Pokazywanie postów oznaczonych etykietą psychologia społeczna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą psychologia społeczna. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 6 sierpnia 2009

[6 VIII 2009] co powinna robić Prawica, czyli śmierć gównozjadztwu!

Kontynuujemy podjętą swego czasu myśl na temat sposobów finansowania lewicy – tym razem przechodząc do pytania o to co w takim razie powinna zrobić strona przeciwna. Przypomnijmy, że dobre działanie (a więc i skuteczne) wg św. Tomasza z Akwinu za podstawę ma obserwację rzeczywistości, objaśnienie jej oraz podjęcie działania. Rzeczywistość już opisaliśmy, częściowo opisaliśmy. Nadszedł czas na dokończenie opisu... i przejście do opisu.

co rozumiemy przez prawicę?
Najpierw uściślijmy podział prawica-lewica. Jak wiadomo, za przedstawiciela prawicy podaje się nieraz ludzi, których inni widzą raczej po lewej stronie i na odwrót. Moim zdaniem – i z mojej perspektywy – prawica, to po prostu siły Kontrrewolucji oraz pół-kontrrewolucyjne wg definicji Plinio Correa de Oliveiry z „Rewolucji i Kontrrewolucji”. Jednym słowem decydujący sam w sobie nie jest ani stosunek do kwestii gospodarczych, ani obyczajowych... tylko do christianitas, cywilizacji chrześcijańskiej ukształtowanej z inspiracji Kościoła Katolickiego. Siły dążące do odbudowania mocno podupadłej christianitas nazywamy kontrrewolucyjnymi, a te, które na wielu odcinkach są z nimi zgodne, w mniej ważnych nie w pełni, nazywamy pół-kontrrewolucyjnymi. Te uważam za prawicę. I nie obchodzą mnie żadne inne – jedynie te uważam za godne uwagi, choć nie oznacza to, że i inne nie mogą skorzystać na poniższych uwagach.

jak działa lewica – co z tego?
Opisaliśmy niedawno jak działa lewica (czyli siły Rewolucji) pod względem finansowania. Z opisu tej sytuacji należy wyciągnąć wnioski dla strony przeciwnej, ale zanim je wyciągniemy, opiszmy krajobraz Kontrrewolucji, lub też podmiotów, które deklarują, że po jej stronie walczą.

kłody u prawej nogi
Prof. Marek Jan Chodakiewicz sytuację na prawicy (choć pewnie różnimy się w definicji) określił swego czasu w felietonie w Najwyższym Czasie! jako gównozjadztwo. Chodziło tu przede wszystkim o finanse – i nie uważam, by to kreślenie było dalekie od rzeczywistości! Sytuacja finansowa większości instytucji, które określilibyśmy jako prawicowe jest słaba, bądź katastrofalna. Często są również źle zarządzane i opierają się na wolontariacie, czyt. frajeracie, opisywanym już swego czasu przeze mnie. To powoduje często powstanie klientelizmu, które opisałem w tyradzie przeciwko niemu, czy fałszywej nieskończonej pogoni za profesjonalizmem, która pęta wszelkie działania. Wszystko to opisuję już od pewnego czasu – odkąd sam zaangażowałem się w pełni, aktywnie oraz instytucjonalnie po tej stronie. Pora prócz wspomnianych wyżej zjawisk wyróżnić jeszcze kilka innych grzechów, które mnożą się w instytucjach prawicowych. Są to:

- zakotwiczenie – opisywałem je już kilka razy – w tekście ogólnie o zakotwiczeniu, oraz o przejawach zakotwiczenia w poszczególnych dziedzinach. Na prawicy polega na przywiązaniu do status quo... większość ludzi prawicy nie wierzy w to, że sytuacja może być inna! Że mogą nadawać ton życiu publicznemu, szefować potężnym instytucjom, wydawać książki w nakładach idących w setki tysiące, mieć popularne media w rękach – owszem, o tym się mówi, że mamy rację tu i tu, słuszność, Bóg i historia są po naszej stronie, że mamy wizję przyszłości... tylko, że nikt przytomny nie powie, że tak będzie za kilka lat. Nikt nie wyobraża sobie, żeby tak mogło się stać już niedługo, w wyniku jego konkretnych działań. Przypomina mi się opowieść usłyszana od logopedy. Opowiadał o pewnej konferencji PZJ, na której prelegent zapytał licznie zgromadzonych, kto z nich chciałby przestać się jąkać w ciągu godziny. Z kilkuset osób tylko kilka podniosło ręce! Ludzie, którzy na terapię jąkania poświęcają kilka godzin tygodniowo... de facto nie wierzą w jej powodzenia. Podobnie i ludzie prawicy – swój sukces widzą... w niezdefiniowanej przyszłości. W ten sposób zamiast pracować skutecznie dla zwycięstwa, realizować cel po celu – bawią się w krzątaninę, lataninę z pustymi taczkami.

- błędy atrybucji – pisałem na blogu także i o błędach atrybucji. Widocznym problemem na prawicy jest jej rozdrobnienie. Celowo używam określenia „rozdrobnienie”, a nie „dywersyfikacja” - tutaj mamy bowiem do czynienia z dyspersją, która niczemu nie służy. Instytucje są izolowane, współpraca obejmuje zazwyczaj jedynie kilka sąsiednich instytucji, członkowie zaś mają skłonność do budowania bardzo zawężonych tożsamości, w opozycji do innych. Przedstawiciele instytucji X uważają, że ci z Y są tak naprawdę farbowanymi lisami, albo nieprawdziwymi reprezentantami idei abc, a ich lider spojrzał kiedyś krzywym okiem na naszego, więc nie może być mowy o współpracy, etc.

- indywidualizm i napoleonizm - opisana powyżej skłonność do popełniania błędów atrybucji wobec potencjalnych sojuszników prowadzi do wyobcowania (co w skali makro opisał też Putnam jako erozję kapitału społecznego w wyniku kontaktu społeczności z obcymi – podobnie jak w owych instytucjach bardzo często „obcości” szuka się na siłę), oraz indywidualizmu. W długim terminie każdy zaczyna mieć skłonność do działania na własną rękę (z różnych względów – od kiepskiego uposażenia, po animozje), co skutkuje napoleonizmem i pączkowaniem coraz to nowych przedsięwzięć kanapowych, w których każdy jest szefem działu, ale nie ma działaczy. Ilustruje to pewna opowieść o dwóch działaczach narodowych, którzy jechali pociągiem na któryś ze zjazdów nieboszczki LPR do Częstochowy. Podczas podróży wpadli jednak na pomysł utworzenia własnej partii, która lepiej realizowałaby postulaty im bliskie. Wymyślili nazwę, godło, zaczęli pisać szkic statutu... ale doszło do podziału stanowisk... obaj panowie tak się na siebie rozeźlili, że na najbliższej stacji wysiedli – nie tworząc ani partii, ani nie dojeżdżając na zjazd.

Napoleonizm czasem występuje jako klientelizm, o czym pisaliśmy wcześniej. Bez względu na odmianę, skutkiem tego są instytucje skupione wokół wodza, któremu się kadzi bez względu na to, czy odnosi sukcesy, czy nie... a ostatecznie kadzi mu się nieszczerze, bo czuje się nie miłość, lecz żądzę zastąpienia go i zostania samemu wodzem, Napoleonem.

- cierpiętnictwo – ciężko nie odnieść wrażenia, obserwując poczynania niektórych działaczy, że jedynym celem, bądź celem głównym jest przekonanie świata o swojej wyjątkowości. Przybiera to różne formy i jest pochodną indywidualizmu. Jako napoleonizm przybiera postać wyjątkowości poprzez geniusz, jako cierpiętnictwo zaś – wyjątkowość poprzez cierpienie. Nasz cierpiętnik cierpi zatem za miliony, ma skierowane przeciwko sobie wszelkie moce zła, walczy jako ostatni Mohikanin, jedyny sprawiedliwy. Paradoksalnie zatem cierpiętnikowi nie zależy na zmianie status quo – on pragnie cierpieć, dowodzić prześladowań swojej osoby, a wszelkie działania ofensywne najlepiej, gdy kończą się spektakularną porażką (inaczej skończyć się nie mogą, bo cierpiętnik zazwyczaj nie potrafi nic więcej, niż spektakularnie cierpieć – porządna organizacja nie wydarzeń, bądź instytucji jest poza jego zasięgiem). Cierpiętnik jest największym – choć pewnie nieświadomym – zwolennikiem istnienia i powodzenia bytów, z którymi walczy. Jeśli walczy z mediami w rodzaju AGORY, jak to już opisaliśmy – najbardziej zależy mu na dobrobycie tej instytucji.

agenci – są?
Wiele niepowodzeń po tej stronie mocy zwykło się wyjaśniać działaniem agentury – czy to państwowej, czy po prostu rewolucyjnej. Niestety, jest ona bardzo prawdopodobna, a sam miałem najprawdopodobniej okazję spotkać się z agentem którejś z agencji rządowych. Jest rzeczą oczywistą, że posiadanie agenta w środowisku, które dąży do zaburzenia status quo jest dla rządu kwestią wielkiej wagi, a i dla środowiska przeciwnego również. Wprowadzenie, czy pozyskanie agenta trudne najczęściej nie jest, bo ludzie są łatwowierni, a i samo bycie źródłem ważnych informacji do końca uświadomione być nie musi. Nie należy jednak popadać w przesadę – obecność agentów niszczy zaufanie wśród działaczy, co z kolei przekłada się na ograniczenie skali działań i spadek ich jakości. Jak tu bowiem podejmować wielkie przedsięwzięcia, gdy tak naprawdę jedyną osobą, której możemy zaufać, jest nasza osoba? W tym znaczeniu, by zneutralizować grupę wystarczy rozpuścić plotkę o jej infiltracji.

parasole once more
Teraz przejdźmy do strony pozytywnej – co by tu robić. Cmentarz inicjatyw prawicowych – najprawdopodobniej ze względów, o których było powyżej – jest bardzo liczny. Wśród nieboszczyków wielką grupę pełnią zaś media prawicowe.
Moim zdaniem należy powtórzyć strategię, którą wdraża lewica – stworzyć jak najwięcej instytucji. Tutaj uwaga – nie jest prawdą, że po naszej stronie istnieje pustka. Wręcz przeciwnie! Kapitał społeczny w Polsce wytwarza głównie Kościół i ludzie z Nim związani, jednak zasięg tematyczny jest ograniczony do kwestii związanych z formacją i dobroczynnością. Moim zdaniem należy wrócić do wzorców przedwojennych, czyli wywodzących się de facto z jeszcze wcześniejszych wieków, kiedy to inspiracja katolicka towarzyszyła całemu mnóstwu stowarzyszeń świeckich – od kół łowieckich, przez grupy paramilitarne, handlowe, producenckie, twórcze, etc. Tak – miejmy własne pozarządowe i pozakościelne (w sensie hierarchicznym) instytucje, które zajmą się dosłownie wszystkim (podobnie jak to ma miejsce na lewicy). Nie tylko rodziną, dobroczynnością i formacją duchową, bądź intelektualną – miejmy związki sportowe, stowarzyszenia akademickie, naukowe, organizacje zajmujące się ochroną środowiska, przedsiębiorczością, unie handlowe, instytuty, wydawnictwa, knajpy, teatry, stowarzyszenia biorące udział w dialogu społecznym! Są one potrzebne nie tylko do wpływania na to o czym się mówi i w jaki sposób się mówi na dużą skalę, ale i z jeszcze jednego powodu... są one generatorami prestiżu!

generatory prestiżu
Wróćmy jeszcze do opisywanej sytuacji na lewicy. Sieć instytucji ma nie pozytywny wymiar ekonomiczny, ale i generuje prestiż – organizacje te (jako byty pozarządowe) postrzegane są jako niezależne i eksperckie. Powołując się na siebie nawzajem, zlecając sobie ekspertyzy, wykonanie poszczególnych zadań – tylko umacniają swój autorytet. Pozycję dodatkowo buduje realizowanie celów zlecanych przez państwo – wciąż postrzegany jako bezstronny i fachowy. Dlaczego prestiż jest ważny? Dlatego, że działa pozytywnie na motywację, lojalność, skuteczność oraz zwykłe dobre samopoczucie działacza. Uważam, że na prawicy podstawowym problemem, z którym się borykamy jest właśnie brak generatorów prestiżu. Kurie biskupie mają ograniczone działanie pod tym względem, poza nimi tylko niewiele instytucji zyskało jakiś prestiż, a i nikt nie gra na prestiż sprzymierzeńców, chcąc dla siebie zagarnąć jego całość ze względów, które opisałem wyżej. W efekcie – po naszej stronie ciężko o prestiż, ludzie działają najczęściej w oparciu o wysokie motywacje, które w zderzeniu z szarą rzeczywistością kończą się frustracją po dwóch, trzech latach działania i zawieszeniem działalności. Polski działacz pro-life nie jest eleganckim, skutecznym lobbystą, który samym swoim prestiżem oddziałuje na rozmówcę. Polski działacz pro-life to najczęściej spocony gość, który działa za „Bóg zapłać”, ma do wykarmienia rodzinę i nie ma pojęcia o skutecznym działaniu. Ludzie na dłuższą metę nie lgną do naszej strony i często musimy obserwować spektakularne przejścia na ciemną stronę mocy – najczęściej właśnie w wyniku zachłyśnięcia się prestiżem! Idę o zakład, że gdyby po prawej stronie można było uzyskać poważne laury artystyczne, prestiż i pieniądze, Jan Klata nie odszedłby do środowiska „Krytyki Politycznej”. Gdyby po naszej stronie generował się prestiż, obecny naczelny „Rzeczpospolitej” nie wspominałby ze wstydem swojej twórczości we FRONDZIE, co wg poważnych źródeł ma miejsce. Najwyższy czas rozpocząć wielokierunkową współpracę, porzucić środowiskową izolację, profesjonalizować się i zadbać o finanse, porzucając kolesiostwo, które chętnie podczepiłoby się do jakiejkolwiek gotówki. Nasza praca, praca tylu ludzi, musi być wreszcie pracą idealną.

dwa cele
By tak było, należy podejść poważnie do realizacji dwóch celów. Po pierwsze budować dwa rodzaje struktur, które się uzupełniają – strukturę non-profit oraz biznesową. Po drugie zaś – formować rynek, w przypadku organizacji non-profit rynkiem są wszelkie finansowania i formowanie rynku oznacza budzenie i umacnianie skłonności do dobroczynności, skłonności do zaangażowania własnego portfela w działania! W sytuacji, w której coraz więcej celów biorą na siebie i je realizują Wspólnota Europejska i rząd – ludzie skłonni są uznać, że sytuacja nie wymaga ich zaangażowania ani w formie czasu, ani pieniędzy. To, co było podstawą społeczeństwa przez wieki, obumiera w dzisiejszych dniach coraz szybciej. Ale wspieranie tego typu postaw jest konieczne także z innego względu. Nie chodzi bowiem jedynie o to, że dobrze jest się dzielić z innymi, a samo to generuje kapitał społeczny, zaufanie, nowe relacje i podnosi jakość życia. Chodzi także o to, że nie zapowiada się, by na długą metę rząd polski, albo europejski były skłonne finansować działania prawicowe (w odróżnieniu od lewicowych, co oczywiste). Jeśli prywatna dobroczynność obumrze zupełnie – można przestać myśleć o czymkolwiek. Na tym polu widzę też swoją osobistą misję, którą zacząłem już realizować.

myśl na dziś
Niebo. „Ani oko nie widziało, ani ucho nie słyszało, ani serce człowieka nie zdołało pojąć, jak wielkie rzeczy przygotwał Bóg tym, którzy Go miłują”. Czyż te rewelacje apostoła nie dodają ci zapału do walki?
św. Josemaria Escriva, Droga, nr 751



wtorek, 4 sierpnia 2009

[4 VIII 2009] dlaczego prawicowcy kochają Agorę?

po co nam AGORA?
Nie jest tajemnicą, że AGORA SA to jeden z głównych graczy polskiego rynku medialnego. Nie jest również tajemnicą, że sytuacja rynkowa niekiedy ulega gwałtownej zmianie. Proponuję przypomnieć sobie spektakularne bankructwa takich gigantów, jak Enron czy Lehman Brothers z ostatniej i przedostatniej wielkiej bessy! Wydawało się, że są niezatapialni, a ich pozycja rynkowa spetryfikowała układ sił na lata. Przypomnę jeszcze, że AGORA to firma z 20-letnią tradycją, podczas gdy Lehman Bros. ponad pięciokrotnie dłuższą.
Dlaczego o tym piszę? Już wyjaśniam. Wielu ludziom istnienie koncernu wydającego Gazetę Aborczą spędza sen z oczu – czemu nie należy się dziwić, bo istotnie ma on dużą siłę rażenia i wielką moc manipulacyjną, dezinformacyjną i siłę polityczną (ostatni spektakularny przykład, to sprawa tzw. Agaty). Jednak dziwi mnie to, że wielu wyznawców Boga Jedynego i wszechmocnego tak bardzo martwi się istnieniem demiurga Michnika.

kochamy AGORĘ!
Obawiam się, że to przerażenie, Michnikofobia posunięta do granic zdrowia psychicznego, święte oburzenie... tak naprawdę wielu z nich (ludzi, których opisuję) są bardzo potrzebne! Dzięki swoim enfant terrible mogą spokojnie oddawać się cierpiętnictwu – organizować akcje, które w wyniku sabotażu AGORY odniosą spektakularne klęski, pisać apele, które Aborcza przemilczy, pikietować siedzibę, na co nikt nie zareaguje... mogą cierpieć za miliony, a swoje dobre samopoczucie czerpać z potęgi wroga. Bo kto ma potężnego wroga, nie jest byle kim...

wygoda
Zastanawiam się, czy to nie jest również kwestia wygody – ze względu na zakotwiczenie, ludzie owi nie są w stanie sformułować żadnego konkretnego (przez „konkretny” rozumiem tu niemal biznesplan, szczegółowy plan działania, porządną analizę nadziei i zagrożeń) planu alternatywnego, skupiając się jedynie na (słusznej) krytyce środowiska AGORY. Jeśli by jednak moloch upadł (co nieprawdopodobne nie jest)... w oczach ich zagości przerażenie – co tu robić?! Załamało się status quo, z którym się zżyliśmy... koniec świata.

Ostatecznie...
rola wielu środowisk sprowadza się do wydawania i sprzedawania książek oraz biadolenia. Dziękuję, nie wsiadam. Od roku – z sukcesami – buduję z wieloma innymi ludźmi alternatywę.

myśl na dziś
Daleko — tam, na horyzoncie — wydaje się, że niebo łączy się z ziemią. Nie zapominaj, że miejsce, gdzie rzeczywiście łączy się niebo z ziemią, jest w twoim sercu dziecka Bożego.
św. Josemaria Escriva, Bruzda, nr 309



środa, 15 lipca 2009

[15 VII 2009] zakotwiczenie - na czym polega?

zakotwiczenie – kambek
Kontynuujemy temat zakotwiczenia, który wypłynął nam już na początku maja! To bardzo ciekawe, ale od tego czasu (a w moim kalendarze temat widnieje pod datą 4 maja!) po prostu nie miałem czasu, by go ruszyć! Brzmi niewiarygodnie, prawda? Niestety, najpierw przygniotły mnie lądowanie z pracami nad projektem inżynierskim, równolegle sesje egzaminacyjne na UW i PW, później angaż w sprawy rodzinne. Był jednak jeden Czytelnik, który stale przypominał mi o temacie – myślę o „yeah-yeah” z portalu Fronda.pl. Dzięki Niemu temat nie pozostał czczą publiczną obietnicą daną na blogu (ciekaw jestem ileż takich obietnic tematycznych zdążyłem Czytelnikom już złożyć...) i zamierzeniem widniejącym jedynie w kalendarzu! Tym oto sposobem, w pociągu relacji Wrocław – Warszawa, pragnę kwestię zakotwiczenia i tego, co z niego wynika – szczęśliwie zakończyć!

zakotwiczenie a gnuśność
Powiedzieliśmy już w poście dotyczącym samego zjawiska zakotwiczenia, czym ono jest. Można w oparciu o to stwierdzić, iż owa skłonność umysłu, jeśli nie jest uświadomiona oraz świadomie kontrowana... przeradza się w liczne wady! Od zbytniej bojaźliwości, po zwykłą gnuśność, której przejawy w kilku interesujących mnie dziedzinach omówię poniżej.

zakotwiczenie i gnuśność w życiu religijnym
W życiu religijnym zakotwiczenie polega na utożsamieniu świętości z niedościgłym (sic!) ideałem. Człowiek, który za mocno przywiązał się do pewnego sposobu zarządzania (zakotwiczył się), nie potrafi poza ten paradygmat wyjść. Podobnie człowiek, który zakotwiczył swoje wyobrażenie nt. świętości na konieczności posiadania daru bilokacji, pachnienia fiołkami oraz poszczenia przez 40 dni i nocy, nie potrafi myśleć o niczym więcej w kontekście świętości. A przecież gdyby pomyślał, albo chociaż posłuchał świętych Pańskich (dziś Czytelnik może po prostu zapisać się na newsletter Bądź Święty!), doszedłby do wniosku, iż wielki i spektakularny gmach świętości buduje się z małych, wcale nie spektakularnych cegiełek... cierpliwości, umartwienia, pokory, trwałej, pełnej uporu modlitwy. Człowiek zakotwiczony podobny jest więc do nieopierzonej kury, która marzy o staniu się orłem w ciągu kiku sekund (podobną metaforę wysnuł chyba kiedyś św. Josemaria Escriva, założyciel Opus Dei). Przeglądając się w lustrze widzi się prawie orłem, stąpa dumnie i składa swoje skrzydełka a la KFC do dostojnego lotu... a nie potrafi poradzić sobie z małą glizdą, którą matka-orzeł musi mu wkładać do dzioba. Przełóżmy tę metaforę z powrotem na naszą materię. Człowiek zakotwiczony marzy o stanie ostatecznym nie dążąc do niego, gdyż dążenie to nie jest wcale atrakcyjne. Dla kogóż bowiem jest atrakcyjne cierpliwe skrobanie ziemniaków, jako droga do świętości? Albo powściąganie pychy po to, by się nie obrazić, nawet gdy ma się rację, wreszcie – zwyczajna, regularna analiza własnego sumienia, zwana potocznie jego rachunkiem. Po to, by dostać się na szczyt góry (duchowej), wszystkie kroki należy wykonać samodzielnie. Windy na tej drodze nie ma.
Efektem zakotwiczenia – ogólnie rzecz ujmując – jest więc marzenie o rzeczach wielkich przy równoczesnym lekceważeniu małych, które do nich prowadzą.

zakotwiczenie w przypadku organizacji i życia zawodowego
Tworzenie organizacji (bez względu na to, czy jest nią firma, instytucja państwowa, albo pozarządowa, partia polityczna, czy stowarzyszenie zbudowane na jakiejkolwiek idei) polega na tym, iż z jednostek nie działających w jednym celu powstaje zbiór jednostek realizujących wspólny cel. Mają one pewną wizję, opracowane sposoby jej realizacji oraz strukturę zarządzania, która weryfikuje realizację oraz na bieżąco dopracowuje zarówno zestaw celów, jak i sposoby działania.
Największy problem – o czym wie każdy, kto zaangażował się w cokolwiek większego, niż organizacja wycieczki szkolnej – polega na skłonieniu ludzi do uwierzenia w zasadność celu, jakość sposobów realizacji oraz kompetencji struktury zarządzania. Zakotwiczenie tutaj polega na niedostatecznym zinternalizowaniu wizji, która przyświeca strukturze zarządzającej i przyzwyczajeniu do niedziałania. Naturalną skłonnością człowieka jest maksymalizowanie zysku, a to najłatwiej osiągnąć przez dystans w stosunku do działania organizacji, zepchnięcia pracy na innych, oraz robieniu dobrej miny do złej gry i pobieraniu apanaży. Sytuację w takim razie traktuje się jako tymczasową i działa się tylko tyle, by nie wywołać zbytniej irytacji struktury zarządzającej. Przypomina to grę w kotka i myszkę. Na tym nie koniec skutków zakotwiczenia – ludzie zaczynają przejawiać wielką skłonność do pozornej działalności koncepcyjnej! Nie kończą się dyskusje na temat zasadności wspólnego celu, sposobów jego realizacji, etc. Organizacja zamienia się w kółko dyskusyjne.
Ponownie – człowiek marzy o przeniesieniu gór, zaniedbując drobne kroki na tej drodze! Zdobyciu władzy w przypadku partii politycznej (mamy na polskim podwórku kilka przykładów), zawojowaniu rynku w przypadku firmy, czy opanowaniu salonów kulturalnych, w przypadku grupy artystycznej. Wiele razy obserwowałem to z bliska, będąc zaangażowanym w przeróżne projekty. Nie chcę tu popełniać niedyskrecji, ale sytuacja w której proste czynności wykonywane jednak regularnie, z uporem maniaka, wręcz do znudzenia, przynosząc – szczególnie po dłuższym czasie – świetne wyniki finansowe, nie były prowadzone ze względu na ich małą spektakularność, w zamian jednak zespół wolał roić o milionach z Unii Europejskiej, pożyczce z banku, albo innych rycerzach na białych koniach... w sytuacji, w której wystarczyło jedynie zdobyć się na odrobinę cierpliwości i uporu. Jednym słowem – nie tylko Grzegorz Rasiak zaplątuje się o własne korzenie, jak na filmie, który wrzuciłem kiedyś na bloga.

zakotwiczenie a inwestowanie
Ostatni przykład, to inwestowanie. Każdy, kto ma pojęcie na temat inwestowania w wartość (a pojęcie o tym można zdobyć zarówno ze słynnej Małej książeczki... jak i mojego własnego artykułu na temat procenta składanego i Benjamina Grahama) zobaczy od razu na czym zakotwiczenie polega w tym obszarze. Nie każdy wytrzymuje napór własnych emocji pod wpływem wahań indeksów, mało kto trzyma się planu w obliczu zawirowań... każdy natomiast marzy o wyjściu z inwestycji z wielkimi zyskami! W związku z tym, jeśli spokojne, mało spektakularne regularne inwestowanie małych kwot po roku lub dwóch wyparuje z głowy, bo zyski na razie nie są wielkie, albo mimo wszystko notujemy straty – człowiek natychmiast chce stać się spekulantem! I skacze z kwiatka na kwiatek, traci tu, traci tam, dostaje coraz większej drżączki, aż po kapitale pozostaje tylko wspomnienie, albo wezwanie do uzupełnienia depozytu, jeśli działamy na rynku terminowym. Później zaś człowiek wraca do podstaw, zaczyna się zastanawiać od czego zacząć inwestowanie, zaczyna szukać odpowiednich lektur, poznawać psychologię inwestowania... aż wraca w końcu do starej, sprawdzonej koncepcji mozolnego pięcia się na szczyt góry małymi, lecz pewnymi kroczkami, o której słyszał na samym początku.
Co bardziej rozpala? Wpłacanie co miesiąc kilkuset, bądź kilkudziesięciu złotych na mocno zrównoważony portfel, czy raczej jednorazowe wejście na rynek z potężnym kapitałem i dynamiczne mielenie go? Podobnie w dziedzinie wojennej – co bardziej rozpala: zrzucenie bomby atomowej na Hiroszimę, czy wysłanie szpiega, który wstrzyknie truciznę dowódcy Japończyków? Jak już działać, to z pompą – oto dewiza większości ludzi. Ludzi zakotwiczonych.

a rok temu
http://maciejgnyszka.blogspot.com/2008/07/15-vii-2008-wtorek-w-bonawentury.html

myśl na dziś
To podporządkowanie się planowi życia, rozkładowi godzin jest tak nużące! — powiedziałeś. A ja odpowiedziałem: jest nużące z powodu braku Miłości.
św. Josemaria Escriva, Droga, nr 77



poniedziałek, 4 maja 2009

[4 V 2009] poniedziałek, NMP Królowej Polski a tu autokreacja i zakotwiczenie!

autokreacja
przejdźmy do tematu, który miał już być poruszony wcześniej, jest nim „autokreacja”. Spotkałem się parę razy u różnych nienawistników, którzy mnie nie znają, ale wydaje im się, że zjedli wszystkie rozumy oraz wgląd w zakamarki mej duszy posiedli, że jestem mistrzem autokreacji. Co przez to ten i ów (a było takich słownie: dwóch) rozumie, nie wiadomo, ale temat i tak wydaje się prosty.
Autokreacja to zjawisko powszechne – w toku interakcji ludzie wytwarzają sobie obraz partnera interakcji w oparciu o dwie rzeczy. Własną percepcję jego osoby oraz tego właśnie, co o sobie, swoich dokonaniach, ale przede wszystkim intencjach i przeszłych doświadczeniach widzianych z własnej perspektywy mówi. Jednym słowem: wizja drugiej osoby jest zawsze pochodną jej autokreacji (tym bardziej, że to, co wchodzi w zakres własnej percepcji także kontrolowane jest przez partnera interakcji).
Na czym więc polega problem? Nie mam pojęcia – prawdopodobnie rzeczone osoby o tym podstawowym fakcie zapomniały i zmieniły definicję autokreacji, uznając za nią działanie mające polegać na tworzeniu własnego wizerunku innym, niż jest on w rzeczywistości. Czyli na kłamstwie. W takim razie jest to zarzut.
Ewentualnie chodziłoby o to, że moja autokreacja (na bazie poprzedniej definicji) jest wyjątkowo wydajna w porównaniu z innymi. Wówczas mielibyśmy raczej do czynienia z komplementem, choć uwaga czyniona była z dezaprobatą.
Mamy tu dwie możliwości, albo było to rzeczywiście posądzenie o regularne kłamstwo, albo wydajność w jakiejś dziedzinie – jeśli nie jest osiągana przez samego siebie – wywołuje u rzeczonych osób dezaprobatę z zasady. W takim razie mielibyśmy do czynienia z zazdrością racjonalizowaną jako wyższość moralna, albo nie wiadomo co jeszcze.
Temat jest ciekawy. Zarówno samego wnioskowania po godzinie znajomości, jak i samej dezaprobaty w drugim wariancie, a także samej autokreacji. Podam przykład.
Jestem w stanie wyobrazić sobie sytuację, w której osoba jest w stanie zostać milionerem i robić za wzór do naśladowania dla innych dzięki temu, że podała się za taką osobę. Co więcej – mam nawet podejrzenia co do kilku osób półpublicznych, że implementują właśnie taką strategię. W tym wypadku jest to kłamstwo, które generuje sytuację, w której staje się prawdą.

komunizm
jak już pisałem, byłem ostatnio we Francji na konferencji organizowanej przez TFP Przez wzgląd na organizatorów nie zamierzam tu się rozpisywać na ten temat, ale muszę powiedzieć, że miło było spotkać się z kilkudziesięciona osobami z całego świata, w tym wieloma z Polski i we wspólnym gronie, bez najmniejszych ogródek mówić wprost to, co się myśli na temat ewolucji komunizmu po 1989 r., na temat Wspólnot Europejskich, rewolucji kulturalnej, a więc ekspansji ideologii opartych na zboczeniach i demontażu cywilizacji chrześcijańskiej. Szczególnie cenne były uwagi z Niemiec i Włoch – o przebiegu i kontrze wobec tych procesów w tych krajach. Myślę tu szczególnie o Włoszech, które znam słabo – nie wiedziałem dotąd np. że pierwsza wygrana clowna Berlusconiego przełamała tam nieprzerwaną passę rządów komunistów i różnej maści lewicowców oraz o arcanach stosunków państwo-Arabowie na przykładzie otwarcia meczetu w Rzymie i desancie policji na ten obiekt. Ciekawe społeczeństwo, bądź co bądź! Nie czytałem wprawdzie żadnej z książeczek słynnej i ponoć prześmiesznej serii o Don Camillo, ale coś czuję – także na podstawie opowiadań jej wielbicieli – że po II wojnie światowej we Włoszech nie musiało być z komunistami wcale tak różowo.
Na tym tle oczywiste jest wstrzymanie emisji „Katynia” przez włoskiego dystrybutora – przyczyny ideologiczne wychodzą ponoć na pierwszy plan (ciekaw jestem na jakich przesłankach opiera się E. Kabiesz z Gościa Niedzielnego, który w ostatnim numerze opisuje ten skandal inaczej).

F. Furet o elitkach
wciąż jestem pod wrażeniem filmu The Soviet Story – polecam go usilnie z całą mocą! Porusza wszystkie istotne sprawy związane z bezbożnym ustrojem komunistycznym – także zależności nazizm-komunizm oraz marksizm-komunizm radziecki (wypaczenie, czy konsekwencja?), czy zależność Wspólnoty Europejskie a ewoluujący ZSRR (tutaj cymes to wywiady ze słynnym Władimirem Bukowskim, którego książkę aż chyba sobie kupię). Film można kupić przez PayPal, kosztuje jakieś 18 Euro. Jeśli ktoś ma konto w PayPalu – zachęcam. Przy okazji można przesłać darowiznę na gnyszkobloga, ekhem...
Wróćmy więc do Fureta, na którym się wzorując Witold Morawski tak opisuje zadziwiającą uległość elit zachodnich wobec ZSRR:

„Rewolucja ta [bolszewicka] przez dziesiątki lat inspirowała zachodnich
intelektualistów, jak pisał Francois Furet, swoją „uwodzicielską siłą”. Potem
przyszedł czas na wiarę w metamorfozę pod wpływem rewolucji naukowo-technicznej,
a w końcu na iluzje związane z ideą uspołecznienia (źródłem stała się polska
Solidarność). Z drugiej strony często nie zauważano ewolucji, jakiej podlegał
system jako całość.”

zakotwiczenie – temat rzeka
jeśli istotnie było tak, jak to pisuje cytat, wówczas mamy do czynienia ze znanym z psychologii, a więc pożytecznym nie tylko w samej tej dziedzinie, ale i pokrewnych – np. zarządzaniu, marketingu, czy nawet inwstowaniu – zjawisku zakotwiczenia. Na czym ono polega? Powiedziałbym, że jest to zjawisko polegające na skupieniu uwagi na pewnym wyobrażeniu, bądź fakcie w taki sposób, że każde działanie w każdej ze sfer pokrewnych do wyobrażenia silnie uzależnione jest od niego. Czy jego znajomość jest ważna? Oczywiście - dlatego konsekwentnie każdej branży polecam liźnięcie psychologii społecznej!

zakotwiczenie w inwestowaniu
podam parę przykładów. Weźmy sobie inwestowanie. Przyjmijmy, że cena akcji firmy A przez długi czas wynosiła x PLN. Inwestor O od dłuższego czasu przymierza się do kupna akcji owej firmy, gdyż z jakichś względów wietrzy tu możliwość zarobku. Czeka tylko aż cena spadnie do rozsądnego poziomu, np. 0,8 x PLN – nie chce bowiem ryzykować. Czeka, czeka... tymczasem cena wzrosła do 1,2 x PLN, więc nasz inwestor przejawia tym mniejszą skłonność do wejścia w ten biznes. Mija rok, cena wzrosła do 2x PLN, nasz inwestor już odchorował stratę okazji do podwojenia kapitału, ale przynajmniej wie, że nie postąpił lekkomyślnie (2 x PLN, to i tak za wysoka cena!). Mija jednak troszkę czasu i cena sięga 100 x PLN! Nasz inwestor stracił okazję do zarobku 10 000% tylko dlatego, że chciał być „rozsądny” i kupić taniej o 20%. Gratulujemy.
Zakotwiczenie polega tu na zbytnim przywiązaniu do ceny x PLN, jako jakiegoś obiektywnego wyznacznika, punktu odniesienia. Jest to błąd.
Co w zamian? O tym oraz kolejny przykład już w następnym poście gnyszkobloga, dziś już nie zdążę ze względu na obowiązku pracowoinżynierskie!

a rok temu
http://maciejgnyszka.blogspot.com/2008/05/4-v-2008-uroczystoc-wniebowstpienia.html


myśl na dziś

Przedtem, sam jeden, nie potrafiłeś...

— A teraz zwróciłeś się do Matki Najświętszej, i z Jej pomocą... jakże to łatwe!


św. Josemaria Escriva, Droga, nr 513



środa, 8 kwietnia 2009

[7 IV 2009] trwa bój o duszę tego świata...

świat się zmienił
ostatnio doszedłem do wniosku (parę dni temu), że świat, który znałem przestał być takim, jakim go sobie wyobrażam. Anglia, w której fiszendczips sprzedaje flegmatyczny pan, który kocha Królową, a co drugi sklep handluje herbatką, szczycąc się wieloletnimi tradycjami i wiktoriańskim wystrojem... to przeszłość. Anglia jest krajem, w którym Anglicy, kultura angielska, to co „Anglią” było – zaczyna coraz szybciej stanowić mniejszość!
Anglia, którą znałem najpierw ze słuchowisk, z których mój Tata uczył się angielskiego, później znana ze współczesnych podręczników, BBC, a wreszcie własnych wizyt... ta Anglia już nie istnieje. Moje dzieci poznają inną Anglię.

co by tu zrobić?
jeśli chodzi o Anglię, to nie mam pomysłu. Ale w tym akapicie nie o Anglię mi chodzi. Chodzi mi natomiast o reklamę kontekstową na gnyszkoblogu. Zastanawiam się co powinienem zrobić, by ilość kliknięć w moduły AdKontekstu, czy Google'a była znacznie większa, niż mikroskopijna aktualna, która daje śmieszny dochód. Może ktoś ma jakiś pomysł? Po pierwsze oczywiście wyłączenie adblocka w przeglądarce Czytelnika. Co jeszcze? Nie mam pomysłu, pomóżcie.

jacy powinniśmy być?
wydarzenia pokazane w poprzednim poście przynaglają do zastanowienia się po raz setny nad tym, jacy powinniśmy być. Przez „my” rozumiem tych z nas, którzy jasno widzą kierunek, w którym idą sprawy (strzelajmy – ile czasu trzeba, by w Polsce podobne rzeczy działy się równie często?) w Europie, ale i Polsce.
Najpierw czysto ludzko.
Po pierwsze – powtarzam to jak mantrę – żebyśmy działali skutecznie, musimy mieć możliwości finansowe. Na państwo nie ma co liczyć – nie mam złudzeń, że polityczna poprawność także u nas zdominuje struktury państwowe całkowicie. Rolą społeczeństwa obywatelskiego będzie tworzenie odpowiednich struktur, które kierunek odwrócą. A finansować trzeba będzie wszystko – od sfery medialnej (no, czy poza Frondą są jakieś liczące się media po tej stronie?), po operacyjną (niewykluczone, że będzie trzeba tworzyć samoobrony – kto opłaci szkolenia dla ludzi, sprzęt?). Pieniądz wydawany przez każdego z nas dziś, najlepiej, by trafiał do ludzi, którzy tych rzeczy są świadomi. Jednym słowem – lepiej dla sprawy będzie, gdy kupimy bułkę u kogoś, kto ma tożsame z naszymi poglądy, niż u kogoś przypadkowego. Wspierajmy swoich.
Po drugie – ilość. Chyba nikt nie ma wątpliwości, że potrzeba boomu urodzeń i zdrowej, silnej rodziny. Tutaj wracamy do pierwszej sprawy – bez pieniędzy na dobre opłacenie kadry ciężko prowadzić działania prolajferskie (w tym kontekście polecam 1% podatku na Fundację PRO!).
Po trzecie – jakość. Chodzi o to, by ludzie osiągali pełnię człowieczeństwa, a więc rozwój intelektualny, duchowy oraz fizyczny. Chyba nikt nie ma złudzeń, że szkoła zapewnia w tej materii cokolwiek... Tak, tak... powrót do prywatnych grup samokształeniowych, czy prowadzenia seminariów (takich, jak na przykład te), albo i towarzystw gimnastycznych i strzeleckich. Przesiadywanie po kawiarniach i przed komputerem nic nie przyniesie.
Z drugiej zaś strony – podejdźmy nie-ludzko.
Wszelkie działanie można o kant wiadomo-której-części-ciała potłuc, jeśli nie jest oparte na świętości, jeśli nie pochodzi z Bożego natchnienia. Najpierw modlitwa, potem działanie.

trzy strategie
ostatnio na zajęciach z Procesów grupowych usłyszałem o dwóch strategiach radzenia sobie z dominacją grupy (swoją drogą, ciekawym tematu polecam zajęcie się psychologią społeczną). Pierwsza, to konformizm. Druga, to outsiderka, czyli brak zgody na dominację oraz decyzja o niewychylaniu się. Powiedziałem w koreferacie, że istnieje trzecia – stworzenie z własnej odmienności i outsiderstwa wartości, która pociągnie prawdziwych outsiderów do ciebie, dominatorom przetrąci w ten sposób wytworzoną strukturę w grupie, a ciebie ustanowi nowym liderem, nowej struktury.
Tę strategię stosuję zawsze. Zarówno na podwórku, potem w szkole, czy później w wojsku. Trudna strategia, ale na zło godzić się nie można.
Zawsze mam nadzieję, że instytucja, czy ogólniej – grupa, do której wchodzę nie wymaga zmian. Na palcach jednej ręki mogę policzyć sytuacje, gdy tak było w istocie. W reszcie – wszędzie istniało coś, na co zgodzić się nie mogłem i mimowolnie, zamiast spokojnie przepędzać czas, stawałem się punktem zapalnym i wyjściowym dla zmiany. To męczy.
Po akcji o krypt. „Wojsko”, przyszła akcja o krypt. „Monachium” i walka z niemiecką ksenofobią na uczelni. Teraz kolejna akcja.

a rok temu
http://maciejgnyszka.blogspot.com/2008/04/7-iv-2008-poniedziaek-wspomnienie-w.html

myśl na dziś
Oby nikt na twej twarzy nie odczytał smutku ani bólu, kiedy pośród świata rozwiewasz woń swej ofiary: dzieci Boże winny zawsze być siewcami pokoju i radości.
św. Josemaria Escriva, Bruzda, nr 59




czwartek, 26 marca 2009

[26 III 2009] ostatni część tyrady o przydupasach!

lecim skoksem
no, mam dziś nieco więcej czasu, więc dokończymy tyradę. Równocześnie chciałem podzielić się dwiema uwagami. Po pierwsze bardzo mnie ucieszyły spotkania z kilkoma Czytelnikami gnyszkobloga... szkoda, że Panowie nie komentują na bieżąco – byłoby tu o wiele milej w komentarzach. Poza tym oczywiście... miło jest słuchać pochwał, tym milej, gdy spodziewa się człowiek raczej krytyki. Warto nieraz spytać innych jak nas postrzegają. Byłoby także dobrze, gdyby to przeradzało się także we wiadomym kierunku... niczego rzecz jasna nie sugeruję, istnieją też reklamy CPC.
Po drugie zaś, zapomniałem co miało być drugie. Aha... miałem przypomnieć o konkursie gnyszkoblogowym, który się właśnie skończył i nikt nie wziął w nim udziału. Proszę mi się tu biegusiem brać za tę sprawę, bo jest dla mnie dość ważna. Nagrody gwarantowane.
Zajmijmy się zatem kontynuacją naszej tyrady przeciwko przydupasom, cynglom i pryncypałom.

jacy powinniśmy być?
biorąc pod uwagę wszystko, co napisaliśmy w części pierwszej oraz w drugiej powstaje nam proste pytanie. Jacy powinniśmy wobec takiego stanu rzeczy być? Niestety, wygląda na to, że mało komu można zaufać... w związku z czym należy szybko pozbyć się złudzeń i przybrać twardą, rynkową postawę. Powiedzenie „kochajmy się jak bracia, a liczmy się jak Żydzi” jest naprawdę bardzo mądre! Niestety, zbyt często familiarność przeradza się w molestowanie, mentalne i finansowe. Na tym polega mechanizm klientelizmu – jesteśmy za pan brat z tym, który nas wyzyskuje... więc nie wypada nam się upomnieć o swoje. Trzeba być tego świadomym.

profesjonalizm
po pierwsze zatem, trzeba być profesjonalistą. Kompetencje zdobywać i doskonalić trzeba stale i niezależnie od sytuacji. Biada temu, kto zaufał, zaangażował się... i przygląda postępującej deprywacji intelektualnej samego siebie, co opisaliśmy poprzednio. Jeśli nie będziesz profesjonalistą, który swój status czerpie skądinąd, spoza środowiska, spoza otoczenia Pryncypała – przepadłeś. Parę kroków... i jesteś klientem, przydupasem, a na końcu cynglem.
indywidualizm
kolejna cecha, to indywidualizm. Warto grać w zespole i dla zespołu... ale tylko wówczas, gdy wszyscy współpracują. Klasyczny dylemat więźnia. Nie bój się zaufać, ale wiedz, że gdy tylko poznasz, że coś może śmierdzieć... nie wahaj się ostro działać. Jeśli sam nie zadbasz o własne interesy – nikt, absolutnie nikt o nie nie zadba! Szokujące, nie? Współpracujemy przecież dla szczytnego celu. Jednym słowem – nie masz prawa nie być indywidualistą i nie dbać o swoje sprawy. Po pierwsze ze względu na własną rodzinę. Po drugie ze względu na tych, którzy zechcą Cię wykorzystywać. Po trzecie – ze względu na samego siebie. Dziecko Boże nie jest od tego, żeby je zeszmacać!
niezależność
z drugą cechą ściśle wiąże się trzecia – niezależność. Bądź gotów do ostrego cięcia w sytuacji, gdy zaczynasz być wciskany w klientelizm... wolność wewnętrzna na tym polega, że możesz zrobić to, co dobre. Pozostawanie w takim układzie jest nie tylko nieuczciwe, ale i niemoralne. Pan Bóg pomoże... jedynymi osobami od których musisz być zależny, to Trzy Osoby Boskie. Reszta, jeśli własne kompetencje chce przekroczyć – niech spieprza. Powiedz to twardo.
Jak uniknąć sytuacji krańcowej? Nie możesz nie dbać o własną niezależnośc - przede wszystkim finansową. Prawda jest taka, że bez pieniędzy, bądź wizerunku, że je masz... mało kto będzie chciał Cię traktowac poważnie i równorzędnie. Nie ma takiej opcji. Bierz się za finanse, od dziś. Może pomogą Ci moje Pogadanki Inwestorskie (radzę czytac je chronologicznie), polecane tam lektury i spojrzenie.
a rok temu
http://maciejgnyszka.blogspot.com/2008/03/26-iii-2008-roda-w-oktawie-wielkiejnocy.html
myśl na dziś
Ci, którzy spotkali się z Chrystusem, nie mogą się zamknąć w swoim środowisku: smutną rzeczą byłoby to samozadowolenie! Należy otworzyć się jak wachlarz, by dotrzeć do wszystkich dusz. Każdy powinien tworzyć — i poszerzać — koło przyjaciół, na które ma wpływać przez swój prestiż zawodowy, swe postępowanie, swoją przyjaźń, starając się, aby Chrystus wpływał poprzez ten prestiż zawodowy, to postępowanie, tę przyjaźń.
św. Josemaria Escriva, Bruzda, nr 173




niedziela, 22 marca 2009

[22 III 2009] Niedziela Laetare - ciąg dalszy tyrady o przydupasach i klientelizmie

lance do boju, szable w dłoń
niestety, nie udało mi się w piątek przed odjazdem zrealizować planu napisania ciągu dalszego mojej tyrady – niestety, „życie to nie je bajka, życie to je bitwa”, jak mawia inż. Kopczewski. Udało mi się natomiast napisać bardzo dobrze kolokwium z semiotyki logicznej, do którego przygotowanie i samo napisanie zajęło mi tyle czasu, że nie wyrobiłem się z innymi zamierzeniami.
Więc jestem ci ja pod Warszawą, na quasi-rekolekcjach, wspaniale odpocząłem regenerując zarówno ciało, jak i ducha wraz z umysłem, więc w to niedzielne popołudnie, po porannej medytacji i Mszy, po śniadaniu i spacerze połączonym z przeganianiem gąsiora z ogrodu, po dawce nauki... zasiadam do zakończenia swojej tyrady. Nadchodzi bowiem dzień gniewu i krwawej pomsty...

rekapitulejszyn
zrekapitulujmy to, co już ustalilismy. Otóż, napisaliśmy, iż w każdej grupie ujawnia się lider, opierający swoją supremację na jakiejś własnej przewadze, bądź przewagach. Uznaliśmy, iż jest to naturalne. Zauważyliśmy następnie podwójne ryzyko: z jednej strony zależności intelektualnej, z drugiej zaś – klientelizmu. Tu należy się errata, otóż zdanie brzmiące: „Pryncypał musi lansować swojego przydupasa, bo kto gardzi przydupasem, ten gardzi przydupasem”, winno brzmieć: „Pryncypał musi lansować swojego przydupasa, bo kto gardzi przydupasem, ten gardzi pryncypałem”. Kończąc rozważanie, stwierdziliśmy, że skutkiem procesu uzależnienia i klientelizmu, jest rozrost kompetencji spijania z dzióbka oraz włazidupstwa kosztem prawdziwych kompetencji – tj. kompetencji przyrodzonych i nadprzyrodzonych, czyli cnót. Nie mówiąc o utracie wolności – jak bowiem człowiek może być wolny, gdy Bogiem staje się dla niego albo Pryncypał, albo Instytucja Pryncypała, albo Idea Pryncypała.

klientelizm jako bałwochwalstwo
dochodzimy więc do prostego wniosku, że klientelizm jest formą bałwochwalstwa – siłą rzeczy musi więc rodzić zatrute owoce. Do owoców należą wspomnianie już utrata wolności, erozja kompetencji i cnót, ale nie tylko. Zarówno empiria, jak i droga dyskursywna prowadzą do poznania kolejnych skutków opisywanego procesu. Są to kolejno: cynizm, podwójne życie, wypalenie, ideologizacja, bądź żądza prestiżu jako proteza braku wiary, etc.

aleossochozi_vol.2?
dlaczego to piszę? Ten, kto wie, ten wie, ten kto nie wie – albo się dowie, albo nie. Niektórzy bowiem mogliby się zgorszyć stanem rzeczy, który opisuję. Ale ujmijmy sprawę nieco jaśniej – nie jest dobrym stanem organizowanie jakiejkolwiek instytucji jedynie w oparciu o kult jednostki. Po pierwsze jest to bałwochwalstwo. Po drugie niesie zgubne skutki dla ludzi przy instytucji zaangażowanych. Po trzecie zaś – tego typu instytucja, z natury rzeczy jest niestabilna i zależy od amplitudy poruszeń duszy lidera. Na tym nie koniec – po czwarte bowiem instytucja przeżywa kliniczny kryzys po śmierci lidera. Po piąte z kolei, nawet gdy nie upadnie, wkracza w fazę stangacji, gdyż władzę przejmują najwierniejsze przydupasy, czyli cyngle, którzy z natury rzeczy mają skłonność do miernoty – ćwiczyli ją w końcu przez lata. Ta faza albo trwa i kończy żywot instytucji, albo przeradza się dziwnym zbiegiem okoliczności w rządy kolejnego Pryncypała, najczęściej zzewnątrz (przy takiej deprywacji intelektualnej wątpliwe jest, aby lider narodził się w łonie instytucji) – historia wówczas zatacza koło.
Jedynym wyjściem jest przedefiniowanie uniwersum symbolicznego, o które instytucja opiera się w rzeczywistości (najczęściej to uniwersum rzeczywiste różni się w istotnych punktach od deklaratywnego). To zaś nie zdarza się samo z siebie, tylko albo poprzez przewrót i zmianę lidera, albo poprzez śmierć instytucji i powołanie nowej, albo przemianę lidera, co jest przypadkiem najrzadszym.

pół-kontrrewolucjonista
stan, w którym uniwersa symboliczne deklarowane oraz rzeczywiste nie pokrywają się odpowiadają stanowi rzeczy, który Plinio Correa de Oliveira przypisał duszy pół-kontrrewolucjonisty, kwitując opis stwierdzeniem: „Pół-kontrrewolucjonista” jest również synem Rewolucji. (Correa de Oliveira, Rewolucja i Kontrrewolucja, Kraków 2001, s. 79).
klucz
stanowi rzeczy, które opisałem w obu częściach tyrady, a który nazywam klientelizmem, przypisuję spektakularne niepowodzenia instytucji, które podają się za kontrrewolucyjne, katolickie, bądź prawicowe w Polsce. Nie chodzi więc jedynie o brak pieniędzy. Działa to na zasadzie następującej – ustrój klientelistyczny skutkuje w sferze organizacyjnej brakiem motywacji i obniżeniem skuteczności oraz innowacyjności osób zaangażowanych przy projektach, co przekłada się z jednej strony na brak woli, umiejętności a przez to skuteczności w pozyskiwaniu środków, z drugiej zaś – potencjalni darczyńcy, mniej lub bardziej świadomie unikają angażowania się w tego typu przedsięwzięcia. Tu prawdopodobnie tkwi owo dla mnie dotychczas tajemnicze „tak, ale jednak nie” przy próbach budowania wsparcia finansowego. Dotychczas myślałem, że chodzi jedynie o brak odpowiedniego spojrzenia na realne możliwości własnego środowiska. Myliłem się.
Tu dwie uwagi: po pierwsze, istnieją na szczęście instytucje, które nie tylko się podają, ale również są w istocie kontrrewolucyjne i na nadużyciu zwanym klientelizmem się nie opierają. Po drugie – samo zjawisko występuje ponad podziałami ideowymi, kulturowymi i religijnymi. Jest tak z tego względu, iż wynika z przyczyny uniwersalnej, nie przypadłościowej – ze względu na grzech, który występuje i kwitnie zarówno u konserwatystów, jak i ich przeciwników, u katolików, jak i schizmatyków, heretyków, i pogan. Skutki grzechu pierworodnego są uniwersalne.

połączenia poziome, czyli kokosy
brakuje zatem instytucji zarządzanych horyzontalnie i celem powinno być ich tworzenie. Jestem przekonany, że będą o wiele skuteczniejsze – dzięki czemu na „rynku” instytucji prędzej, czy później nastąpi selekcja.
Świetnym przykładem – z innego rynku – są portale pożyczkowe, social lending. Jednym z nich jest np. serwis kokos.pl, którego użytkownicy udzielają sobie nawzajem pożyczek na umówione oprocentowanie. Serwis obsługiwany jest przez firmę windykacyjną. Popatrzmy – dotychczas pieniądze pożyczało się albo od banku, albo najbliższej rodziny (z braku wystarczającego kapitału społecznego, czyt. Zaufania)... przy czym dzisiejsze banki poprzedzane są historycznie właśnie przez bankierów, czyli osoby prywatne, które z jednej strony przyjmowały depozyty, z drugiej udzielały z nich, bądź z własnych pieniędzy pożyczek (ciekawych odsyłam do
Rothbarda). Jednym słowem – historia zatacza koło...
Być może rozwój instytucji konserwatywnych i katolickich jest w Polsce możliwy z udziałem dzisiejszych liderów, którzy „tworzenie środowiska” pojmują jednak analogicznie do Michnika – a więc jako utrzymywanie dworu przydupasów oraz „cyngli”, o których tak barwnie opowiadał eks-cyngiel Michnika, niejaki Michał Cichy. Teoretycznie jest to możliwe – pod warunkami, które opisałem powyżej. Wydaje się jednak, że rozsądniej – zamiast zdawać się jedynie na potencjalny cud, zająć się rozbudowywaniem połączeń poziomych między pomniejszymi aktorami.
W ten sposób wracamy do tematu wspieractwa, który był tutaj wałkowany kilkakrotnie... nie mówię o tym jedynie ze względu na własnego bloga, bynajmniej. Dobrze byłoby otrzymywać pokaźne dotacje od Czytelników, czy osiągać wysokie przychody z reklamy klikalnej... ale jeśli rynek zdecyduje inaczej, to nie ma co z werdyktem uparcie polemizować. Chodzi tu o świadomość, która powinna rozciągnąć się na setki małych jednostek, czy kilkuosobowych podmiotów.

margines?
czy w byciu na marginesie, w niezrzeszeniu, tkwi wartość ex definitione? Bynajmniej. Idzie natomiast o to, że dążymy do doskonałości. Jeśli silne podmioty opierają się na niezdrowych zasadach... to na ich siłę należy spojrzeć nieco inaczej. Po pierwsze, w porównaniu z konkurencją zza barykady, jest częstokroć śmieszna. Po drugie zaś – nie będzie trwała wiecznie. Po trzecie – opiera się na złym fundamencie i rodzi, prócz kilku dobrych, wiele złych owoców.
I jeśli poprzednio przy okazji wałkowania tematu wspieractwa pisałem o częstym zjawisku wypalenia, frustracji u ludzi zaangażowanych w projekty, o których tu w ogólności piszę, to okazuje się, że same zasady organizacji tych przedsięwzięć (w sposób, który wyżej omówiłem) przyczyniają się do tego stanu rzeczy.
Nie osiągniemy niczego, albo bardzo niewiele dobrego, jeśli w werbalnej służbie idei, gardzimy i wykorzystujemy ludzi, bo nie interesuje nas konkretny człowiek, tylko Idea. Jeśli tak – wówczas de facto nie interesuje nas idea, a jedynie własna chwała. Instytucja będzie trwała siłą inercji, gdyż regularnie wraz z wypluwaniem ludzi, pojawiać się będą nowi, ujęci wizerunkiem Pryncypała, Instytucji którą stworzył... a im więcej – mimo wszystko – dobrych owoców będzie rodziła, tym mniejszą uwagę będą przywiązywać do zła, którego sami doświadczają, im dłużej zaś będą działać, tym ciężej będzie zrezygnować.
Niewolnik także przyzwyczaja się, może nawet i zdobywa na pewną tkliwość wobec swojego pana...

ciach!
w tym momencie ucinamy z braku miejsca i czasu – niebawem nastąpi trzecia część tyrady.

a rok temu
http://maciejgnyszka.blogspot.com/2008/03/22-iii-2008-wielka-sobotawielka.html

myśl na dziś
Modlisz się, umartwiasz się, pracujesz w tysiącu spraw apostolskich..., ale nie uczysz się. — Nie będziesz pożyteczny, jeżeli się nie zmienisz. Nauka, formacja zawodowa, jest dla nas niezmiernie ważnym obowiązkiem.
św. Josemaria Escriva, Droga, nr 334





czwartek, 12 marca 2009

[12 III 2009] śmierć przydupasom, czyli niekrótka tyrada przeciw klientelizmowi (cz. 1)

ratujta sześciolatki
no, i Prezydent zawetował ustawę o obniżeniu obowiązkowego wieku poboru szkolnego. Bardzo mi miło, ale lepiej byłoby, gdyby Pan Prezydent czytał gnyszkobloga uważniej – tzn. nie wystarczy ustawę zawetować, trzeba to jeszcze poprawnie uzasadnić. Tymczasem Lech Kaczyński mówi, że ustawę zawetował ze względu na nieprzygotowanie infrastrukturalne polskich podstawówek. Hola, hola... albo to jest zmyłka dla publiki (wówczas od biedy można Kaczyńskiego pochwalić), albo nasz Profesor rzeczywiście w to wierzy. Wówczas możemy uśmiechnąć się z politowaniem.
Dlaczego? Ano dlatego, że konserwatysta powinien sprzeciwić się ustawie z innych pobudek – ideowych. Nie jest w interesie rodziny jej rozbijanie poprzez poddawanie o rok wcześniej obowiązkowi szkolnemu i urzędowemu praniu mózgu dzieci! To po pierwsze. Po drugie zaś – miałoby się to odbywać pod przymusem, co koliduje z kolei z umiłowaniem wolności obywatelskiej. Jednym słowem – Prezydent ma na biurku ustawę zgoła faszystowską, słusznie jej nie kontrasygnuje... a potem mówi, że nie zrobił tego... bo prawa nie dałoby się idealnie wprowadzić. Wolne żarty!

poza tym... popuśćmy wodze fantazji!
jestem w stanie sobie wyobrazić sytuację, w której cała akcja Ratujmy Maluchy! byłaby sterowana. Dlaczego nie? Skutek, jaki dzięki temu władza by odniosła byłyby bardzo dobre – społeczeństwo odczułoby własną podmiotowość, poczucie wpływu na rzeczywistość, rząd nie musiałby się kompromitować brakiem pieniędzy i kadr, równocześnie nie musiałoby świecić oczami przed brukselskimi kacykami... a sprawa przeszłaby parę lat później – wszak wszyscy byliby już „przekonani”, że jedynym zarzutem wobec pomysłu był brak realności.
No, to tyle rozumowania na zasadzie „qui bono?”, która ma oczywiście ograniczoną skuteczność, toteż powyższych uwag nie należy brać zupełnie na serio – jest bowiem wiele koherentnych ciągów rozumowania, które nie muszą być prawdziwe.

TP chyli się...
ku upadkowi! Nie chodzi bynajmniej o Telekomunikację Polską SA, lecz o „Tygodnik Powszechny” - krakowskie piśmidełko dla postkatolickiej postinteligencji. Upadek TP obserwowałem od wielu lat – a czytać zacząłem już w wieku lat piętnastu. Już wtedy od czasu do czasu zdarzały się wyskoki np. Józefy Hennelowej nt. aborcji. Ale co tam – zgodnie z uwagą prof. Legutki o wielkiej popularności owczego pędu wśród tzw. intelektualistów – uważałem, że tak najwidoczniej być musi. Tzn. wyobrażałem sobie, że rzecz się ma w taki sposób: jest sobie Kościół oficjalny, reprezentowany przez Papieża i Kurię Rzymską, ten który musi mówić tak-a-tak, no i ten nasz, inteligencki – mamy paru swoich biskupów, którzy czają bazę, paru jest głupkowatych, ale... bądź co bądź, Papież i tak wie o co biega i prędzej czy później będzie krakał, jak „nasi”. No, bo wicie, rozumicie, ci „nasi”, to z Papieżem na kajaki jeździli i z nim obiady raz do roku jedzą, więc ten, no... rozumicie! Prawda je po naszej stronie.
No, i za którymś razem już tego nie przełknąłem i z Tygodnikiem się rozstałem. Aż do ostatniego tygodnia, kiedy to znalazłem na uniwerku porzucony egzemplarz ostatniego numeru. To już nie ten sam Tygodnik, tylko produkt walterowskiego ITI'a... no i we wstępniaku ks. Boniecki rozpaczliwie prosi o pomoc, pieniędzy starczy bowiem na kilka numerów! Uczucia miałem mieszane, ale gazecinkę przejrzałem... wśród autorów same znakomitości – Sierakowski, Krzemiński... bardzo dziękuję, więcej nie trzeba. Giń Tygodniku, truchło zgłupiałe, siarką śmierdzące!

klientelizm
dotknijmy przy okazji innego problemu, który łączy się ze „środowiskami” - to luźne nawiązanie do tematu TP. Otóż, tak to już bywa, że łatwiej działać w grupie, niż w pojedynkę. Także „intelektualistom”, którzy mają ambicję zmieniania opinii publicznej, czy duszy narodu (a co, jak patos, to patos!). Bardzo dobrze, zawsze ujawnia się lider, który swoją supremację opiera np. na wiedzy, inteligencji, szczególnym umiejętnościom, albo np. możliwościom finansowym (oczywiście istnieje możliwość łączenia źródeł tej legitymizacji). Tego typu osoba skupia wokół siebie innych, wyznacza cele i środki do ich osiągnięcia, zarządza działaniem grupy – na swój sposób.
Tu istnieje odwieczne ryzyko – klientelizmu. Klientelizm, to pewne wypaczenie intelektualnego poddaństwa, przeciwko któremu wystąpił Arystoteles, pisząc, że „Platon jest przyjacielem, ale większą przyjaciółką jest Prawda”, a który obserwujemy w każdej „szkole” w naukach społecznych – od filozofii, przez prawo, aż po socjologię. To wynika z konformizmu, jasne. I jest naturalne – jasne.
Jednak to, co jest naturalne, nie musi być pożądane! I ani zależność intelektualna pożądana nie jest (oczywiście poza definicjami dogmatycznymi), ani klientelizm, który tym się różni od zwykłej zależności, że wplata w zjawisko apsekt finansowy. Oto np. pracujemy u pryncypała, który „tworzy środowisko”, jest geniuszem... Istnieje pokusa, by spijać mu z dzióbka, by zbierać pochwały, być przez niego lansowanym – później przeradza się to w dwustronną zależność! Pryncypał musi lansować swojego przydupasa, bo kto gardzi przydupasem, ten gardzi pryncypałem. Przydupas obrasta wówczas w piórka jeszcze silniej. Ta pokusa powiększa się z chwilą, gdy w grę wchodzą pieniądze...
Bycie przydupasem ma to do siebie, że człowiek staje się coraz bardziej niesamodzielny, w związku z czym zależność od pryncypała powiększa się, im dłużej trwa! Człowiek traci więc polot i kreatywność w zarabianiu pieniędzy, tworzeniu wartości i usług... cała para idzie w zadowalanie pryncypała, który – jak demiurg – decyduje o wysokości zarobków. Jedyną konkurencją, w której się człowiek specjalizuje, jest... spijanie z dzióbka.
Jak wynika z moich obserwacji, towarzyszy temu ciągła chęć znajdowania potwierdzenia własnych komeptencji, które – obiektywnie rzecz ujmując – sukcesywnie się kurczą. Napędza to oczywiście cały mechanizm uzależnienia...

aleossochozi?
dlaczego o tym piszę? Oj, zainteresowani wiedzą... a zainteresowani znajdą się w większości miejsc, gdzie „tworzy się środowisko”, gdzie istnieje marszand wraz ze swoją aurą, opartą o którekolwiek źródło legitymizacji... Nie, nie chodzi tu tylko o Michnika – swoich michników mają inne środowiska, zgoła nie lewicowe, nie postmarksistowskie, nie antykatolickie...
ucinamy!
posta ucinamy, rzecz jasna! Niestety, dziś nie będę w stanie zakończyć swojej tyrady ze względu na czas, ale skończę ją jutro! Będzie miała cztery podrozdzialiki, których tytuły podaję przed myślą na dziś, natomiast jako zajawkę proponuję dwie lektury z zacnego wydawnictwa Fijorr Publishing.
Siła woli autorstwa słynnego ekonomisty, Henry'ego Hazlitta

oraz

Od nędzy do pieniędzy - Tada Witkowicza, polskiego emigranta w USA
Musimy utwierdzać się w przekonaniu, że Bóg znajduje się przy nas bez przerwy. — Żyjemy tak, jak gdyby Pan przebywał hen daleko, wśród blasku gwiazd, a zapominamy, że również jest stale u naszego boku. A jest obecny jako miłujący Ojciec — każdego z nas kocha mocniej, niż wszystkie matki na świecie zdolne są kochać swoje dzieci — wspierając nas, dając nam natchnienie, błogosławiąc... i przebaczając. Ileż to razy zdołaliśmy rozpogodzić zasępione oblicza rodziców, przyrzekając po jakiejś psocie: „nigdy więcej tego nie zrobię!” — Być może tego samego dnia ponownie nabroiliśmy... — A wówczas nasz ojciec udawanym srogim głosem, z poważną miną karci nas... a równocześnie kraje mu się serce, gdyż zna nasze słabości i myśli: „Biedactwo, jakże się stara być grzecznym!”. Konieczne jest, byśmy się przepoili, byśmy się nasycili świadomością, iż Ojcem, prawdziwie Ojcem naszym jest ten nasz Pan, który znajduje się przy nas i w niebiosach.
św. Josemaria Escriva, Droga, nr 267




niedziela, 1 marca 2009

[1 III 2009] niedziela, czyim memberem jest p. Borusewicz?

wracamy – co robi intersity?
no, i przyszedł czas powrotu! PKP Intercity – spółka, którą darzyłem wielką estymą za poprzedniego prezesa, a którą teraz wypluć z ust swoich musiałem ze względu na skandaliczną podwyżkę cen biletów – dzisiaj zmienia rozkład jazdy! Jak zwykle – skutkuje to powszechną degrengoladą wszelkich czynników kolejowych.
Pociąg nie przyjeżdża, pani z informacji nie wie, czy przyjedzie, ale twierdzi że wczoraj przyszły jakieś telegramy, podchodzi do nas chłopiec, który od wczoraj czeka na pociąg do Warszawy, bo najpierw sprzedali mu bilet na pociąg, którego nie było, potem nie dali rady poinformować kiedy będzie... słowem – nic się nie zmieniło od czasu, gdy jechałem z przepustki po przysiędze z powrotem do Torunia, właśnie w dniu zmiany rozkładu!
Ach, nic to! Chce się ciąć koszty, to trzeba jechać pośpiechem.

rozumienie intencji
pogrążonym będąc przez weekend w lekturach socjologicznych, szczególną uwagę zwróciłem na pewną sugestię w jednej z nich! Chodziło o wagę rozumienia intencji! Popuściłem wodze fantazji... i muszę się zgodzić. W zależności od tego, jak rekonstruujemy intencję działającego aktora, taką też postawę zajmujemy wobec jego działań. Bez względu na to, czy chodzi o politykę międzynarodową, czy o codzienne obcowanie z członkami rodziny! Daleko szukać nie trzeba – ostatnio pisałem na gnyszkoblogu o jałowości zabiegów względem Jerozolimy, jeśli nie uwzględniają one prawdziwych intencji strony muzułmańskiej. Jeśli jej intencja jest taka, jak ją określiłem... to wszelkie działania, które tego ustalenia nie uwzględniają – można sobie o kant...!
Intencję rozeznać jest trudno, toteż kontakty międzyludzkie należy opisać jako wielkie pasmo błędów, szczególnie błędów atrybucji... czyli wracamy do tego tematu, który szeroko wałkowaliśmy nie tak dawno temu.
Wśród nich najczęstszym jest moim zdaniem przypisywanie świadomego sprawstwa. Jeśli rozpatrujemy skutek czyjegoś działania... to im mniej jest on nam obojętny, tym bardziej skłonni jesteśmy przypisać działającemu świadome sprawstwo.

czego Borusewicz jest członkiem?
jakiś czas temu, niejaki Borusewicz Bogdan z Pomorza, tymczasowy marszałek Senatu stwierdził, że „(...) jako członek Kościoła Katolickiego, czuje się zaniepokojony postępowaniem Benedykta XVI”. Z okazji Wielkiego Postu, gnyszkoblog pragnie wydać oficjalną rekomendację panu Borusewiczowi. Taką mianowicie, by w zaciszu własnego sumienia dokonał introspekcji, czyli rachunku sumienia... gdyż wielce prawdopodobne wydaje się, że nie jest członkiem żadnego Kościoła Katolickiego, tylko po prostu członkiem. Członkiem-w-ogóle.

rynek – reifikacja
o tym, że ludzie lubią personifikacje, czy reifikacje w ogóle – wiadomo od dawna. Ostatnio istna feeria reifikacji występuje wokół tematu rynek-kryzys.
Sam kryzys, to jakiś włochaty stwór, który nie wiadomo skąd i w jaki sposób przychodzi, nie wiadomo co i jak robi... ale skutkiem tego jest... nie wiadomo co i w jaki sposób... ale jest to straszne. Takie podejście jest na rękę dziennikarzynom ekonomicznym, bo kując tekściorki i audycje w taki sposób łatwo wcielają się w rolę tych mądrzejszych, którzy oświecają maluczkich konsumentów, którzy inaczej nic by nie zrozumieli. A prawda jest taka, że tu dużo do rozumienia nie ma, choć wydaje się inaczej. Dlaczego wydaje się inaczej?
Ano, dzięki temu pierdzeniu, które emitują dziennikarze, politycy wygłaszające puste mowy... a u źródeł tego wszystkiego leży zawsze: przychód, rozchód i ryzyko. Tymi pojęciami można opisać całą tę rzeczywistość, która się teraz objawiła – nie „stała się nagle” - ona stała się jasna, dotychczas wszyscy się okłamywaliśmy, że jest możliwe wszystko, że nadeszły już takie czasy, że już się niczego nie traci, że bessy nie przychodzą, że złotówka umacnia się w nieskończoność, że firma jest w stanie powiększać przychody w tempie 20% rocznie w nieskończoność... To czysto psychologiczne zjawisko, oparte m.in. na reifikacji. Być może zaczynamy opisywać rzeczy abstrakcyjne tak, jak by były bytami fizycznymi po to, by te sprawy lepiej sobie wyobrażać, ale później sami ulegamy własnym zabiegom – i zaczynamy wierzyć w to, co przerysowaliśmy poprzez reifikację. Podajmy tego przykład.
Spotkałem się ostatnio z polemiką, której inicjator chciał w końcu rozwiać powszechne przekonanie, że rynek jest idealny. Sam fakt, że istnieje potrzeba by o tym rozmawiać, to dowód na pewne zidiocenie. Bo ten „rynek” to nie jest jakiś byt, tylko codzienne transakcje kupna-sprzedaży. Tylko i wyłącznie.
Dlatego mimo, że rynek jest wydajny i najlepiej działa, gdy jest wolny, to idealna konkurencja i idealna informacja jego uczestników, są pewnymi modelami. To, że mówimy że rynek jest taki właśnie, nie oznacza, że w krótkim terminie nie opłaca się każdemu z jego uczestników sytuacja, w której byłby monopolistą! Oczywiście że tak! Więcej – będzie nawet się angażował w politykę po to, by dostać monopol. Stąd też – paradoksalnie – największy beneficjent rynku, czyli potężny gracz na rynku, we własnym interesie dąży do usunięcia rynku. To jednak nie oznacza, że następuje koniec rynku... każda sytuacja w historii jest przejściowa! Tym bardziej w historii gospodarczej, gdzie motorem działania często jest chciwość! Monopolista, gdy zacznie przeginać... będzie aż do skutku atakowany przez odważnych, mniejszych konkurentów. Proszę sobie prześledzić ostatnie sto lat i poszukać przykładów upadków potężnych firm, prawie monopolistów na własnych rynkach. Jest ich wiele – chociażby spoglądając jedynie 10 lat wstecz. Bycie monopolistą demoralizuje... a zdemoralizowana firma długo istnieć nie może, choćby nawet państwo podtrzymywało trupa dziesiątkami lat.
Z jednej strony błędem jest reifikowanie rynku, jako jakiegoś abstrakcyjnego bytu, niewidzialnej ręki, czy kryzysu, jako nie wiadomo czego (a przecież „kryzys” to po prostu bankructwa firm na skutek popełniania błędów, które pociągają za sobą bankructwa ich kooperantów). Z drugiej zaś – idealizowanie i traktowanie modelu, jako czegoś więcej, niż model. Z trzeciej – traktowanie ostatnich pięciu lat, jako „historii”. To zdecydowanie zbyt krótka perspektywa.

pobudźwa gospodarkie!
nie wiem na ile powyższe rozważania wydają się strawne, ale w moim przedziale szwargoczą sobie trzy młode damy rodem z Ostrowa Wielkopolskiego, które teraz przeszły na etap czesania się nawzajem. Chciałem czytać – nie dało się. Piszę bloga – daje się jako tako.
Wracamy do tematów gospodarczych. Czytałem ostatnio w Gazecie Polskiej wywiad z Jarosławem Kaczyńskim, który optuje za powiększeniem deficytu budżetowego celem „pobudzenia gospodarki”. Nie wiem co na myśli miał Prezes Kaczyński... ale spróbujmy rozpatrzyć sytuację przez analogię z kotem Alikiem.
Wyobraźmy sobie, że jesteśmy w posiadaniu kota Alika. Kotek nasz szalał sobie cały dzień, marcował się z koleżankami, wściekał na podwórku jak nigdy... przychodzi noc... Alik słania się na łapkach, ogon podkurczył, oczka mu się kleją... a my wciąż chcemy słuchać jego marcowego mruczenia i miauczenia. Traktujemy go zatem kawą i zastrzykiem z adrenaliny! Nawet jeśli Alik przez kolejną dobę będzie aktywny... a nawet i przez kolejną ... to w końcu albo nam w końcu kopyrtnie, albo jak mu damy spokój, to będzie nam spał przez dwie doby i cierpiał na niestrawność.
Pobudzajmy, pobudzajmy, panie Prezesie! Politycy to najlepsi twórcy... kolejnych kryzysów.
grahamki
co zatem zrobić w świetle powyższych dwóch notek? Jeśli mamy zamiar mądrzyć się, albo choć tylko rozumieć tematy z gospodarką związane, to bierzmy się za naukę. A uczyć się można jedynie od ekonomistów, którzy nie dokonują kreacji tylko i wyłącznie metodą używania niezrozumiałych słów... mowa więc o „Austriakach”. Książki, które wymieniłem w Pogadance na temat istoty kryzysu – Hayek, Rothbard i Mises – są nadal aktualne!
Natomiast jeśli zamierzamy dodatkowo coś zarobić... to – jak już pisałem ostatnio – bez „Inteligentnego inwestora” Benjamina Grahama nie ma o czym myśleć! Nie tylko wieloletnia perspektywa, bogaty materiał dokumentacyjny z przeszłości, ale i porządna teoria. Wyrosła właśnie z praktyki!

jak zostałem Putinem Opus Dei?
nie wiem, czy wszyscy wiedzą, ale zostałem Putinem Opus Dei! Ów zaszczytny tytuł nadał mi sympatyczny komentator blogu Barta (pamiętacie Barta, z którym konkurowałem w konkursie na Bloga Roku 2008? no, Bart zaczął zresztą gnyszkobloga komentować!) - niejaki eli.wurman. Zauważyłem, że otrzymuję przekierowania z Jego bloga. Zajrzałem... i w liście linków pod tytułem „Blogi twojej starej” znalazłem link właśnie „Putin Opus Dei”. Zgadnijcie dokąd prowadzi?
Sprawa to dla mnie wielce ciekawa i chyba jasna... stanowi piękny przykład różnicy między światem wyobrażonym, a realnym – i tego, że świat wirtualny – choć stwarza pozory wielkich możliwości poznawczych – to jednak świat domysłów, wyobrażeń i uprzedzeń.
Ale za ów pocieszny tytuł, eli.wurmanowi bardzo dziękuję!

Szostkiewicz a ultrakatolicy
nie lepiej, niż w blogosferze, jest w tradycyjnej publicystyce. Ostatnio niejaki Szostkiewicz Adam, rzekomy znawca religii z „Polityki” napisał o „ultrakatolikach i katolickiej prawicy” w kontekście zdjęcia ekskomuniki z Bractwa św. Piusa X. W tej grupie dostrzegł Marka A. Cichockiego z „Teologii Politycznej”, który jest luteraninem!
Panu Szostkiewiczu gratulujemy rozeznania!

a rok temu
http://maciejgnyszka.blogspot.com/2008/03/1-iii-2008-sobota.html

myśl na dziś
Modlitwa nie jest przywilejem mnichów. Jest obowiązkiem chrześcijan, mężczyzn i kobiet, którzy żyją w świecie i wiedzą, że są dziećmi Bożymi.
św. Josemaria Escriva, Bruzda, nr 451




wtorek, 20 stycznia 2009

[20 I 2009] wtorek, błędy atrybucji wszędzie, w Blogu Roku szczególnie

o błędach atrybucji

istnieje w psychologii społecznej coś takiego jak teoria atrybucji - teoria zajmująca się tym, w jaki sposób ludzie rozstrzygają kwestie dotyczące osobowości, motywacji innych osób. Teoria ta twierdzi, że człowiek jest kimś w rodzaju naiwnego naukowca, który stawia i testuje hipotezy - popełniając przy tym masę błędów (teoria podaje wiele znanych błędów atrybucji). Nie trzeba znać teorii atrybucji, by wychwycić większość z problemów, które kreują sobie ludzie w interakcjach, opierając się na stworzonym przez siebie obrazie partnera interakcji. Wystarczy znajomość logiki, wyobraźnia metodologiczna i nieco empatii.
Piszę o tym, bo ostatnio miałem przegląd sytuacji opartych na błędach atrybucji. Dotyczyły zarówno mnie samego, jak i osób trzecich. Nie chcę ujawniać szczegółów, ale ogólnie można stwierdzić, że da się stworzyć koherentną teorię na temat skłonności i osobowości jakiejś osoby na podstawie nawet niewielu zdarzeń. Przyjmijmy taki układ: jako przesłanki do stwierdzenia czyjegoś antysemityzmu oraz nienawiści na tle rasowej oraz osobowości autorytarnej mamy np. zdjęcie ojca (o tę osobę nam chodzi) z dzieckiem, którzy to obaj wykonują pozdrowienie rzymskie, tzw. salut, czyli po prostu hailują. Jak naziści. Druga przesłanka: usłyszeliśmy brak aprobaty danej osoby, na wieść o inwazji na Gazę. Wiemy także, że dana osoba uważa, że Żydzi powinni się nawrócić i uznać w Chrystusie Mesjasza.
Ot, mamy przesłanki i teraz bierzemy się za wnioskowanie. Oczywiście kierunek zależy od paru innych czynników, takich jak nasz światopogląd, humor, pogoda, etc. ale przyjmijmy, że wynik jest prosty: dokonaliśmy atrybucji cech wymienionych powyżej (tzn. że antysemita, osobowość autorytarna, etc.). Zauważmy, że nasza teoria jest koherentna z danymi empirycznymi - ładnie je wyjaśnia.
Teraz już sprawa prosta - idiota jest dumny z siebie, że odkrył arkana cudzej duszy i do swojej wizji przywiązuje się ponad miarę. Człowiek roztropny potraktuje to mimo wszystko jedynie za tezę o ograniczonej pewności. I słusznie - bo zaraz może się okazać, że ojciec na zdjęciu pokazywał dziecku sikorkę, na inwazję Gazy zareagował z dezaprobatą, gdyż w młodości był hippisem i nie lubi wojen, natomiast uważa, że Żydzi wymagają nawrócenia, gdyż pragnie zbawienia każdego człowieka - z miłości do jego duszy.
postępowanie
no, ale cóż - błędy popełnia każdy i nawet największy oszołom pod naporem faktów i w wyniku rozmowy pewnie zauważy, że jego teoria jest tylko prawdopodobna. Problem natomiast polega na tym, że niektórzy do swojego wyobrażenia dostosowują także zachowanie wobec danej osoby! Jednym słowem - oceniłem Cię jako nosiciela takich-a-takich cech: traktuję Cię adekwatnie do tego wyobrażenia! Skutek - jednych przestajemy lubić, innych zaczynamy za plecami zwalczać, etc. Jednym słowem - paranoja i mania prześladowcza.
co to ma wspólnego z Blogiem Roku 2008?
Wbrew pozorom ma! Otóż dziś napisał o mnie niejaki Bart, który do niedawna w konkursie na Blog Roku 2008 był na którymś z miejsc przede mną. Była to odpowiedź na moją prośbę na FForum, by głosować na mnie, gdzie Barta (który jest chyba jakąś mieszanką którejś z ideologii lewicowych oraz satanizmu - ciężko powiedzieć, takich określeń sam wobec siebie używa często) przedstawiłem jako antybohatera, którego chciałbym prześcignąć (obok prof. Joanny). Dosłużyłem się w związku z tym wpisu na Jego blogu, który sam jest obojętny, natomiast komentarze pod nim - po prostu miodzio! Błąd atrybucji błędem atrybucji błąd atrybucji pogania, czytelnicy Barta prześcigają się w rozbudowywaniu teorii na mój temat (a rozbudowali ją nieźle - zebrało się ponad 120 komentarzy)... co muszę skwitować mało elegancko, ale przynajmniej mając pewność, że owi komentatorzy zrozumieją, nawiązując do ich sposobu rozmowy: g*** panowie wiecie...
Nie to, żebym się żalił, albo gniewał, po prostu chciałbym uczulić w kwestiach metodologicznych - mniej stawiania tez, mniej wnioskowania, więcej obserwacji i rezerwy.
Wspomniany post znajduje się tutaj:
polityka
konia z rzędem temu, kto napisze pracę na temat roli błędów atrybucji w polityce! Przynajmniej kilkaset stron wprowadzenia do wstępu!
poglądy

powtórzę po raz kolejny główną tezę tego bloga: nie obchodzą mnie czyjeś poglądy i tezy, które głosi, tylko to dlaczego i w oparciu o co je głosi. Bez względu na to, czy głosi je Bart, Korwin, Michalkiewicz, ks. Neuhaus, Jacek Żakowski czy Adam Michnik (wiem, wiem, tych dwóch panów to inna półka, ale przecież trzeba się Jurorowi podlizać...).

komentarze...

rozbawił mnie ostatni komentarz, w którym anonimowy autor z racji tego iż zamieściłem film z pijanym młodym Żydem nie tylko przypisał mi pogląd, którego nie wyraziłem, to jeszcze na podstawie wyobrażonego poglądu przypisał mi antysemityzm! Brawo! To chyba ta słynna metoda paranoiczno-krytyczna opiewana przez Salvadora Dalego...

a rok temu
http://maciejgnyszka.blogspot.com/2008/01/20-i-2008-ii-niedziela-zwyka.html
http://maciejgnyszka.blogspot.com/2008/01/20-i-2008-ii-niedziela-zwyka-cz2.html
http://maciejgnyszka.blogspot.com/2008/01/20-i-2008-ii-niedziela-zwyka-cz3.html

myśl na dziś

Niech cię nie boli, iż widzą twoje przywary. Obraza Boska i zły przykład, jaki możesz dawać, oto, co powinno napełniać cię bólem. — A poza tym, niech wiedzą, jaki jesteś, i niech tobą pogardzają. — Nie smuć się tym, iż jeśli jesteś niczym, gdyż wówczas Chrystus będzie musiał obdzielić cię wszystkim.
św. Josemaria Escriva, Droga, nr 596






ciekawostki:

Pierwsze w Polsce profesjonalne szkolenie giełdowe!
Aktualny PageRank strony maciejgnyszka.blogspot.com dostarcza: Google-Pagerank.pl - Pozycjonowanie + SEO