10 zł mniej, czyli 67 zł. Oh yeah!
Czekam, aż reszta uczestników rynku zacznie naśladowac Pana Pawła.

Rewolucja?
Chyba jednak tak. O sprawie piszą już media:
rynek-ksiazki.pl
granice.pl
kumputerswiat.pl
wirtualnywydawca.pl

a rok temu
http://maciejgnyszka.blogspot.com/2008/10/1-x-2008-wito-witych-aniow-strw.html

myśl na dziś
Bóg nie wyrywa cię ze swego środowiska, nie odciąga cię od świata, od twojego stanu, ani od twoich szlachetnych, ludzkich ambicji, ani od twojej pracy zawodowej... lecz chce, abyś właśnie tam był świętym!
św. Josemaria Escriva, Kuźnia, nr 362



czwartek, 30 kwietnia 2009

[24, 25 i 30 IV 2009] o Aborczej, profesjonalizmie i wszystkim innym megapost

jestem!

wróciłem wczoraj z Francji, pisanego po drodze posta nie udało mi się opublikowac z braku internetu poza komórką! Robię to zatem teraz. Będzie co czytac...


gadka-szmatka
zdefiniujmy dobrze sytuację! Znajdujemy się w pociągu relacji Warszawa-Kraków, a szczegółowiej rzecz ujmując, w IC Małopolska. Po co? Ano, jedziem sobie na nocleg do grodu Kraka, by stamtąd wyjechać na teren najstarszej córy Kościoła, która wzięła się przed kilkoma wiekami za prostytucję. Jadę do Francji. Na konferencję. W pociągu dostałem za darmo Ziewnik, w którym wyczytałem rozmowę z pewnym Michelem, który w wieku 17 lat stał się męskim dziwkiem i nie uważa tego za prostytucję. Temat godny Ziewnika, Ziewnik godzień półki bagażowej, więc tam wylądował. Bęc!
Ale, ale, ale... i jeszcze raz ale! - że zacytuję prezydenta całej Kolskiej... znaczy Polski! Na czym polega problem? Problem polega na tym, że nie o tym chcę pisać – chcę napisać bowiem o tym, iż rano słyszałem śmieszną rozmowę – tytułową „gadkę-szmatkę” dwóch podstarzałych kolegów, ze studiów, bądź z wojska, albo zapoznanych jeszcze inaczej. Jechali sobie rano do Warszawy, gaworzyli ze względu na długi okres niewidzenia... gaworzyli... aż jeden wyjął z bagażu organ Łuczywo i Michnika, zwany wśród ludu „Aborczą”. Wyjął, przegląda śliniąc paluszki i pyta tego drugiego:
- Może masz ochotę na kawałek gazety?
Na co ten drugi z wyraźnym niesmakiem odpowiedział:
- Eeee... dzięki.
- A, no tak, bo ty ten no...
- Tak, nie czytam tego gówna. Wiesz, jak to ten z kabaretu powiedział: „Nie oglądam telewizji, nie przeglądam internetu, nie słucham radia i gazet nie czytam – szczególnie tej jednej!”, hahahaha, tak samo ja.
- No, wiesz –
zarumienił się ten pierwszy – różnie to tam jest. Ja na przykład czytałem kiedyś „Rzeczpospolitą”, ale to jeszcze za poprzedniej redakcji, teraz to w ogóle się tego nie da czytać. A ty co czytasz?
- Właśnie „Rzeczpospolitą”...
- Aha...
Zapanowała niezręczna cisza... ja uśmiechnąłem się porozumiewawczo do pana po mojej lewej – oponenta „Aborczej”, on odpowiedział ukradkowym uśmiechem, ten drugi zatopił nos w lekturze Gazu, a pierwszy wyjął z teczki na laptopa swoje dokumenty. Atmosfera stała się mało znośna...
Narrację w tym punkcie kończę, bo gdyby chcieć to ciągnąć, to zebrałby się materiał na cały dramat! Pangnyszka jednak z satysfakcją pomyślał, że duch w narodzie nie ginie!

rozmowa z Tomkiem i Apostołowie
a propos tego ducha... rozmawiałem ostatnio przy chińskim kebabie na pl. Konstytucji (polecam restaurację Trung Nguyen przy Zaułku Braci Pakulskich!) o tym i o owym, a przede wszystkim o Frondzie... i pyta mnie Tomek:
- Maciek, czy wierzysz, że rzeczywiście uda się coś zmienić? Że wartości katolickie, nie będą tylko ośmieszane?
Na co odpowiedziałem znad kebaba:
- Wiesz... skoro dwa tysiące lat temu z kółka rybackiego, z dwunastu ćwoków i ćwierćinteligentów udało się dzięki Łasce stworzyć Święty Kościół Katolicki, który odmienił oblicze świata... to ja myślę, że wyzwania, które stoją przed nami, to kaszka z mleczkiem!
co Putnam przy kręglach odkrył
no, ale do tego trzeba po naszej stronie kapitału społecznego! Ja wiem, że to takie pojęcie -wytrych, międlą je naokoło wszyscy, ale spróbujmy się w nie wgryźć i coś stąd wyciągnąć! Polecam w tym kontekście Bowling alone Putnama, która jak się ostatnio dowiedziałem wyszła w Polsce w ilości jedynie 1500 egzemplarzy! Aż dziw bierze, że można kupić w Liderii.pl ot tak po prostu!
O co więc chodzi? Ano o to, że brakuje nam w Polsce wciąż silnych struktur niepaństwowych – myślę tu o szerokim ruchu klubów sportowych, lokalnych zrzeszeń politycznych, dyskusyjnych, religijnych, etc. Oczywiście, to dziedzictwo prawie 50-letniej próżni socjologicznej, w której poza rodziną i Kościołem nie było nic niepaństwowego. Dlaczego jest to ważne? Dlatego, że ludzie współdziałając ze sobą nabierają do siebie nawzajem sympatii, zaufania... odkrywają w toku interakcji nowe drogi działania i pomysły na kolejne przedsięwzięcia...żyje się nie tylko ciekawiej i milej – ale o wiele łatwiej egzekwować pożądane rzeczy i kontrolować rządzących!
Polecam lekturę Bowling alone wszystkim, także niesocjologom – okaże się bowiem, że podporą społeczeństwa obywatelskiego w Polsce nie są żadne tam wypierdki w rodzaju lewicowych fundacyjek służących do prania brudnej kasy, tylko na przykład Rodziny Radia Maryja, czy takie byty jak Forum Frondy, gdzie aktywność internetowa przechodzi gładko do realu, na poziom spotkań lokalnych, wspólnych przedsięwzięć kulturalnych i biznesowych. W świecie ociekającym kapitałem społecznym tzw. koszty transakcyjne są niskie, dzięki czemu łatwiej zawierać nowe kontrakty, są one łatwiej realizowane dzięki zaufaniu! Korzystają na tym wszyscy!
Bierzmy się za robotę, lewaki i byli pedecy niech sobie biadolą, że Radio Maryja i świrokatole z Frondy sieją nienawiść i nic nie potrafią zorganizować! W rzeczywistości jest zupełnie odwrotnie!

tęsknota za profesjonalizmem
sposoby torpedowania działalności (bo jest jednak faktem, że coś nie działa jak powinno po prawej stronie mocy – co bynajmniej nie oznacza, że po lewej jest lepiej) po naszej stronie są przeróżne. Jednym z tysięcy jest tęsknota za profesjonalizmem połączona z perfekcjonizmem. Połączenie ciekawe, prawda? Polega na tym, co opiszę poniżej.
Działalność społeczna (do której zaliczyć musimy także działalność gospodarczą) polega najczęściej na sprzedawaniu ludziom własnej historii. Tak robią fundacje, które pozyskują kapitał na swoje cele statutowe, opowiadając historię koników męczonych przed odjazdem do rzeźni, czy cierpieniach homoseksualistów, nazywanych w miejscach pracy „pedałami”. By robić to skutecznie, należy posiadać wiedzę i umiejętności z zakresu szeroko pojętej psychologii społecznej i socjologii (do czego włącza się np. marketing, jako zastosowanie szczegółowe), przy czym nie jest konieczne czerpanie ich z książek, takich jak słynny podręcznik Cialdiniego, czy kursów. Może być tak, że człowiek rodzi się, bądź w toku socjalizacji rozwija w sobie umiejętności w tym zakresie, które później na własny użytek racjonalizuje, konceptualizuje i operacjonalizuje, rozwijając swoją wiedzę eksperymentalnie.
Ale, ale, ale... cytując po raz wtóry Kwaśniewskiego – czy coś innego robi Puma sprzedając swoje adidaski, albo krainaherbaty.pl sprzedając yerba mate? Żadną miarą! Puma sprzedaje nam historię opisującą nadzwyczajność swoich adidasków, które nosi pewien murzyn z Primera Division i dzięki temu strzela więcej goli, natomiast krainaherbaty.pl roztacza przed nami uroki aromatycznej i w ogóle niezwykle zmysłowej herbaty yerba mate cytrynowej.
Jednym słowem – wszelkie działanie, poza działalnością producenta sensu stricto, który martwi się jedynie tym, by klej dobrze przywierał do podeszwy, albo by zawartość łopaty wpadła cała do betoniarki – wszelkie działanie bez względu na to, czy dotyczy firmy, czy NGO, partii politycznej, czy nawet religijnej polega na wywieraniu pożądanego wpływu na naszych odbiorców. Na przekonywaniu.
Można to robić przede wszystkim skutecznie, albo nie. To nie takie proste ocenić skuteczność działania. Dlaczego? Otóż, warto wprowadzić tu czynnik czasu – często skuteczność sprzedawcy (a rozumiemy go tutaj szeroko, wedle powyższych rozważań) należy różnie ocenić w różnych horyzontach czasowych. Może świetnie sprzedawać krótkoterminowo, ale nie generować powrotu klienta, czy przyciągania innych klientów z rekomendacji. Inny zaś będzie sprzedawał mniej w krótkim terminie, ale za to ci klienci, których ściągnie w obręb naszego oddziaływania nie tylko będą wracać, ale także przyciągać rekomendacją rodzinę i znajomych. Jak więc zdefiniować skutecznego sprzedawcę? Skuteczny jest ten, kto jest równocześnie skuteczny krótko- i długoterminowo!

co ma do tego profesjonalizm?
No właśnie, dobre pytanie. Zdefiniujmy najpierw profesjonalizm – jest to chyba sposób postępowania z zagadnieniem zgodny z pewnymi standardami postępowania wynikającymi z doświadczeń ludzi związanych z branżą – najczęściej tych najskuteczniejszych, bądź takich, którzy na najskuteczniejszych się kreują. Profesjonalizm zatem jest pewnym nawykiem działania w określony sposób, wyrosły z praktyki. Tego się człowiek uczy. Zapytajmy zatem, czy działanie może być skuteczne, nie będąc profesjonalne? Najlepszą rzeczą jest to, że tak! Właśnie to mi się podoba w jednym z wywiadów z „E-biznesu jako sposobu na sukces” - kiedy to niejaka Patrycja Kierzkowska z ESCAPE Magazine'u mówi, że wiedza książkowa na temat marketingu internetowego wiedzą książkową, ale tak naprawdę nie ma pewności, czy dana metoda działa zawsze, tj. w każdym czasie, otoczeniu społecznym i okoliczności!
Profesjonalizm musielibyśmy raczej przedefiniować ze szczegółowego sposobu postępowania raczej na ogólną dyrektywę, czy paradygmat rozumienia rzeczywistości, którą się zajmujemy (bez względu na to, czy zajmujemy się propagandą, sprzedażą, czy działalnością kaznodziejską) – który umożliwia jej skuteczną analizę, oraz pewną wiedzę o stosowanych dotąd typowych metodach (jako przykładach wykorzystania odkrytych mechanizmów).
Profesjonalista w tym rozumieniu nie jest niewolnikiem teorii, której nauczył się od byle kogo na byle jakim kursie, czy z byle jakiej książki, co raczej artystą, który twórczo analizuje rzeczywistość, wymyśla strategię, metody działania oraz je implementuje. Tym się różni profesjonalista od niewolnika metody i płaskiego umysłu doktrynera, że potrafi profesjonalnie stosowaćmetody uznane dotąd za nieprofesjonalne, albo nieskuteczne. Proszę zauważyć, że to, co innowacyjne zawsze uważane jest na początku za obciach, brak profesjonalizmu, kunsztu, etc. Gdy wojsko bodajże pruskie zrezygnowało z czerwonych lampasów w umundurowaniu, śmiano się z nich na całym świecie, że co to za wojsko, wyglądają jak cioty, co to za mundury... problem jednak polegał na tym, że dzięki temu żołnierze pruscy przestali być widoczni dla strzelców... armia pruska dzięki zmianie umundurowania stała się dużo skuteczniejsza. Doprowadziło to później do wymyślenia maskowania i umunudurowania „w plamy”. Na początku obciach, później genialna metoda, którą rozwijają wszyscy. Jaki stąd wniosek? Umysł innowacyjny nie boi się obciachu i krytyki tzw. „profesjonalistów”, bezmózgich naśladowców własnych guru i pryncypałów, jest trochę jak McGyver – potrafi zrobić coś z niemal niczego.
Warto w końcu zapytać – bo długość posta staje się powolo rekordowa, a ja już nie siedzę w autokarze, tylko w pociągu i mamy już sobotę, 25 IV 2009 – warto więc zapytać, co to ma wspólnego z tęsknotą za profesjonalizmem.
Otóż, szeroko pojęte środowiska prawicowe i katolickie – nie wymieniam ani nazw, ani nazwisk, bo moja refleksja jest raczej ogólna, wynika z kilku własnych doświadczeń, relacji i wielu obserwacji – odczuwają tęsknotę za profesjonalizmem. Wynika to chyba z lat przebywania na marginesie, klepania biedy i tego, że w wyniku napoleońszczyzny (każdy chce być Napoleonem) każda kanapa ma własny organ prasowy oraz zaplecze innego rodzaju. Poskutkowało to tym, iż trzeba zgodzić się i przyzwyczaić do dziadostwa i pewnej przaśności, co weszło już w krew i jest chyba częścią socjologicznie pojętej „tożsamości”.
Czas jednak mija, ten i ów poszedł do rynkowej instytucji, albo przejechał się za granicę, albo obrósł piórka na jakiejś rządowej posadzie... wraca na stare śmieci jako mesjasz nieomal, przyzwyczajony do „profesjonalizmu” właśnie! Problem jednak polega na tym, że zazwyczaj są to umysły pierwszego rodzaju – dla nich profesjonalizm, to kurczowe trzymanie się kalki działania, którą narzucili im często byle jacy specjaliści, co do których mają tak naprawdę kompleks. Mamy więc z jednej strony ciągłe bajanie o „profesjonalizmie”, co nie byłoby złe – jakieś know-how trzeba bowiem implementować, problem jednak polega na tym, że jest to połączone z obłędnym perfekcjonizmem nuworysza, który psim swędem dostał się na salony „profesjonalistów”. Na czym to zjawisko z kolei polega? Na tym na przykład, że w sytuacji, w której sytuacja się komplikuje, utarty sposób działania zawodzi, bądź jest zawalony i sytuację trzeba kontynuować jakąś metodą wymyśloną ad hoc, raczej w oparciu o „profesjonalną intuicję” (czyli „profesjonalizm wg drugiej definicji), niż o wyuczone metody... wówczas nasz model traci głowę, nie wie co robić i w najgorętszej sytuacji zaczyna szukać winnych, oskarżając wszystkich o brak mitycznego „profesjonalizmu”, który on ponoć utożsamia. Jeśli wykutego schematu nie da się realizować – wówczas nasz model traci poczucie własnej wartości, musi się bronić. Najlepszą obroną zaś jest atak.
Dlatego właśnie działalność w organizacjach kończy się najczęściej frustracją i brakiem pieniędzy do życia. W świecie inflacji pseudospecjalistów, brakuje prawdziwego, twórczego profesjonalizmu. Nie trzeba mieć certyfikatów, kursów i studiów, nie tylko żeby być skutecznym, ale również profesjonalistą. Potem inni będą naśladować Twoje metody... jako zestrachane pieski najpierw muszą się naszczekać, bo na kursie nie mówili im o tych możliwościach, które odkrywasz i testujesz właśnie Ty. Odwagi.

koci-łapci
no, dobra, zrobiliśmy już prawie pełną psychoanalizę sytuacji, zajmijmy się „Aborczą”. Wałkują ostatnio redaktory z Czerskiej temat życia na kocią łapę, konkubinatu znaczy się. Biadolą, że konkubenci nie mogą rozliczać się wspólnie, jak małżeństwa. Cóż, każdy walczy we własnej sprawie – buhaje i ich klacze z Czerskiej walczą o swoje, wszak większość tego towarzystwa żyje w taki właśnie sposób. Ciekawe co na to jeden z najwybitniejszych autorów „Służbowej”... Arcybiskup Lubelski. Co on na ten temat uważa?
Powtarzam kolejny raz – sytuacja, w której arcybiskup Świętego Kościoła Rzymskiego pisuje regularnie dla antykatolickiej gazety jest dla mnie kuriozalna!

a rok temu
http://maciejgnyszka.blogspot.com/2008/04/24-iv-2008-witych-mczennikw-jerzego-i.html
http://maciejgnyszka.blogspot.com/2008/04/25-iv-2008-pitek-wito-w-marka.html
http://maciejgnyszka.blogspot.com/2008/04/30-iv-2008-roda-wspomnienie-w-piusa-v.html

myśl na dziś
Jezu, Panie mój, spraw, bym odczuwał Twoją łaskę i był jej uległy do tego stopnia, żeby moje serce wyzwoliło się całkowicie..., i napełniło Tobą, Przyjacielu mój, Bracie mój, mój Królu, mój Boże, Miłości moja!
św. Josemaria Escriva, Kuźnia, nr 913





czwartek, 23 kwietnia 2009

[23 IV 2009] jedziemy na wycieczkę, bierzemy misia w teczkę

wyjeżdżamy w siną dal...
moi mili! Jutro wyjeżdżam do Krakowa, skąd pojadę nad granicę niemiecko-francuską na pewną konferencję! Na spotkaniu z Janem Turnau'em się nie pojawię, więc jeśli ktoś byłby uprzejmy pójść i podjąć polemikę, zdając później relację - będę bardzo szczęśliwy i obiecuję publikację relacji na blogu!
Najbliższego posta będzie można spodziewać się w weekend (napiszę w pociągu, oj będzie jak zwykle o czym!), później zaś pewnie w okolicach początku weekendu (chyba, że wrzucę zdjęcia z Francji!). O modlitwę w intencji podróży y owocnego pobytu uprasza się!

co się stanie?
jaką tematyką się zajmiemy na dniach? Otóż, dość szeroką - będzie i o tęsknocie za profesjonalizmem u przydupasów, będzie o Putnamie co sam w kręgle grać nie chciał, będzie o kapitale społecznym, o autokreacji, a także o życiu na kocię łapkie i przeróżnych zwrotach w lewo.

to ja może przypomnę...
a o tym przypomnę, że wynegocjowałem dla nas rabat w Glorii24, o czym przeczyta Czytelnik tutaj oraz o Frondzie.pl jako dobrym przedmiocie dla wspieractwa.

a rok temu
http://maciejgnyszka.blogspot.com/2008/04/23-iv-2008-roda-w-wojciecha-akcja.html
http://maciejgnyszka.blogspot.com/2008/04/23-iv-2008-roda-w-wojciecha-fotoreporta.html
http://maciejgnyszka.blogspot.com/2008/04/23-iv-2008-roda-w-wojciecha-post-waciwy.html

myśl na dziś
Jako dzieci pozbędziecie się smutków: dzieci natychmiast zapominają o przykrościach i powracają do swych zabaw. — Toteż po całkowitym oddaniu się, pozbędziecie się wszelkich trosk, albowiem znajdziecie odpoczynek w Ojcu.
św. Josemaria Escriva, Droga, nr 864



sobota, 28 marca 2009

[28 III 2009] uciekaj gąsiorze, bo Gnyszka już nie może!

uciekaj gąsiorze!
kapral Gnyszka miał okazję sprawdzić się oraz przypomnieć sobie arkana dowodzenia podczas operacji o kryptonimie „Gąsior”. Tak, tak, moi mili, to nie w kij dmuchał, nazwa prawie jak „Legion Condor”, a jaki koń-dor jest, każdy przecież widzi.
W poprzednią niedzielę do miejsca skoszarowania w celach religijnych (które to miejsce swoją drogą polecam z równie maniakalnym uporem, co Rozmyslania o życiu kapłańskim) zawitał głośno gdaczący i nie ciszej gęgający gąsior gatunku nie wiadomo jakiego – prawdopodobnie egipskiego (wedle ekspertyzy TW Damiana). Bez względu na narodowość gąsiora, który jawnie reprezentował interesy wroga, należało przystąpić niezwłocznie do likwidacji zagrożenia, co zakomenderowali zgodnie TW Damian oraz TW Michał. Podobnie jak w Dziejach Apostolskich, „wybór padł na Macieja” i to właśnie kpr. Gnyszka dowodził oddziałem złożonym z samego siebie, szer. Tomasza P., szczotki oraz parasola. Po krótkiej zbiórce, Gans-Sonderkommando przystąpiło do równoczesnego otwarcia furtki połączonego z naganianiem wroga od strony południowo-wschodniej. Siła żywa wroga była dość ospała, albo i ociężała, albo nawet zbyt stetryczała na to, by uciekać jak przystało na przedstawiciela świata zwierząt. W niczym to jednak nie przeszkadzało, a nawet wręcz przeciwnie – pomogło. Gąsior został przepędzony pomiędzy drzewami, poślizgnąwszy się w pewnym momencie na mokrych liściach (nie tracąc przy tym buty oraz hardości) aż do momentu stanięcia pod ponad dwumetrowym murem ogrodzenia. Wówczas kpr Gnyszka bohatersko przystąpił do nagonki od strony wschodniej, co zaowocowało ucieczką gąsiora na miejsce odosobnienia na sąsiedniej działce i zamknięciem furtki za swym zgrabnym kuperkiem.
Wtedy to wróg nawiązał kontakt głosowy ze swoimi oddziałami rozlokowanymi w lesie. Gans-Sonderkommando uznało jednak, że zagrożenie wjazdem na chatę w wykonaniu rozwścieczonych gąsiorów i pochwyceniem TW Damiana z TW Michałem nie jest na tyle duże, by pozostać na posterunku. Misja skończyła się sukcesem, na niedzielny stół w ramach obiadu pojawiły się udka...

metafizyka wypędzania gąsiora
muszę powiedzieć, że lubię zwierzęta. Wytrwali Czytelnicy pamiętają na pewno zdjęcia capka z ostatnich wakacji, czy późniejsze zdjęcia mojego-niemojego kota, etc. Chociaż pangrzyzga lubi zwierzęta, to jednak żadnym tam ekoświrem nie jest. Serduszko ma miętkie, ale bez przesady.
No i owa miękkość zaraz się ujawniła podczas akcji „Gąsior”! Oto w chwili, gdy nagonka szła od południowego wschodu, a gąsiorek wleciał rozpędzony (według własnej skali) na mokre liście i poślizgnąwszy się, przejechał z pół metra na pierzastym brzuszku... zrobiło się panugrzyzdze smutno i tkliwo, tak że na chwilę z kpr. Gnyszki przedzierzgnął się w Maciurka, któremu żal było kilkanaście lat temu ciasta z galaretką, które jako ostatnie zostało na talerzu i całe smutne – czekając na konsumenta – drżało. O tym zresztą powstał swego czasu wiersz. Wyżej podpisanego.
znów w podróży
tymczasem – abstrahując od kocich sierściuchów, czy pierzastych gęgaczy – pangrzyzga jedzie pociągiem do Poznania! Jazda, jazda, Biała Gwiazda – byłoby fajnie, gdyby bilety nie podrożely. Doszło bowiem zeszłego poniedziałku do tego, że za bilet ulgowy w ekspresie do Poznania płacę tyle, ile płaciłem kilka lat temu za ulgowy do Wrocławia przez Poznań w tym samym pociągu. Granda-banda, chłopaki ze spółki pekapeintersity szaleją.
Zubożałem zatem nieznośnie, co nie przeszkodziło mi pokontynuować pewnego miłego zwyczaju kupowania oszołomskich, pardon, niszowych gazet do pociągu. Dziś wahałem się pomiędzy „Myślą polską” a „Naszą Polską” i wybór Macieja padł tym razem na ten drugi tytuł. Decydujące dla decyzji o wydaniu 4 zł (!) okazał się artykuł o pogromie kieleckim (choć myślałem, że chodzi o Jedwabne...). Myślałem o Jedwabnem ze względu na ostatnie świetne zajęcia kol. dra Łuczewskiego na IS UW, gdzie w ramach ćwiczeń z metod jakościowych, dokonaliśmy analizy relacji Szmula Wasersztajna na temat rzekomego pogromu w Jedwabnem, na której to relacji oparł się znany bajkopisarz wiadomego pochodzenia, J.T. Gross. Analiza wypadła rzecz jasna druzgocąco – hipotezę o dziwnej skłonności Wasersztajna do Sowietów można mocno uprawdopodobnić jego własnym tekstem. Podczas zajęć stało się dla mnie jasne, że koleś musiał prawdopodobnie być albo przedwojennym komunistą, albo zostać pozyskanym do współpracy. Zasiadłem więc przed wujkiem gugielem i poszukałem... trudno nie było. Okazuje się, że istnieją dokumenty świadczące o współpracy Wasersztajna z NKWD.
Wot zdziweczko...

jutro Wildstein
przypominam wielkopolanom o jutrzejszym (sobota) spotkaniu z Bronisławem Wildsteinem o 17:00 w Piwnicy Farnej w Poznaniu. Spotkanie spotkaniem, Wildstein Wildsteinem (nie każdy musi za nim przepadać, a i prywatna korespondencja z Czytelnikami dowodzi, że nie każdy Go toleruje), będzie to jednak okazja do spotkania się w rzeczywistości! W tzw. realu – jeśli ktoś byłby chętny, miał wolny czas... to będę bardzo rad!

książka audio roku 2008
gratka dla wielbicieli książek mówionych! Miał ostatnio miejsce konkurs (jeszcze trwa) na Książkę Audio Roku 2008. Można posłuchać darmowych fragmentów, zagłosować na którąś pozycję, a jeśli najdzie kogoś ochota także kupić po okazyjnej cenie, tj. z 15% rabatem. Część z prezentowanych pozycji można znaleźć w słynnym gnyszkokiosku (no, ba!). Miłego słuchania.

jeśli już...
... o zaawansowanej technologii mowa, to warto przypomnieć, że do końca marca piąte urodziny obchodzi wydawnictwo Złote Myśli, które przygotowało z tej okazji gigantyczne rabaty. Ze szczegółami można zapoznać się na specjalnej podstronie, ja zaś zdecydowanie polecam zbiór wywiadów E-biznes jako sposób na sukces oraz pozycje językowe, czy te dotyczące przedsiębiorczości.

Boudon strikes back!
wczoraj miałem okazję czytać tekst niejakiego Boudona na temat efektów odwrócenia. Zagadnienie dotyczy zmiany społecznej – Boudon zauważa i świetnie ilustruje przypadki, gdy zamierzone działanie w skali makro przynosi efekt odmienny od zamierzonego. Sprawa dotyczy oczywiście najczęściej polityki – np. tej dotyczącej edukacji. Tekst świetny, postaram się niebawem podzielić co smaczniejszymi fragmentami, dorzucając do tego adres bibliograficzny (oj, to naprawdę trzeba samemu w całości przeczytać!) oraz parę cytatów z Douglasa Northa, piszącego świetnie o „Efektywności gospodarczej w czasie”.

uważajta chopaky y dziewczenta!
trochę się rozpisałem, ale na koniec chciałem jeszcze zaapelować do P.T. Czytelników o modlitwę w intencji opamiętania i nawrócenia ludzi, którzy wczoraj trochę krwi zepsuli mojej Oleńce. Nie na tym bynajmniej polega ich wina – problem polega jednak na tym, że przyszli lekarze nie widzą zdrożności w byciu doktorami Mengele.

a rok temu
http://maciejgnyszka.blogspot.com/2008/03/28-iii-2008-pitek-w-oktawie.html

myśl na dziś
Cierpisz! — Więc posłuchaj: „On” nie ma mniejszego Serca od naszego. — Cierpisz? Bo tak potrzeba.
św. Josemaria Escriva, Droga, nr 230




niedziela, 1 marca 2009

[1 III 2009] niedziela, czyim memberem jest p. Borusewicz?

wracamy – co robi intersity?
no, i przyszedł czas powrotu! PKP Intercity – spółka, którą darzyłem wielką estymą za poprzedniego prezesa, a którą teraz wypluć z ust swoich musiałem ze względu na skandaliczną podwyżkę cen biletów – dzisiaj zmienia rozkład jazdy! Jak zwykle – skutkuje to powszechną degrengoladą wszelkich czynników kolejowych.
Pociąg nie przyjeżdża, pani z informacji nie wie, czy przyjedzie, ale twierdzi że wczoraj przyszły jakieś telegramy, podchodzi do nas chłopiec, który od wczoraj czeka na pociąg do Warszawy, bo najpierw sprzedali mu bilet na pociąg, którego nie było, potem nie dali rady poinformować kiedy będzie... słowem – nic się nie zmieniło od czasu, gdy jechałem z przepustki po przysiędze z powrotem do Torunia, właśnie w dniu zmiany rozkładu!
Ach, nic to! Chce się ciąć koszty, to trzeba jechać pośpiechem.

rozumienie intencji
pogrążonym będąc przez weekend w lekturach socjologicznych, szczególną uwagę zwróciłem na pewną sugestię w jednej z nich! Chodziło o wagę rozumienia intencji! Popuściłem wodze fantazji... i muszę się zgodzić. W zależności od tego, jak rekonstruujemy intencję działającego aktora, taką też postawę zajmujemy wobec jego działań. Bez względu na to, czy chodzi o politykę międzynarodową, czy o codzienne obcowanie z członkami rodziny! Daleko szukać nie trzeba – ostatnio pisałem na gnyszkoblogu o jałowości zabiegów względem Jerozolimy, jeśli nie uwzględniają one prawdziwych intencji strony muzułmańskiej. Jeśli jej intencja jest taka, jak ją określiłem... to wszelkie działania, które tego ustalenia nie uwzględniają – można sobie o kant...!
Intencję rozeznać jest trudno, toteż kontakty międzyludzkie należy opisać jako wielkie pasmo błędów, szczególnie błędów atrybucji... czyli wracamy do tego tematu, który szeroko wałkowaliśmy nie tak dawno temu.
Wśród nich najczęstszym jest moim zdaniem przypisywanie świadomego sprawstwa. Jeśli rozpatrujemy skutek czyjegoś działania... to im mniej jest on nam obojętny, tym bardziej skłonni jesteśmy przypisać działającemu świadome sprawstwo.

czego Borusewicz jest członkiem?
jakiś czas temu, niejaki Borusewicz Bogdan z Pomorza, tymczasowy marszałek Senatu stwierdził, że „(...) jako członek Kościoła Katolickiego, czuje się zaniepokojony postępowaniem Benedykta XVI”. Z okazji Wielkiego Postu, gnyszkoblog pragnie wydać oficjalną rekomendację panu Borusewiczowi. Taką mianowicie, by w zaciszu własnego sumienia dokonał introspekcji, czyli rachunku sumienia... gdyż wielce prawdopodobne wydaje się, że nie jest członkiem żadnego Kościoła Katolickiego, tylko po prostu członkiem. Członkiem-w-ogóle.

rynek – reifikacja
o tym, że ludzie lubią personifikacje, czy reifikacje w ogóle – wiadomo od dawna. Ostatnio istna feeria reifikacji występuje wokół tematu rynek-kryzys.
Sam kryzys, to jakiś włochaty stwór, który nie wiadomo skąd i w jaki sposób przychodzi, nie wiadomo co i jak robi... ale skutkiem tego jest... nie wiadomo co i w jaki sposób... ale jest to straszne. Takie podejście jest na rękę dziennikarzynom ekonomicznym, bo kując tekściorki i audycje w taki sposób łatwo wcielają się w rolę tych mądrzejszych, którzy oświecają maluczkich konsumentów, którzy inaczej nic by nie zrozumieli. A prawda jest taka, że tu dużo do rozumienia nie ma, choć wydaje się inaczej. Dlaczego wydaje się inaczej?
Ano, dzięki temu pierdzeniu, które emitują dziennikarze, politycy wygłaszające puste mowy... a u źródeł tego wszystkiego leży zawsze: przychód, rozchód i ryzyko. Tymi pojęciami można opisać całą tę rzeczywistość, która się teraz objawiła – nie „stała się nagle” - ona stała się jasna, dotychczas wszyscy się okłamywaliśmy, że jest możliwe wszystko, że nadeszły już takie czasy, że już się niczego nie traci, że bessy nie przychodzą, że złotówka umacnia się w nieskończoność, że firma jest w stanie powiększać przychody w tempie 20% rocznie w nieskończoność... To czysto psychologiczne zjawisko, oparte m.in. na reifikacji. Być może zaczynamy opisywać rzeczy abstrakcyjne tak, jak by były bytami fizycznymi po to, by te sprawy lepiej sobie wyobrażać, ale później sami ulegamy własnym zabiegom – i zaczynamy wierzyć w to, co przerysowaliśmy poprzez reifikację. Podajmy tego przykład.
Spotkałem się ostatnio z polemiką, której inicjator chciał w końcu rozwiać powszechne przekonanie, że rynek jest idealny. Sam fakt, że istnieje potrzeba by o tym rozmawiać, to dowód na pewne zidiocenie. Bo ten „rynek” to nie jest jakiś byt, tylko codzienne transakcje kupna-sprzedaży. Tylko i wyłącznie.
Dlatego mimo, że rynek jest wydajny i najlepiej działa, gdy jest wolny, to idealna konkurencja i idealna informacja jego uczestników, są pewnymi modelami. To, że mówimy że rynek jest taki właśnie, nie oznacza, że w krótkim terminie nie opłaca się każdemu z jego uczestników sytuacja, w której byłby monopolistą! Oczywiście że tak! Więcej – będzie nawet się angażował w politykę po to, by dostać monopol. Stąd też – paradoksalnie – największy beneficjent rynku, czyli potężny gracz na rynku, we własnym interesie dąży do usunięcia rynku. To jednak nie oznacza, że następuje koniec rynku... każda sytuacja w historii jest przejściowa! Tym bardziej w historii gospodarczej, gdzie motorem działania często jest chciwość! Monopolista, gdy zacznie przeginać... będzie aż do skutku atakowany przez odważnych, mniejszych konkurentów. Proszę sobie prześledzić ostatnie sto lat i poszukać przykładów upadków potężnych firm, prawie monopolistów na własnych rynkach. Jest ich wiele – chociażby spoglądając jedynie 10 lat wstecz. Bycie monopolistą demoralizuje... a zdemoralizowana firma długo istnieć nie może, choćby nawet państwo podtrzymywało trupa dziesiątkami lat.
Z jednej strony błędem jest reifikowanie rynku, jako jakiegoś abstrakcyjnego bytu, niewidzialnej ręki, czy kryzysu, jako nie wiadomo czego (a przecież „kryzys” to po prostu bankructwa firm na skutek popełniania błędów, które pociągają za sobą bankructwa ich kooperantów). Z drugiej zaś – idealizowanie i traktowanie modelu, jako czegoś więcej, niż model. Z trzeciej – traktowanie ostatnich pięciu lat, jako „historii”. To zdecydowanie zbyt krótka perspektywa.

pobudźwa gospodarkie!
nie wiem na ile powyższe rozważania wydają się strawne, ale w moim przedziale szwargoczą sobie trzy młode damy rodem z Ostrowa Wielkopolskiego, które teraz przeszły na etap czesania się nawzajem. Chciałem czytać – nie dało się. Piszę bloga – daje się jako tako.
Wracamy do tematów gospodarczych. Czytałem ostatnio w Gazecie Polskiej wywiad z Jarosławem Kaczyńskim, który optuje za powiększeniem deficytu budżetowego celem „pobudzenia gospodarki”. Nie wiem co na myśli miał Prezes Kaczyński... ale spróbujmy rozpatrzyć sytuację przez analogię z kotem Alikiem.
Wyobraźmy sobie, że jesteśmy w posiadaniu kota Alika. Kotek nasz szalał sobie cały dzień, marcował się z koleżankami, wściekał na podwórku jak nigdy... przychodzi noc... Alik słania się na łapkach, ogon podkurczył, oczka mu się kleją... a my wciąż chcemy słuchać jego marcowego mruczenia i miauczenia. Traktujemy go zatem kawą i zastrzykiem z adrenaliny! Nawet jeśli Alik przez kolejną dobę będzie aktywny... a nawet i przez kolejną ... to w końcu albo nam w końcu kopyrtnie, albo jak mu damy spokój, to będzie nam spał przez dwie doby i cierpiał na niestrawność.
Pobudzajmy, pobudzajmy, panie Prezesie! Politycy to najlepsi twórcy... kolejnych kryzysów.
grahamki
co zatem zrobić w świetle powyższych dwóch notek? Jeśli mamy zamiar mądrzyć się, albo choć tylko rozumieć tematy z gospodarką związane, to bierzmy się za naukę. A uczyć się można jedynie od ekonomistów, którzy nie dokonują kreacji tylko i wyłącznie metodą używania niezrozumiałych słów... mowa więc o „Austriakach”. Książki, które wymieniłem w Pogadance na temat istoty kryzysu – Hayek, Rothbard i Mises – są nadal aktualne!
Natomiast jeśli zamierzamy dodatkowo coś zarobić... to – jak już pisałem ostatnio – bez „Inteligentnego inwestora” Benjamina Grahama nie ma o czym myśleć! Nie tylko wieloletnia perspektywa, bogaty materiał dokumentacyjny z przeszłości, ale i porządna teoria. Wyrosła właśnie z praktyki!

jak zostałem Putinem Opus Dei?
nie wiem, czy wszyscy wiedzą, ale zostałem Putinem Opus Dei! Ów zaszczytny tytuł nadał mi sympatyczny komentator blogu Barta (pamiętacie Barta, z którym konkurowałem w konkursie na Bloga Roku 2008? no, Bart zaczął zresztą gnyszkobloga komentować!) - niejaki eli.wurman. Zauważyłem, że otrzymuję przekierowania z Jego bloga. Zajrzałem... i w liście linków pod tytułem „Blogi twojej starej” znalazłem link właśnie „Putin Opus Dei”. Zgadnijcie dokąd prowadzi?
Sprawa to dla mnie wielce ciekawa i chyba jasna... stanowi piękny przykład różnicy między światem wyobrażonym, a realnym – i tego, że świat wirtualny – choć stwarza pozory wielkich możliwości poznawczych – to jednak świat domysłów, wyobrażeń i uprzedzeń.
Ale za ów pocieszny tytuł, eli.wurmanowi bardzo dziękuję!

Szostkiewicz a ultrakatolicy
nie lepiej, niż w blogosferze, jest w tradycyjnej publicystyce. Ostatnio niejaki Szostkiewicz Adam, rzekomy znawca religii z „Polityki” napisał o „ultrakatolikach i katolickiej prawicy” w kontekście zdjęcia ekskomuniki z Bractwa św. Piusa X. W tej grupie dostrzegł Marka A. Cichockiego z „Teologii Politycznej”, który jest luteraninem!
Panu Szostkiewiczu gratulujemy rozeznania!

a rok temu
http://maciejgnyszka.blogspot.com/2008/03/1-iii-2008-sobota.html

myśl na dziś
Modlitwa nie jest przywilejem mnichów. Jest obowiązkiem chrześcijan, mężczyzn i kobiet, którzy żyją w świecie i wiedzą, że są dziećmi Bożymi.
św. Josemaria Escriva, Bruzda, nr 451




piątek, 27 lutego 2009

[27 II 2009] piątek, mega post z pociągu do Wrocławia!


jadą misie, jadą!
halo, halo, tu pociąg relacji Warszawa Centralna – Wrocław Główny! Pangrzyzga jedzie z Panememeretyem, czytającym Organ Gazowni. Jak wiadomo, człowiek na starość dziecinnieje, więc i nie dziwota, że mój Współpasażer z równym zaangażowaniem przegląda wypociny oficerów ideologicznych z Czerskiej, co multum ogłoszeń na temat sprzętu AGD na co drugiej stronie szmatławca. Ruszamy właśnie z Łodzi Kaliskiej, ahoj przygodo!
Powiem krótko – podróż pociągiem w nisko zaludnionym przedziale to okoliczność bardzo sprzyjająca tworzeniu blogowych elukubra6cji. Człowiek znajduje się ponad czasem, swoje sześć godzin odsiedzieć musi (od pewnego już czasu porzuciłem współpracę z Expressami i InterCity'mi na tej linii ze względu na podwyżki, więc podróż trwa ok. godzinę dłużej), a czytać bez przerwy nie można! Więc trzeba pisać, a w tych okolicznościach przychodzi to łatwo. Jeśli istnieje coś takiego, jak lekkość bytu, bynajmniej nie nieznośna, to doświadcza się jej bardzo łatwo właśnie w pociągu. Sama podróż, jak i przebywanie poza swoim stałym miejsce osiedlenia, to niezwykle inspirujące doświadczenia. Przynajmniej dla mnie.


lubię te nasze Polskie...
bez dwóch zdań! Tym bardziej, że przesiadłem się do pośpiechów. Pomijając piękno mijanych krajobrazów, pól przykrytych wciąż śnieżną pierzynką, dymiących kominów i lokalnych osad... podróż pośpiechem to przede wszystkim zwykli ludzie! I pijaczkowie, i emeryci, i panie, i panowie, i biedni, i średniozamożni, i młodzi, i starzy... Wszyscy! To uczta nie tylko dla tej części mnie, która poważnie traktuje socjologię, ale i dla tej, którą niektórzy chłopomańską nazywają i kpią z niej półżartem, że chciałaby latać w parcianych gaciach po polu i nogie maczać w krowiej minie! Nic bardziej mylnego! To żadna chłopomania warszawskiego delikatesa... to raczej chęć przebywania ze swoimi, nie tak znowu odległego potomka chłopów właśnie, wychowanka podwarszawskiego przemysłowego miasta, bywalca budów, koszar i wiosek.
Kończąc ten strumień świadomości... powiedziałbym tyle, że stale odczuwam tęsknotę za prostym życiem żołnierskim w CSAiU w Toruniu, czy za zwykłym, prozaicznym, pełnym miłości życiem w pewnej wiosce położonej niedaleko Limanowej i Cisnej. I tak jest na co dzień – bez względu, czy akurat przebywam na jakiejś budowie, w eleganckiej yuppies'owskiej kawiarni, czy na Gali Bloga Roku, gdzie bawi się tefałenowsko-szpringerowska elitka. O, tyle wywnętrzania!


coraz bardziej katolicki nextranet...
zboczonka plenią się po internecie, a tymczasem sieć sklepów cyfrowych Nextranet konsekwentnie poszerza swoją ofertę z ukłonami w kierunku katolików! Niebywałe? Być może! Wprawdzie jeszcze nie ma Gościa Niedzielnego, Niedzieli (choć wersję cyfrową Redakcja sprzedaje samodzielnie!), czy Polonii Christiany na liście prenumerat cyfrowych... ale półka z e-bookami i audiobookami z etykietką „katolickie” zaczęła się ostatnio szybko wydłużać!
Przypomnijmy, że zaczęło się od wprowadzenia Traktatu o czyśćcu św. Katarzyny Genueńskiej! Nie minęło parę tygodni, a do oferty trafiło kilkanaście książek religijnych dla najmłodszych, w tym np. Biblia dla dzieci pod patronatem franciszkanów, oraz audiobook na temat Jana Pawła II – Fenomen Karola Wojtyły.
Bardzo mnie to cieszy! Katolicy to dość specyficzna grupa konsumentów, mająca bardzo silne strony... dlatego ten, kto dostrzeże to szybciej – stanie na lepszej pozycji!


pedziowie opanowali grono.net?
nawiązując do powyższego wtrętu o zboczonkach, muszę podziękować dzielnym Czytelnikom, którzy niekiedy podsuwają mi pod nos tematy, do opisania na gnyszkoblogu! Ostatnio, do teczki z napisem (do opracowania) trafiła sprawa opanowania jednego z gron w serwisie grono.net przez grupę zboczylasów. Czujny Czytelnik zaraz mi o tym doniósł i przedstawił materiał dowodowy! Tematyką zajmiemy się essunesposibyl.


ojojojojoj!
no właśnie! Taki okrzyk wyda na pewno stały Czytelnik, który wciąż czeka np. na odpowiedź dla gregusa dot. lefebrystów, czy mini-raport na temat rzekomej satanistyczności kościoła w San Giovanni Rotondo.
- Paniegrzyzgo! Obiecanki-cacanki! W trąbę Pan lecisz i głupa rżniesz! - już słyszę słowicze głosy Czytelników!
Otóż nie, zarówno do trąby, jak i do popełniania gwałtu na głupie jest mi bardzo daleko! Życie jednak nie rozpieszcza – jak ma człowiek na głowie dużo poważnych robót, w postaci czy to studialnych, czy zawodowych, musi zaoszczędzić choć trochę czasu na sen, powstrzymując się od pracochłonnych zajęć nieco mniejszej wagi. Tak więc proszę o cierpliwość! Sprawy te chcę opracować możliwie dobrze i wyczerpująco, zamiast doraźnie – stąd opóźnienia! Zresztą nie tylko na Gnyszkoblogu – Pogadanki Inwestorskie ucierpiały na cięciach w grafiku już w zeszłym roku!


co warto w czasie kryzysu?
wiadomo już, że w trosce o stabilność swojej sytuacji finansowej, warto pomyśleć o ograniczeniu kosztów. O tym, że warto temu nadać motywację nadprzyrodzoną, tj. przemienić w umartwienie, pisałem już w ostatnim Przewodniku po Wielkim Poście. Ale to nieco defensywna strategia... z dwóch względów!
Po pierwsze, prócz ograniczenia kosztów, warto pomyśleć o tym, by bezpośrednio podwyższyć swoje przychody! Po drugie zaś – kryzys jest najlepszą okazją do inwestycji.
Ludzie ze swej zranionej grzechem pierworodnym natury, wolą postępować nieracjonalnie! I tak, Cyfrowy Polsat największe sukcesy w pozyskiwaniu nowych klientów notuje właśnie podczas kryzysu (w dzisiejszym Parkiecie prezes CP dowodzi, że konsumpcja na telewizyjną szmirę w czasie kryzysu gwałtownie rośnie!), więc ludzie zamiast swoje koszty ograniczać, nie tylko zwiększają je w najmniej potrzebnych obszarach, natomiast nie robią niczego, by swoje przychody powiększyć! Ja nie mówię o tym, by inwestować w ich zwiększenie np. przejmowaniem lokalnej stacji benzynowej, czy hotelu, których właściciel zaczyna tracić grunt pod nogami! Jeśli ktoś ma dobrą okazję, gotówkę na koncie, wolę przetrwania i pomysł na kontynuowanie biznesu – proszę bardzo! To będzie strzał w dziesiątkę! Można natomiast zwiększyć swój dochód przy minimalnych nakładach kapitałowych, o czym pisałem już w jednej Pogadance Inwestorskiej. W tym kontekście – jako inwestycja długoterminowa, nastawiona na spektakularny sukces produktów cyfrowych (podobnie jak gigantyczna kariera komórek, w które kilkanaście lat temu słabo wierzono...) wydaje się być właśnie Nextranet! Polecam uwadze przedsiębiorczych Czytelników.


dobra grahamka, zdrowa grahamka...!
skoro już mowa o inwestowaniu, to przejdźmy na większy stopień ogólności! Wróciłem ostatnio do lektury kultowego podręcznika na ten temat - Inteligentnego inwestora Benjamina Grahama. Powtórzę to po raz pińćsetny: nie należy nawet iść w kierunku biura pośrednika finansowego, czy domu maklerskiego, by otworzyć rachunek, bądź rejestr funduszy inwestycyjnych, bez uprzedniej lektury Grahama!
Autor jest po prostu genialny i basta!

a rok temu
http://maciejgnyszka.blogspot.com/2008/02/27-ii-2008-roda-powstaje-post.html

myśl na dziś
Napisał również Apostoł, że "już nie ma Greka ani Żyda, obrzezania ani nieobrzezania, barbarzyńcy, Scyty, niewolnika, wolnego, lecz wszystkim we wszystkich jest Chrystus". Słowa te są równie ważne dzisiaj jak wczoraj: przed Panem nie ma różnic narodowych, rasowych, klasowych, stanowych... Każdy z nas odrodził się w Chrystusie, aby być stworzeniem nowym, dzieckiem Bożym: wszyscy jesteśmy braćmi i winniśmy się zachowywać po bratersku!
św. Josemaria Escriva, Bruzda, nr 317










środa, 7 stycznia 2009

[7 I 2008] środa, a tu sztuka upada i system fiducjarny się kończy!

sztuka nam upadła
pożyczyłem od Oleńki ostatnio wydane Ordo Missae (w związku z prezentem, który zgotował na moje urodziny Benedykt XVI, czyli motu proprio Summorum Pontificum), by na najbliższej Tridentinie nie świecić kartkami wydrukowanymi z internetu. Spodziewając się bogatych zdobień a la przedsoborowe mszaliki, bardzo się zdziwiłem widząc sztampowe postkubistyczno-postkomiskowe-rysuneczko-rycinki.
Jednym słowem – chciałem zauważyć, że dewastacja na polu sztuki sakralnej objęła także dziedzinę zdobnictwa książek, czyli luminarstwa. Kiedyż to się skończy? Przypomina mi się klasztor św. Bonifacego w Monachium, którego wnętrze było skrzyżowaniem rakiety kosmicznej i kościoła romańskiego. Przypomnijmy sobie w końcu, że sztuka, czy architektura musi odpowiadać po pierwsze konstytucji psychicznej człowieka, po drugie zaś – celowi liturgii, zdefiniowanemu doktrynalnie, przy czym pierwszy wymóg podporządkowany jest drugiemu. Nie ma czegoś takiego jak przestrzeń sakralna w ogóle. Są jedynie przestrzenie sakralne dla poszczególnych systemów religijnych, o czym na dużą skalę „katolicy” zapomnieli, oddając np. projektowanie swoich świątyń ateuszom, czy różnym innym dewiantom (gdzie za dewiację z punktu widzenia systemu uznamy czyjąś nie-katolickość).

kredyt hipoteczny a jedzenie
czy mówiłem kiedyś, że urbaniści mają skłonności do socjalizmu? Jeśli nie, to mówię i niniejszym dokumentuję przytoczeniem stwierdzenia prof. Jana Macieja Chmielewskiego, z WA PW, który w swoim podręczniku pt. „Teoria urbanistyki” stwierdził, że w związku z tym, iż Polacy wydają statystycznie większą część dochodu na jedzenie (w porównaniu ze społeczeństwami zachodnimi), nie mogą sobie pozwolić na kupno mieszkania, w związku z czym, należy zająć się dotowaniem budownictwa mieszkaniowego. Jednym słowem „Za dużo żrecie, więc będziemy Wam dotować mieszkania”.
Chociaż – pewnie wbrew intencjom szacownego Autora – jest to pomysł dość makiaweliczny. Jeśli zarzut wobec niego tyczy się tego, że zamiast pozwolić ludziom by zmienili swoje preferencje jedzeniowe, funduje im mieszkania, wówczas możemy zauważyć, że subwencjonowanie odbywać się może albo z długu, albo z podwyżki podatków, albo z dodruku pieniądza. Ostatecznie więc – bez względu na to, czy finansujemy subwencje długiem, zwiększeniem obciążeń, czy wyższą inflacją – subwencja odbywa się kosztem subwencjonowanego, który ostatecznie ma mniej pieniędzy na jedzenie i wydatki na ten cel musi zmniejszyć. Pic polega na tym, że po drodze tuczy się stadko zawodowych zbawiaczy ludu, wszelkiej maści polityków, „ekspertów” i urzędasów.
Nie wspomnę już o tym, że kredyt hipoteczny możemy sobie sprawić za pośrednictwem Gnyszkobloga, w gnyszkobiurze finansowym A oraz gnyszkobiurze finansowym B. Full zestaw, moi mili!

my a „następne pokolenie”
utarło się twierdzić, a że się utarło, to wiem z autopsji, wzmocnionej ostatnio obserwacją uczestniczącą w pociągu pospiesznym relacji Wrocław-Warszawa, że choć teraz dobrze nie jest i szybko nie będzie, bo musi minąć dużo czasu... ale może następne pokolenie będzie już mądrzejsze i wszystko naprawi.
Chciałem poinformować wszystkich, którzy tak twierdzą, że pokolenie, które wzrasta w podobnej atmosferze nie ma skąd – na dużą skalę – zaczerpnąć wzorców do tego, by owe rzeczy po prostu naprawić. Jeśli chcemy, by coś było inne – bierzmy się za zmianę. Zdefiniujmy cel, metodę dojścia, ułóżmy plan działania i działajmy. Najwyżej kolejne pokolenie podejmie dzieło. Jeśli nikt nie chce zacząć – nikt nie zacznie.

Polaków rozmowy w pośpiechu
swoją drogą, podczas tej rozmowy rozmówczynie postawiły setki tez, które potem z równym zapałem zanegowały. Często odnosiłem wrażenie, że rozmawiają po to, by sobie pogadać. Ot, fatyczna funkcja języka. Sprawowana skrycie – bo człowiek odnosi jednak wrażenie, że rozmowa toczy się po coś.

luźny dekorator z SEZAMU
dziś jadąc tramwajem, miałem okazję wysłuchać skrycie rozmowy dwóch bezdomnych, z których jeden nadzwyczaj gładkim, kulturalnym językiem opowiadał o swojej przeszłości (uwaga: mógł koloryzować!). Dowiedziałem się, że wygrał wszystkie konkursy na dekoratorów w województwie, szkolił dekoratorów wystaw sklepowych w innych województwach, przejeżdżając obok SEZAMU oznajmił, że cała wystawa SEZAMU należała do niego za Gierka, etc. A ja po raz kolejny zastanawiałem się jak jest możliwe to, by człowiek – zupełnie taki jak ja, czy Ty, drogi Czytelniku – wypadł z sieci relacji społecznych i stał się tzw. „człowiekiem luźnym”, człowiekiem spoza systemu.

czy system fiducjarny się kończy?
pozwolę sobie zacytować fragment ostatniego komentarza rynkowego Investors TFI:

(...) W naszej opinii mamy do czynienia z początkiem końca systemu opartego na pieniądzu fiducjarnym. Ostatnim akordem w jego blisko stuletniej historii będzie w naszej opinii hiperinflacja, a obecne bezprecedensowe powiększanie bazy monetarnej jest do niej przygrywką. Perspektywy dla złota w 2009 r. wydają się doskonałe. Sprzyjać mu będzie zarówno sytuacja gospodarki światowej jak też wewnętrzna dynamika rynku złota z ograniczoną podażą i stabilnym wysokim popytem.

Radzę przeczytać raz jeszcze komentarz na Pogadankach Inwestorskich na temat istoty obecnego kryzysu. Co się okazuje? Otóż, pogląd jak dotąd właściwy jedynie liberalnym ortodoksom spod znaku Misesa i Hayeka (w Polsce kojarzonych głównie z Korwinem), w tym także Pogadanki Inwestorskie, został wyartykułowany przez analityków najlepszego polskiego TFI. Jednym słowem – w sercu keynsowskiego konsensusu mainstreamowych anallityków i ekonomistów, pada nagle stwierdzenie, które grzebie dotychczasowy system kreacji pieniądza. Obyśmy pożegnali się raz na zawsze z pieniądzem nie opartym na kruszcu, tworzonym z sufitu.
Takie stwierdzenie w oficjalnym komentarzu, to po prostu bomba, elektryzujący news – nie wierzyłem w to, że kiedykolwiek usłyszę takie stwierdzenie z ust mainstreamowych ekonomistów. Szkoda, że znajome media nie chcą podjąć tematu... no, ale przynajmniej Gnyszkoblog będzie cytowany jako źródło... hehehe.

a rok temu
http://maciejgnyszka.blogspot.com/2008/01/7-i-2008-poniedzielnik-w-rajmunda-z.html

myśl na dziś

Nie bądź pesymistą. — Czyż nie pojmujesz, że wszystko, co się dzieje i co może się dziać, służy dobru? — Twój optymizm musi koniecznie wypływać z twojej wiary.
św. Josemaria Escriva, Droga, nr 378


środa, 17 grudnia 2008

[17 XII 2008] środa... parę zdań o rewolucji i końcu świata...

wtorek, oj, wtorek
Czytelnicy raczą Panugrzyzdze wybaczyć wczorajszy brak wpisu, ale z wielu przyczyn był on niemożliwy do napisania. W związku z tym – zresztą jak w każdą środę – dzisiejszy wpis jest obszerniejszy! Proszę się rozsiąść wygodnie w fotelikach...
czy starsi zgłupieli?
jadąc ostatnio do Warszawy, miałem okazję spędzić dużo czasu w towarzystwie pewnej starszej damy, która pozowała na damę nad wyraz obytą i kulturalną (bywa na wystawach, prelekcjach, koncertach, etc.). Poprzebywałem, poprzebywałem... i po raz kolejny zauważyłem, że chyba nam starsze pokolenie pogłupiało. Dlaczego? Otóż, cielęco wręcz zakochana jest w Słońcu Peru (Mistrzu Bajeru) i jego ludziach. Struchlała, gdy przeczytała na pierwszej stronie mojej Gazety Polskiej, że nad marszałkiem Komorowskim gromadzą się czarne chmury. „Jak to? Przecież on jest dobry!”. Nie, on dobry nie jest, to wyobrażenie o nim jest dobre. A wyobrażenie powstaje w wyniku propagandy.
Ja nie wiem czego tu brakuje – czy ludzie tamtego pokolenia po prostu nie mają intelektualnych narzędzi nie tyle do obrony, co nawet do zdawania sobie sprawy z warstw przekazu, który codziennie odbiera? A może w kazdym czasie ludzie potrafiący abstrahować od bieżącej sytuacji są w mniejszości? Pewnie tak. Ale to mimo wszystko lekko gorszące – od siwizny wymaga się więcej. No, chyba, że rzeczywiście na starość się dziecinnieje – bez względu na to, kim było się za młodu. Przypomina mi się w tym kontekście słynny
„Czas wrzeszczących staruszków” Ziemkiewicza...

rewolucja u bram...
w Grecji wrzenie. Studencka hołota szaleje, lewica zaciera ręce. Przyznam, że jestem nieco zaniepokojony... bo w całej Europie stopień zlewiczenia młodzieży i podstarzałych Piotrusiów Panów jest wysoki. Boję się, że z Grecji – w zależności od tego, jak się tam sytuacja rozwinie – nastroje mogą przenieść się do innych krajów Europy... Hiszpania... Niemcy... Francja... obawiam się, że naprawdę siedzimy na beczce prochu. Wczorajsze dane o bezrobociu w Wielkiej Brytanii napawają pesymizmem (prawie dwa razy więcej zgłoszeń o zasiłek, niż przewidywała prognoza – swoją drogą i tak zakładającą wzrost zgłoszeń)... niezadowolenie może chyba tylko rosnąć, szczególnie, że spada popyt globalny, firmy mają problemy z kredytami, a w związku z obniżkami stóp procentowych rosnąć może i inflacja.
Uwzględnijmy w tym także obecność ludności afrykańskiej i arabskiej – nadreprezentowanej właśnie w wyżej wymienionych krajach. Dlaczego to ważne? Z prostej przyczyny – szczególnie muzułmanie nas po prostu nienawidzą. Z definicji. Niewiernych należy albo nawrócić, albo zabić. Przypominam to, co pisałem na blogu we wrześniu, po spotkaniu z gen. Pietrzykiem. Dżihad nie ma przerw... chyba, że taktyczne.
Zwróćmy jeszcze uwagę na to, że lewica sympatyzuje ze środowiskami emigranckimi i pewnie bardzo chętnie sprzymierzy się z nimi dla budowy „lepszego” świata. Szczególnie, że lewe szeregi zasilają naiwniacy... którzy nawet nie zauważą, że pełnią rolę pożytecznych idiotów, którzy wiążą węzeł na sznurze, za pomocą którego uduszą ich towarzysze rewolucji.
czujność kontrrewolucyjna...
nie wiem na ile moje analizy znajdą potwierdzenie w rzeczywistości, ale myślę, że warto tego typu rozważania snuć... lepiej przygotować się na najgorszy scenariusz, by później miło się zdziwić. Zająłbym się jednak obserwowaniem działalności lewicowych wywrotowców z jednej, z drugiej zaś strony – ośrodków kontrrewolucyjnych, które mogą być ostoją albo oporu, albo odbudowy normalności po niepokojach. Polecam w tym kontekście zainteresowanie się działalnością np. takich organizacji, jak Stowarzyszenie Kulturalne FRONDA, oraz SKCh im. Ks. Piotra Skargi.

św. Malachiasz a obecny czas
w tym kontekście warto przypomnieć proroctwo św. Malachiasza. Ja go nie przypomnę, bo go nie czytałem (muszę sobie kupić, Czytelnikom też polecam). Otóż, rozmawiałem dziś z osobą, która je czytała i wedle jej relacji św. Malachiasz opisał losy Kościoła w czasach ostatecznych... i wiele wskazuje na to, że jego proroctwo się wypełnia. Jednym słowem – wedle mojego rozmówcy – opisał kogoś takiego jak kard. Ratzinger i po nim przewiduje papieża, który przybrawszy imię Piotra, umrze śmiercią męczeńską, po czym wrócimy do korzeni... czyli do katakumb.

czy przyjdzie czas na danie świadectwa?
co by się z tym wiązało? Ano... będzie chyba czas na danie świadectwa. Nie to, że wejdzie mi na bloga 6000 osób, nabluzga i podeśle parę pogróżek, nie to, że wylecimy z pracy... może nie areny i lwy, ale np. to, co dzieje się teraz w Indiach i w parudziesięciu miejscach na świecie. Katolicy i inni bracia odłączeni są zabijani na potęgę. Czy będzie trzeba dać głowę za Wiarę? Obyśmy byli na to gotowi.
wszystko już było?
zasadnicze pytanie, które się nasuwa, brzmi następująco – czy dzisiejszy kryzys, w istocie swojej wielowątkowy i wielopłaszczyznowy – będzie ostateczny, czy jedynie przejściowy, a świat po nim wróci do normalności. Niezależnie od tego, co będzie – wciąż opłaca się inwestować. Jeśli czeka nas kataklizm – pieniądze i tak będą nic nie warte, nie wymienimy już ich na złoto. Jeśli nie czeka – tym lepiej dla tych, którzy powiększają pozycję na rynku. Ot, taki ekonomiczny wymiar niespokojnych czasów.
Jeszcze dwie uwagi. Widać już, że historia się nie skończyła, o czym pisałem tu wielokrotnie – wszystkie potworności historii mogą się powtórzyć. Jestem o tym przekonany. Żadne duperele w rodzaju ustaw, konwencji, uchwał nas nie obronią przed tym, co sprowokowało ich nadprodukcję tak, jak i Liga Narodów przed II wojną światową. A po drugie... domyślam się, że podobne myśli chodziły ludziom po głowie w czasie poprzednich kryzysów, o czym dziś zapewniał mnie dr Chmielewski, człowiek wiekowy.

Bóg kocha nas nieskończenie więcej, aniżeli ty sam kochasz samego siebie... Pozwól Mu więc, aby od ciebie wymagał!
św. Josemaria Escriva, Kuźnia, nr 813




poniedziałek, 13 października 2008

[13 X 2008] poniedziałek, bł. Honorata Koźmińskiego

gdzie byłem, gdy mnie nie było?
Jak widać, ostatni post został opublikowany w czwartek. Nie wspominam o Pogadankach Inwestorskich, z których ostatnia powstała dawno, a tę planowaną na przedpoprzedni weekend wciąż tworzę, nie wyszedłszy od czasu podróży na opycino-zmówiny u Oleńki z etapu konspektu.
Cóż się takiego wydarza? Ano, ma pangrzyzga bardzo dużo do roboty – moc zajęć zarówno na Politechnice, jak i Uniwersytecie, a obok nich jeszcze parę pobocznych zajęć związanych nie tyle z samym sobą, co bliźnimi. Powiem krótko – granicę przeciążenia mam na wyciągnięcie palca, mam nadzieję, że w sesji nie okaże się, że ją przekroczyłem. Czytelnicy niech się już o to modlitewnie postarają. O!

jesienna deprecha
No, ale gdzie byłem w ostatni weekend? Otóż, na Kongresie Konserwatywnym w Krakowie. Jak było? Ależ, nie będę się publicznie dzielił wrażeniami, skoro sam Kongres nie był publicznie rozgłaszany, muszę jeno napisać, że jesienny Kraków – o dziwo – wprawił mnie w melancholię. Oczywiście nie jest to wina samego Krakowa, ale trzeba przyznać, że pangruszka wrócił w marnej kondycji, którą zmienia do dziś. Jesienna deprecha?
Przy okazji – pozdrawiam marsz. Marka Jurka oraz prof. Legutkę, który – jak już wspomniałem po lekturze wywiadu z nim po publikacji „Eseju o duszy polskiej” - albo czyta tego bloga, albo jest żywym dowodem na to, że można niezależnie, z różnym bagażem życiowym dojść do tych samych wniosków obserwując różne części jednego społeczeństwa!

normalni, czy wielodzietni?
Na pewno już o tym pisałem na blogu, ale powtórzę. Przymiotnika „normalny” używamy w dwojakim znaczeniu: statystycznym i normatywnym. Czy bycie cudzołożnikiem jest normalne? W sensie statystycznym jak najbardziej, w sensie normatywnym – wręcz przeciwnie. Ot, dla przykładu.
W tym kontekście proponuję na nowo przemyśleć kwestię rodziny. Co jest normalne w jakim sensie? Żeby nie przeciągać rozważań, powiem krótko – w sensie statystycznym wielodzietność to kuriozum, zaś w sensie normatywnym – absolutna normalka. Ciągnąc sprawę dalej – w tym samym duchu udzielmy odpowiedzi na pytanie – który model jest patologiczny? Ano, właśnie...
Oliwka atakuje
kontynuuję sprawy rodzinne – i wracam do kwestii podróżniczych, gdyż poniższe dwie subnotki będą inspirowane podróżami.
W czerwcu b.r. jechałem do Oleńki pociągiem. W przedziale siedziała kilkuletnia Oliwka z rodzicami (chyba już kiedyś o niej wspominałem – to ta, która wygarnęła mamie to, że najpierw na nią krzyczy, a potem płacze, że nie może mieć więcej dzieci). Wariowała, figlowała, wchodziła mi na kolana – wulkan energii. Wcielała się przy tym w różne postacie. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie były to jakieś zmanierowane telewizyjne księżniczki, coś między Isaurą, a Milagros ze „Zbuntowanego anioła”, albo i Brook z „Mody na sukces”. Sytuacja, w której dla małej dziewczynki wzorem są – nie bójmy użyć się tego słowa – dziwki... nie należy do pożądanych. Tym bardziej, im bardziej wczuwa się w te role i nimi przejmuje.
Jednym słowem – telewizor plus dziecko równa się kłopoty.

Bluźnierstwo w filmach
natomiast, gdy jechałem do Frankfurtu, prócz sytuacji z młodymi Rosjanami i panem w dresie, miałem także przegląd współczesnego amerykańskiego filmotwórstwa. Byłem po prostu zniesmaczony chamstwem żartów, seksualnych sugestii – i rzecz jasna przytyków natury religijnej.
Te filmy są naprawdę beznadziejne – więc albo czytam, albo po prostu zamykam oczy, co zaleca Oleńka, by mi odpoczęły. O!
Chociaż... powinienem raczej powiedzieć kierowcom: „Panowie, do ciężkiej cholery, te głupoty oglądają w autokarze dzieci... Puszczają Panowie takie coś u siebie w domu?”.

a rok temu
http://maciejgnyszka.blogspot.com/2007/10/zblia-si-dzie-papieski.html
http://maciejgnyszka.blogspot.com/2007/10/przedwieczr-sobotni.html
http://maciejgnyszka.blogspot.com/2007/10/pno-ju-pno.html

myśl na dziś
Gdybyśmy jako chrześcijanie żyli prawdziwie zgodnie z naszą wiarą, nastąpiłaby największa rewolucja wszystkich czasów... Skuteczność współodkupienia zależy także od każdego z nas! — Pomyśl nad tym.
św. Josemaria Escriva, Bruzda, nr 945


wtorek, 30 września 2008

[30 IX 2008] o Simonie Zapylaczu i innych sprawach we wspomnienie św. Hieronima

wprowadzonko
nie wiem, czy wiecie, ale piszę bloga w pociągu relacji Warszawa Centralna-Kraków Główny, 6:05 ze stacji początkowej. Co to oznacza? Po pierwsze, że jestem krańcowo niewyspany – wczoraj przyszło mi posiedzieć do wieczora. Po drugie – jest piękna pogoda. Po trzecie – pomyślałem, że w obliczu ostatniej blogowej niefrasobliwości, należy się Czytelnikom sążnisty wpis. Po czwarte – że pani po przekątnej, rodem z Niemiec (sądząc po klawiaturze laptopa), straszy mnie swoimi czarnymi biustonoszani, łabędzią szyją i ramionami wypływającymi zza luzackiego swetra. Nie wódź nas na pokuszenie... No właśnie, droga damo, proszę się ubrać!

biedne sześciolatki
dali mnie w pociągu do czytania jakąś szmatkę z czerwonym prostokątem (swoją drogą, w pociągach Aborcza nie cieszy się najdrobniejszą popularnością – wszyscy wybierają Rzepę i Ziewnik), ale wybrałem Ziewnik – z braku Rzplitej. Przejrzałem, literówki spostrzegłem, milutką buziulkę red. Michalskiego zobaczyłem i przeczytałem... o kłótni w Sejmie odnośnie sześciolatków mających iść do szkół.
Sytuacja w skrócie wygląda tak, że PiS zaprosił rodziców z akcji Ratuj Maluchy (o której zresztą pisałem ostatnio) na posiedzenie odnośnej komisji sejmowej. Jej przewodniczący – nie pamiętam nazwiska, ale poewiak – posiedzenie otworzył i od razu zamknął, burząc się na obecność obywateli.
No, nie ma co się dziwić – gdy Bierut wydawał dekret wywłaszczający, nie prosił do gabinetu posiadaczy gruntów, więc nie ma co mieć za złe, że w przypadku zwiększenia nacjonalizacji dzieci rzecz ma przebiegać inaczej.
Niepokoi mnie jednak sama akcja Ratuj Maluchy. Jej przywódcy argumentują, że szkoły nie są przygotowane na przyjęcie sześciolatków. Nie mają zatem nic przeciwko samej idei wyrywania dzieci z objęć rodziców, umieszczaniem ich w edukołchozach, a rodziców pędzenia do roboty, by na to wszystko zarobić. Jednym słowem – albo stosują metodę małych kroków, albo są baranami, z którymi należałoby utrzymywać okresowy sojusz, by sabotaż propozycji rządu okazał się skuteczny.

Simon Zapylacz
mam nadzieję, że wszyscy Czytelnicy mają za sobą lekturę wywiadu z damesą zarażoną przez Simona Mola. Pewnie refleksji macie na ten temat więcej ode mnie, więc ograniczę się tylko do jednej – a propos sugestii nt. Jego związków z islamem.
Otóż, jeśli jest to prawda – a niewiele wskazuje na to, że jest to fałsz (poza wiele mówiącymi reakcjami niektórych – Eeeeeee... no co Ty? Nie chce mi się wierzyć.) - znajdujemy się w poważnej sytuacji. Jestem o tym tym bardziej przekonany, mając w pamięci spotkanie z gen. Pietrzykiem (były ambasador Polski w Iraku, znajomy mojego dowódcy z wojska – swoją drogą, w zeszłym roku byłem już po wojsku, w Monachium!).
Otóż, gen. Pietrzyk stawia tezę (coraz bardziej zresztą popularną), iż islam nie jest żadną religią, tylko systemem rządzenia. Co więcej – systemem cwanym, który wypuszcza publikacje na swój temat dostosowane do odbiorcy – chrześcijanom wypisy z Koranu nt. Pana Jezusa, Maryi, etc. Po to, by wykreować pogląd: Islam, to wspaniała religia, większość muzułmanów, to bardzo fajowi ludzie, margines stanowią jacyś tam szaleni ekstremiści. Gen. Pietrzyk twierdzi, że tak nie jest – co więcej, uważa, że tezę tę lansują sami muzułmanie z przyczyn czysto strategicznych.
Dżihad istnieje odkąd żył Mahomet, a Koran rzecze (proszę wybaczyć, że nie podaję numeru sury, gen. Pietrzyk podawał – gdy przeczytam cały Koran, to będę cytował ściśle), że dżihad to walka o to, by nie było na ziemi człowieka, który nie powie, że Allah jest jedynym Bogiem, a Mahoment jego prorokiem. Narzędziem jest tu nawrócenie, lub śmierć. Tertium non datur. Pierwsza faza ekspansji islamu (z fluktuacjami, jak np. bitwa pod Poitiers, rekonkwista w Hiszpanii) trwała od jego początku, aż do bitwy pod Wiedniem, kiedy to dostali takiego łupnia, po którym podnosili się aż do końca XX wieku! Dlatego też – mówi gen. Pietrzyk – zamach na WTC miał miejsce dzień przed kolejną rocznicą Wiktorii Wiedeńskiej. Pamięć o nie jest ponoć silna wśród muzułmanów.
W związku z tym wszystkim, a także innymi informacjami, którymi – zwyczajowo – podzielić się nie mogę, na wieść o tym, że Mol był muzułmaninem i zarażał z pobudek religijnych.... wprawdzie doznałem szoku, ale i nieodpartego wrażenia, że wszystko układa się w jedną całość. Resztki otuchy odebrały mi wiadomości z Francji i Wielkiej Brytanii o uznawaniu przez państwo wyroków sądów islamskich (wydających je na podstawie szariatu), zakazie wystawiania ciastek na posiedzeniach rady gminy którejś z brytyjskich gmin ze względu na ramadan, oraz zablokowaniem konferencji w Kolonii – zlotu przeciwników budowy meczetu w Bonn. Zjednoczone Emiraty Europejskie niedługo staną się faktem, jeśli nie ruszysz się Ty. I ja.
Idzie wojna, do roboty.

w Ziewniku o Kryzysie
Dziennik zwyczajowo się kompromituje. Dzisiaj piszą o tym, że w związku z upadkiem kapitalizmu kraje Unii Europejskiej muszą sięgnąć do kieszeni podatników, by ratować swoje banki (ostatnio w tarapatach jest Fortis). Klasyczne Radio Erewań. Niniejszym prostuję: kapitalizm nie upadł, nie ma żadnej UE, tylko Wspólnoty Europejskie, które do żadnej kieszeni podatników sięgać nie muszą, a banków tak naprawdę nie ratują, tylko działają na ich szkodę, umacniając w przekonaniu, że mogą robić co chcą, bo rząd wykupi od nich trefne aktywa.

w Ziewniku o Euro
a w Dzienniku (oj, dziś tej gazecince się dostanie...) piszą dziś o przyjęciu Euro. Z jednej strony zamieszczają opinię dra Sadowskiego z Centrum im. Adama Smitha, z drugiej Marka Zubera z Dexus Partners (ekhm...). Jeden mówi o konkretach, drugi o tym, że jeśli euro nie przyjmiemy, to się skompromitujemy i wyjdziemy na wsioków. Tak argumentuje ekonomista, proszę Państwa. Co jeszcze? Ano, inwestorzy się przestraszą i uciekną z polskiego parkietu – w efekcie spadki na giełdzie potrwają dłużej.
Czyli co? Istnieje grupka panów, która sobie ubrdała, że oni mają prowadzić politykę monetarną innych państw (coś jakby FED dla stanów USA – kiedyś były one jak państwa). Bez względu na to, czy to się opłaca, czy nie – jeśli ktoś nie zechce, jest wsiowym ćwokiem i ma u nich przerąbane.
Czy polityka monetarna jest ważna? W systemie fiducjarnym – nieomal najważniejsza, wobec czego własna waluta, jeśli nie myślimy o jednym państwie europejskim – musimy my decydować o jej parametrach. Chyba, że nie myślimy o federacji państw, tylko o państwie paneuropejskim – a jak wiadomo, do stworzenia takiego bytu pociąg jest coraz większy (vide – upadła eurokonstytucja).

dwie opowiastki o podróżowaniu
opowiem Wam dwie bajki – dla rozluźnienia.
Pierwsza dzieje się w autobusie do Frnakfurtu. Obok mnie siedzi rosły pan w dresie. Za nami – Rosjanka z dwojgiem młodych synków (końcówka szkoły podstawowej), którzy uparcie słuchali jednej, rosyjskiej piosenki. Rzecz jasna – głośno. Wytrzymaliśmy dwie godziny – mój towarzysz patrzył w szybę i cicho klął, dzieląc się co jakiś czas ze mną uwagami nt. różnic między narodami, ja zaś czytałem. Minęły te dwie godziny, a towarzysz podróży mówi do panagruszki:
- Zaraz mnie szlag trafi z tymi gnojami.
- No, wie Pan, mnie też się ta piosenka znudziła, może Pan im powie, żeby ściszyli muzykę, Pan siedzi bliżej.
- Dobra.

Odwraca się i słyszę:
- Ile mam jeszcze słuchać tego g***a?
Muzyka umilkła momentalnie.

pętla się zaciska!
przed panemgrzyzgą najcięższy rok życia. Serio. Wprawdzie każdy kolejny jak dotąd, był cięższy od poprzedniego, ale ten będzie rekordowy. Mam na głowie nie tylko dwa i pół kierunku studiów (w pełnym wymiarze, a nawet z naddatkiem), ale i projekt inżynierski oraz parę nowych zobowiązań...
Jednym słowem – jeszcze intensywniejsza praca, niż w zeszłym roku. Ci, którzy ze mną obcują na co dzień, domyślają się już, co to może oznaczać. A w związku z planowaną przez panagruszkę żeniaczką, wysuwa się też na przedni plan aspekt ekonomiczny własnych działań... Jaki stąd wniosek? Mam pewien pomysł dla Czytelników, ale zanim go przedstawię – proszę kliknąć w bannerek pod postem o nazwie Wspieraj bloga. Jest to w tej sytuacji baaaaaardzo mile widziane.

św. Josemaria
2 października o 19:00 w katedrze praskiej Msza Święta z okazji 80. rocznicy założenia Opus Dei. Serdecznie zapraszam wszystkich. Tym bardziej zapraszam, że jestem świeżo po lekturze wywiadu biograficznego na temat Założyciela. Wspaniała, inspirująca lektura - rozmowa z następcą św. Josemarii - don Alvaro del Portillo. Polecam!

FForumowy zjazd
Centralny Zjazd Forum Frondy w Kazimierzu Dolnym n. Wisłą zakończył się wielkim sukcesem i radością wszystkich! Wczoraj mieliście próbkę zdjęć... ach, wspaniale było poznać tych, z którymi zżyłem się przez internet niejednokrotnie bardziej, niż z niektórymi osobami spotykanymi w świecie fizycznym. To się nazywa – braterstwo broni...

myśl na dziś
Myśl o śmierci pomoże ci pielęgnować cnotę miłości, gdyż może ta konkretna chwila, kiedy spotykasz się z tym czy tamtym, jest ostatnia: ich, ciebie, albo mnie może zabraknąć w każdej chwili.
św. Josemaria Escriva, Bruzda, nr 895


ciekawostki:

Pierwsze w Polsce profesjonalne szkolenie giełdowe!
Aktualny PageRank strony maciejgnyszka.blogspot.com dostarcza: Google-Pagerank.pl - Pozycjonowanie + SEO