Pokazywanie postów oznaczonych etykietą szkolnictwo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą szkolnictwo. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 12 marca 2009

[12 III 2009] śmierć przydupasom, czyli niekrótka tyrada przeciw klientelizmowi (cz. 1)

ratujta sześciolatki
no, i Prezydent zawetował ustawę o obniżeniu obowiązkowego wieku poboru szkolnego. Bardzo mi miło, ale lepiej byłoby, gdyby Pan Prezydent czytał gnyszkobloga uważniej – tzn. nie wystarczy ustawę zawetować, trzeba to jeszcze poprawnie uzasadnić. Tymczasem Lech Kaczyński mówi, że ustawę zawetował ze względu na nieprzygotowanie infrastrukturalne polskich podstawówek. Hola, hola... albo to jest zmyłka dla publiki (wówczas od biedy można Kaczyńskiego pochwalić), albo nasz Profesor rzeczywiście w to wierzy. Wówczas możemy uśmiechnąć się z politowaniem.
Dlaczego? Ano dlatego, że konserwatysta powinien sprzeciwić się ustawie z innych pobudek – ideowych. Nie jest w interesie rodziny jej rozbijanie poprzez poddawanie o rok wcześniej obowiązkowi szkolnemu i urzędowemu praniu mózgu dzieci! To po pierwsze. Po drugie zaś – miałoby się to odbywać pod przymusem, co koliduje z kolei z umiłowaniem wolności obywatelskiej. Jednym słowem – Prezydent ma na biurku ustawę zgoła faszystowską, słusznie jej nie kontrasygnuje... a potem mówi, że nie zrobił tego... bo prawa nie dałoby się idealnie wprowadzić. Wolne żarty!

poza tym... popuśćmy wodze fantazji!
jestem w stanie sobie wyobrazić sytuację, w której cała akcja Ratujmy Maluchy! byłaby sterowana. Dlaczego nie? Skutek, jaki dzięki temu władza by odniosła byłyby bardzo dobre – społeczeństwo odczułoby własną podmiotowość, poczucie wpływu na rzeczywistość, rząd nie musiałby się kompromitować brakiem pieniędzy i kadr, równocześnie nie musiałoby świecić oczami przed brukselskimi kacykami... a sprawa przeszłaby parę lat później – wszak wszyscy byliby już „przekonani”, że jedynym zarzutem wobec pomysłu był brak realności.
No, to tyle rozumowania na zasadzie „qui bono?”, która ma oczywiście ograniczoną skuteczność, toteż powyższych uwag nie należy brać zupełnie na serio – jest bowiem wiele koherentnych ciągów rozumowania, które nie muszą być prawdziwe.

TP chyli się...
ku upadkowi! Nie chodzi bynajmniej o Telekomunikację Polską SA, lecz o „Tygodnik Powszechny” - krakowskie piśmidełko dla postkatolickiej postinteligencji. Upadek TP obserwowałem od wielu lat – a czytać zacząłem już w wieku lat piętnastu. Już wtedy od czasu do czasu zdarzały się wyskoki np. Józefy Hennelowej nt. aborcji. Ale co tam – zgodnie z uwagą prof. Legutki o wielkiej popularności owczego pędu wśród tzw. intelektualistów – uważałem, że tak najwidoczniej być musi. Tzn. wyobrażałem sobie, że rzecz się ma w taki sposób: jest sobie Kościół oficjalny, reprezentowany przez Papieża i Kurię Rzymską, ten który musi mówić tak-a-tak, no i ten nasz, inteligencki – mamy paru swoich biskupów, którzy czają bazę, paru jest głupkowatych, ale... bądź co bądź, Papież i tak wie o co biega i prędzej czy później będzie krakał, jak „nasi”. No, bo wicie, rozumicie, ci „nasi”, to z Papieżem na kajaki jeździli i z nim obiady raz do roku jedzą, więc ten, no... rozumicie! Prawda je po naszej stronie.
No, i za którymś razem już tego nie przełknąłem i z Tygodnikiem się rozstałem. Aż do ostatniego tygodnia, kiedy to znalazłem na uniwerku porzucony egzemplarz ostatniego numeru. To już nie ten sam Tygodnik, tylko produkt walterowskiego ITI'a... no i we wstępniaku ks. Boniecki rozpaczliwie prosi o pomoc, pieniędzy starczy bowiem na kilka numerów! Uczucia miałem mieszane, ale gazecinkę przejrzałem... wśród autorów same znakomitości – Sierakowski, Krzemiński... bardzo dziękuję, więcej nie trzeba. Giń Tygodniku, truchło zgłupiałe, siarką śmierdzące!

klientelizm
dotknijmy przy okazji innego problemu, który łączy się ze „środowiskami” - to luźne nawiązanie do tematu TP. Otóż, tak to już bywa, że łatwiej działać w grupie, niż w pojedynkę. Także „intelektualistom”, którzy mają ambicję zmieniania opinii publicznej, czy duszy narodu (a co, jak patos, to patos!). Bardzo dobrze, zawsze ujawnia się lider, który swoją supremację opiera np. na wiedzy, inteligencji, szczególnym umiejętnościom, albo np. możliwościom finansowym (oczywiście istnieje możliwość łączenia źródeł tej legitymizacji). Tego typu osoba skupia wokół siebie innych, wyznacza cele i środki do ich osiągnięcia, zarządza działaniem grupy – na swój sposób.
Tu istnieje odwieczne ryzyko – klientelizmu. Klientelizm, to pewne wypaczenie intelektualnego poddaństwa, przeciwko któremu wystąpił Arystoteles, pisząc, że „Platon jest przyjacielem, ale większą przyjaciółką jest Prawda”, a który obserwujemy w każdej „szkole” w naukach społecznych – od filozofii, przez prawo, aż po socjologię. To wynika z konformizmu, jasne. I jest naturalne – jasne.
Jednak to, co jest naturalne, nie musi być pożądane! I ani zależność intelektualna pożądana nie jest (oczywiście poza definicjami dogmatycznymi), ani klientelizm, który tym się różni od zwykłej zależności, że wplata w zjawisko apsekt finansowy. Oto np. pracujemy u pryncypała, który „tworzy środowisko”, jest geniuszem... Istnieje pokusa, by spijać mu z dzióbka, by zbierać pochwały, być przez niego lansowanym – później przeradza się to w dwustronną zależność! Pryncypał musi lansować swojego przydupasa, bo kto gardzi przydupasem, ten gardzi pryncypałem. Przydupas obrasta wówczas w piórka jeszcze silniej. Ta pokusa powiększa się z chwilą, gdy w grę wchodzą pieniądze...
Bycie przydupasem ma to do siebie, że człowiek staje się coraz bardziej niesamodzielny, w związku z czym zależność od pryncypała powiększa się, im dłużej trwa! Człowiek traci więc polot i kreatywność w zarabianiu pieniędzy, tworzeniu wartości i usług... cała para idzie w zadowalanie pryncypała, który – jak demiurg – decyduje o wysokości zarobków. Jedyną konkurencją, w której się człowiek specjalizuje, jest... spijanie z dzióbka.
Jak wynika z moich obserwacji, towarzyszy temu ciągła chęć znajdowania potwierdzenia własnych komeptencji, które – obiektywnie rzecz ujmując – sukcesywnie się kurczą. Napędza to oczywiście cały mechanizm uzależnienia...

aleossochozi?
dlaczego o tym piszę? Oj, zainteresowani wiedzą... a zainteresowani znajdą się w większości miejsc, gdzie „tworzy się środowisko”, gdzie istnieje marszand wraz ze swoją aurą, opartą o którekolwiek źródło legitymizacji... Nie, nie chodzi tu tylko o Michnika – swoich michników mają inne środowiska, zgoła nie lewicowe, nie postmarksistowskie, nie antykatolickie...
ucinamy!
posta ucinamy, rzecz jasna! Niestety, dziś nie będę w stanie zakończyć swojej tyrady ze względu na czas, ale skończę ją jutro! Będzie miała cztery podrozdzialiki, których tytuły podaję przed myślą na dziś, natomiast jako zajawkę proponuję dwie lektury z zacnego wydawnictwa Fijorr Publishing.
Siła woli autorstwa słynnego ekonomisty, Henry'ego Hazlitta

oraz

Od nędzy do pieniędzy - Tada Witkowicza, polskiego emigranta w USA
Musimy utwierdzać się w przekonaniu, że Bóg znajduje się przy nas bez przerwy. — Żyjemy tak, jak gdyby Pan przebywał hen daleko, wśród blasku gwiazd, a zapominamy, że również jest stale u naszego boku. A jest obecny jako miłujący Ojciec — każdego z nas kocha mocniej, niż wszystkie matki na świecie zdolne są kochać swoje dzieci — wspierając nas, dając nam natchnienie, błogosławiąc... i przebaczając. Ileż to razy zdołaliśmy rozpogodzić zasępione oblicza rodziców, przyrzekając po jakiejś psocie: „nigdy więcej tego nie zrobię!” — Być może tego samego dnia ponownie nabroiliśmy... — A wówczas nasz ojciec udawanym srogim głosem, z poważną miną karci nas... a równocześnie kraje mu się serce, gdyż zna nasze słabości i myśli: „Biedactwo, jakże się stara być grzecznym!”. Konieczne jest, byśmy się przepoili, byśmy się nasycili świadomością, iż Ojcem, prawdziwie Ojcem naszym jest ten nasz Pan, który znajduje się przy nas i w niebiosach.
św. Josemaria Escriva, Droga, nr 267




środa, 10 grudnia 2008

[10 XII 2008] środa, nieznośna lekkość porównań!

nieznośna lekkość porównań
nie wiem, czy zauważyliście, że w języku potocznym, czy raczej – w codziennym mówieniu – utarło się bardzo łatwo czynić porównania. To jasne – nie musimy na co dzień przemawiać jak naukowcy (choć i ci ostatni coraz częściej zajmują się bredzeniem...) - na co dzień można sobie pozwolić na plecenie trzy po trzy. Mimo to, niekiedy tę możliwość przekłada się na tezy o dużej doniosłości – np. definiujące nasze wartości, a (co jeszcze ważniejsze!) nawet postaw! I tak, bardzo często ludzie przyjmują pryncypialne postawy wobec jakichś zjawisk w oparciu o wygłoszone przez siebie, lub innych brednie, którym uwierzyli. Wśród bredni często występuje skłonność do utożsamiania dwóch zjawisk na podstawie podobieństwa jednego elementu.
Przykład? Proszę bardzo! Pewnego razu, przed moim powędrowaniem co CSAiU w Toruniu, a więc w sierpniu 2007 roku, w Warszawie odbyła się potężna defilada. Pamiętajmy, że trwał wówczas rząd PiSu. Porozumiewając się SMSowo z innymi telewidzami, otrzymałem od jednego z nich zniesmaczoną opinię, że ta cała defilada, to jedno wielkie peerelowskie zadęcie! O!
Jako, że autor SMSa specjalistą od wojskowości nie jest, nie sądzę, by to porównanie zbudował na podstawie innej, niż zauważając, że defilady peerelowskie również polegały na pokazaniu arsenału, staniu na baczność, maszerowaniu, robieniu nadętej miny... podobnie jak i wszystkie inne defilady na świecie – teraz i w przeszłości. Jednym słowem – na tej podstawie można powiedzieć o paryskiej defiladzie z okazji Dnia Zwycięstwa, że prezentuje sromotne peerelowskie zadęcie, oraz że przedwojenne defilady z okazji urodzin Marszałka, to haniebny przykład groteskowego peerelowskiego zadęcia. Głupie porównanie – głupie skutki.
Teoria analogii, to dość potężny dział logiki... warto coś na ten temat poczytać, ba!, w ogóle warto postudiować trochę logiki i metodologii, żeby nie gubić się w retoryce przeróżnych pacynkarzy. Jest to temat, którym zająłem się dość dawno, a zainspirował mnie do tego cudowny wywiad-rzeka z o. Innocentym Bocheńskim, znakomitym logikiem światowej sławy, „Między logiką a wiarą”. Jednym słowem – po przeanalizowaniu wielu sytuacji, okazuje się, że często analogie uważane za dziwaczne – są bardziej trafne, niż te wytarte. Ważne jest bowiem – to teza którą uparcie głoszę – nie twierdzenie (np. o analogii), ale jego uzasadnienie! Nie obchodzi mnie to, czy Kaczyńskiego porównuje się z Hitlerem, czy Gomułką – o wiele ważniejsze i pożyteczniejsze jest to, które porównanie i dlaczego – jest w największym stopniu trafne.

Klaus wciąż mierzi
afera z zamku na Hradczanach nabiera w Polsce rozmiarów (ciekawe kiedy zagraniczne media, poza czeskimi, się o sprawie zająkną...)! Wczoraj TVN24, wyborcza.pl, dziennik.pl – dziś przedruk części tekstu zamieściła papierowa Rzeczpospolita, rp.pl oraz onet.pl. Chłopaki z „Dziennika” zapomnieli poinformować, że niusa wzięli z fronda.pl – o czym poinformowały wszystkie inne media. No, ale znając obsesje redaktora Michalskiego, nie należy się dziwić.

jaja z Wałęsy
tymczasem, z rodzimego pomorskiego kabareciarza, imiennika Instytutu Lecha Wałęsy, szczególnie we francuskim internecie – nie ustają natrząsania! Dlaczego? Otóż, Instytut owego pana przyznał nagrodę królowi Arabii Saudyjskiej (tak, to tam, gdzie się ścina za posiadanie Biblii, kamienuje za cudzołóstwo, obcina ręce za kradzież...) nagrodę w wysokości śmiesznej dla szefa petroświata za... działania na rzecz utrwalania dialogu między kulturami, tolerancji i czegoś tam jeszcze równie głupawego i dla króla – egzotycznego. Francuskie blogi zapełniły się karykaturami Wałęsy, żartami, etc. Nikt też nie ma wątpliwości co do tego, że nagroda poszła w te ręce ze względu na sponsoring Instytutu z tej strony.
No, ale to nam wbrew pozorom nie pokazuje niczego na temat Wałęsy! Broń Boże! Widzimy bowiem jak perfidny jest ten ajatollach Kurtyka i jego pomagierzy – Cenckiewicz i Gontarczyk, którzy za pieniądze Kaczyńskiego i kota Alika przekupili francuski internet! Polskie media, poza http://www.fronda.pl/ o tym milczą. Nie dla psa kiełbasa, polaczki.

Jackson a Wałęsa
swoją drogą, to i ja ostatnio zażartowałem ze Słońca Bałtyku. Dr Szawiel raczył porównać prezydenta Jacksona z USA (XIX wiek) do Lecha Wałęsy (ze względu na nastroje społeczne, które towarzyszyły jego wyborowi oraz posunięciom). Spytałem wówczas półgłosem, czy Jackson też był tajnym współpracownikiem. Na co otrzymałem odpowiedź od koleżanki - „Tak, Jackson to przecież TW „Lolek””.

daj dziecku szansę!
niebywałe! Po kilku miesiącach przepychanek, między rządem a przeciwnikami zapędzenia sześciolatków do edukacyjnego kołchozu (gdzie po stronie przeciwników prym wiedzie oddolna akcja „Ratuj maluchy”)... nagle, gdy już sprawa przycichła... zupełnie „spontanicznie” „społeczeństwo obywatelskie” zareagowało i powołało do życia inicjatywę „Daj dziecku szansę”. O! Przeczytałem o tym w agorowskiej gazecie dla bidoty, „Metrze” parę dni temu. Dziś dowiedziałem się (uwaga: z tego samego źródła!), że odkryto iż założyciele owej inicjatywy skoligaceni, bądź funkcjonalnie związani są z... wydawnictwami edukacyjnymi i Ministerstwem Edukacji Narodowej!
Całe szczęście, że zapytani, usprawiedliwiają się, że występują w tej roli prywatnie, bo mają dzieci... a ja już byłem sobie wymyślić w swojej zakutej, klerofaszystowskiej głowinie, że to jakaś sponsorowana akcja, coś w stylu „Inicjatywy Uczniowskiej”, która „spontanicznie” powstała będąc stworzona przez młodzieżówkę „Pracowniczej Demokracji”, aby obalić Giertycha Romana. Uffff... całe szczęście, że to tylko koincydencja!
Ale, ale... Panowie i Panie – dajcie dziecku szansę i zwińcie mandżur, zostawiając dzieci rodzicom. To moje orędzie na dziś. Dobranoc.
Nasz status jako dzieci Bożych wymaga od nas – podkreślam – podtrzymywania ducha kontemplacyjnego pośród wszystkich działań ludzkich: być światłem, solą i drożdżami dzięki modlitwie, dzięki umartwieniom, dzięki kulturze religijnej i kompetencji zawodowej – realizować program: „im głębiej tkwimy w świecie tym bardziej winniśmy należeć do Boga”.
św. Josemaria Escriva, Kuźnia, nr 740


środa, 3 grudnia 2008

[3 XII 2008] Homogenizacja mózgu...

Homogenizacja...
czy nie wydaje Wam się, że paradoksalnie – żyjąc w świecie, który „różnorodnością” wyciera sobie gębę na każdym kroku – żyjemy równocześnie w świecie niesamowicie stotalizowanym? Mnie się tak wydaje – żyjemy w bardzo ujednoliconym, ustandaryzowanym świecie. Myślałem o tym po raz kolejny ostatnio, zdawszy sobie sprawę z tego, że np. na polu edukacji wszyscy mamy tę samą historię. Idziemy sobie do szkółki, uczymy o pingwinach-zboczeńcach, potem gimnazjum, tam wariujemy, potem liceum i poczucie wszechmocy, a potem studia i degrengolada... Wszyscy mamy tę samą historię. Rzadko kiedy można spotkać kogoś, kto np. najpierw musiał pracować, albo nie kończył podstawówki i uczył się w domu, albo nawet i do studiów nie pobierał formalnej edukacji.
Czy to dobrze, czy źle? Wydaje mi się, że źle – efektem tego są spłaszczone umysły, rozmiłowanie w miernocie i stereotypowe postrzeganie rówieśników. To ostatnie jest chyba najgorsze, bo dla własnego bezpieczeństwa mentalnego, większość woli hamować jednostki, które się ponad nią wybijają. Nawet urzędowo.
Nie wiem, jak bardzo zrozumiałe jest to, co napisałem, ale pewnie nie bardziej niż wypociny jakiegoś Bourdieu, czy Parsonsa, którymi jestem teraz faszerowany na socjologii. Z tych dwóch raczej ten drugi jest godny uwagi.

zniewagi zniewagom nierówne
porzućmy na chwilę rozważania szczegółowe na rzecz anegdotki. Prof. Sułek opowiedział wczoraj zabawną historię o tym, jak to zatarasował warszawskie metro (trzeba Wam wiedzieć, że bohater tej historii to zacny metodolog nauk społecznych). Otóż, nie udawało mu się skasować biletu, przez co ludzie stojący w kolejce do bramki za nim, popadli w irytację. Jedna dama, chcąc go ominąć, włożyła swój bilet... co prof. Sułek odebrał jako swój sukces, myśląc że to jego bilet – i spokojnie przeszedł przez bramkę. Na co dama nazwała zacnego metodologa „Baranem”.
Ot, równość. Prof. Sułek odparłszy później w sposób adekwatny do swojej winy oraz agresji kobiety, wrócił do pracy i opracował zarys programu badawczego na temat sposobów zwracania się do ludzi starszych w środkach komunikacji masowej.

rynek wszędzie
odpowiadam pokrótce na polemikę kol. Tamkquna dot. rynku. Niestety nie mam przed oczami tekstu jego odpowiedzi, więc odpowiem na podstawie wyobrażenia, które przechowuję w pamięci.
Wydaje mi się, że kol. Tamkqun zakłada, że fetyszyzuję rynek, nadając mu zbyt optymistycznie ogrom przeróżnych cech. Jest to podejście błędne.
Ustalmy na początku, co rozumiemy przez pojęcie „rynku”. Jest to moim zdaniem sposób, czy raczej system alokacji dóbr polegający na tym, że dowolne podmioty dysponują w sposób mniej lub bardziej wolny zasobami, które posiadają, np. je wymieniając (gdzie pod pojęciem zasobów rozumiemy zarówno dobra, jak usługi, czy władzę). Nie ma tu cienia normatywu – po prostu uznajemy prawo własności. Nie oznacza to bynajmniej, że aktorzy na rynku będą zawsze działać efektywnie, czy że zawsze będą postępować dobrze z moralnego punktu widzenia. Wręcz przeciwnie – po grzechu pierworodnym oczekiwanie, że samo dobro przyciągnie człowieka jest założeniem naiwnym. Owszem, dobro pociąga, św. Tomasz ma rację, ale zraniona natura stawia po drodze wiele przeszkód. Jeśli nie ma pracy nad cnotą, czy wykształconej cnoty – człowiek łatwiej popada w grzech. Wracając do rynku – oznacza to, np. że nie dziwi mnie sytuacja w której nagle ludzie zaczynają fascynować się pederastią i gejowie znajdują się na opakowaniach płatków śniadaniowych. Wręcz przeciwnie – patrząc na to, co dzieje się obecnie, uważam to za wysoce prawdopodobne w niedługim czasie! Nie zamierzam jednak zasypiać gruszek w popiele i uważam, że nie ma nic złego w tym, by kreować siłę rynkową, która tę tendencję będzie zwalczać, ba – może nawet doprowadzi do powszechnej zgody na to, że należy zakazać promocji homoseksualizmu. Każdy ruch społeczny generowany jest raczej przez małą grupę usypiaczy, którzy przeciągają milczącą większość w swoim kierunku. Wystarczy tylko dotrzeć z alternatywą, podać ją w dobrej formie, by sytuację odmienić. Ale tu nie chodzi o marketing. Kościół, jako depozytariusz Prawdy, przemienia raczej serca, formuje cnoty i postawy – trwale. Propaganda fidei, to raczej wyzwalanie ludzi z okowów ich namiętności, które każą im sądzić, że są racjonanymi przesłankami.
Zresztą nawet, gdyby była to znaczna większość równie przekonanych – nic nie stoi na przeszkodzie, by pracować nad tym, by zmienić ich zdania. To wszystko, to gra rynkowa. Nie ma w tym nic antyrynkowego.
Co do kwestii finansowania jeszcze – kol. Tamkqun nie zauważa chyba, że zwykłe firmy nie osiągają rentowności od pierwszego dnia działania. Wręcz przeciwnie – norma, to dwa, trzy lata. Dlatego też nie ma nic nienormalnego w tym, że przez jakiś czas jedzie się na deficycie i wierzy się w to, że mimo wszystko uda się przekonać rynek nie tylko do produktu, ale i do jego kupna. Podobnie z Frondą.pl
Co do kwestii politycznych – nieodwołalnie władza dąży w ręce coraz gorszej hołoty i jest to wynik działania rynkowego, oczywiście. Nie oznacza to natomiast, że jest to wynik pożądany, ani tym bardziej – że nie należy pracować nad jego zmianą. Ponownie wracamy do Kościoła – tam, gdzie słabnie wpływ Wiary... tam społeczeństwo bardziej wariuje, ulegają namiętnościom. Dlaczego? Bo i udział procentowy ludzi dojrzałych, opanowanych, oświeconych wiarą jest mniejszy, mniej cnót jest praktykowanych, etc. Władza idzie do hołoty, a świat w kierunku kryzysu. Nie bez kozery coraz więcej autorów zauważa moralne fundamenty obecnego kryzysu. Powiem więcej – ten kryzys ma podstawy w zmianach w moralności, zarówno w Ameryce, jak i na świecie.
Na koniec, muszę powiedzieć, że nie wiem, czy trafnie odpowiedziałem na pytania, bo nie miałem ich przed oczami, ale na pewno nie postrzegam rynkowej racjonalności, jako racjonalności w ogóle, ale bardziej jako „ograniczoną racjonalność” opisaną przez Northa. Po drugie – rynek postrzegam raczej bardziej abstrakcyjnie, niż kol. Tamkqun. Wydaje mi się nawet, że rację miał Parsons chcąc znaleźć ogólny model analityczny dla nauk społecznych na każdym poziomie. Na podstawie dotychczasowej lektury Parsonsa muszę powiedzieć jedno – chyba znów znajduję własne pomysły w cudzych książkach... No, ale do tego już chyba czytelnicy Gnyszkobloga przyzwyczaili...

de Toqueville o Unii
„(...) Pierwszą jest forma federacyjna, którą przyjęli [...] i która pozwala Unii cieszyć się potęgą, jaką ma wielka republika, i bezpieczeństwem, jakie ma republika mała”.
Jak myślicie, czy de Toqueville nie mówi przypadkiem o Unii Europejskiej? Nie, ale choć mówi o Ameryce, sam nie wie o tym, że za parę lat słowa te dotyczyć będą Unii Europejskiej. Niedługo uchwalą nam traktat lizboński, już zaczynają nam narzucać absurdalne ustawodawstwo... potem okaże się że konieczna jest dalsza integracja, aż do federacji, a z federacji – po jakiejś powtórce z Wojny Secesyjnej – do jednego państwa. Chyba, że po drodze będzie jakaś wielka wojna.

Unia zachodzi nas od tyłu...
żeby nie być gołosłownym, zamieszczam artykuł z fronda.pl.
[Oj, jednak nie zamieszczam, bo zniknął z portalu, ale w zamian zamieszczam fragment e-maila od stałego Czytelnika, który przebywa obecnie w Niemczech na socratesie...]
Mam wrażenie, że ci wszyscy "wyzwoleni" monachijczycy (którzy robią wszystko, żeby się odciąć od mitu konserwatywnej Bawarii) oraz przyjezdni to banda zbaraniałych matołów. Wystarczy porozmawiać nt. jej wysokości Unii E., żeby dowiedzieć się... niczego, poza dziecinną, brukselską propagandą w stylu "dni europejskich", jakie znam z podstawówki. Nieważne po co, grunt, żeby następowała integracja. Ale mniejsza o to.
Dziś z kolei dowiedziałem się (z NajwyższegoCzasu!) o inicjatywie ustawodawczej francuskich feminazistek, chcących narzucić krajom całej UE mix ustawodawczy złożony z ustaw dot. antykoncepcji, aborcji, homoseksualizmu, rozwodów, etc. W jaki sposób go stworzyć? Ano, przeglądamy ustawy w poszczególnych krajach – i wybieramy najbardziej ohydne i bezbożne... i narzucamy je reszcie. A co! Choć byłby to przykład jawnego nadużywania władzy przez eurobiurokrację... ale nie moglibyśmy odmówić femiwariatkom skuteczności w zastanym systemie stanowienia władzy. Znów wracamy do „rynku”. Dziewczyny może okażą się skuteczne. Co bynajmniej nie jest dobre, ani pożądane przez wszystkich.

społeczeństwo organiczne...
wciąż jestem pod wrażeniem de Toqueville'a analizującego religijność Amerykanów, i pod wrażeniem tamtego społeczeństwa. Być może nie jest to średniowieczne, ubóstwiane przez konserwatystów i kontrrewolucjonistów, społeczeństwo organiczne, ale na pewno coś jemu pokrewnego.
Na marginesie, de Toqueville zauważa, że choć wielość wyznań była w Ameryce wielka, to jednak panowała jedna, surowa moralność. Dziwne prawda? Szczególnie dziś, gdzie wiadomo już jakie są owoce rewolucji Lutra. Jak bardzo trafny jest tu tytuł książki Tomasza Terlikowskiego: Gdy sól traci smak. Etyka protestancka w kryzysie


a rok temu
http://maciejgnyszka.blogspot.com/2007/12/3-xii-2007-poniedziaek-w-franciszek.html
http://maciejgnyszka.blogspot.com/2007/12/3-xii-2007-poniedziaek-w-franciszek_03.html

myśl na dziś

Bardzo wielką rzeczą jest uznać się za nic wobec Boga, ponieważ taka jest prawda.
św. Josemaria Escriva, Bruzda, nr 260




wtorek, 30 września 2008

[30 IX 2008] o Simonie Zapylaczu i innych sprawach we wspomnienie św. Hieronima

wprowadzonko
nie wiem, czy wiecie, ale piszę bloga w pociągu relacji Warszawa Centralna-Kraków Główny, 6:05 ze stacji początkowej. Co to oznacza? Po pierwsze, że jestem krańcowo niewyspany – wczoraj przyszło mi posiedzieć do wieczora. Po drugie – jest piękna pogoda. Po trzecie – pomyślałem, że w obliczu ostatniej blogowej niefrasobliwości, należy się Czytelnikom sążnisty wpis. Po czwarte – że pani po przekątnej, rodem z Niemiec (sądząc po klawiaturze laptopa), straszy mnie swoimi czarnymi biustonoszani, łabędzią szyją i ramionami wypływającymi zza luzackiego swetra. Nie wódź nas na pokuszenie... No właśnie, droga damo, proszę się ubrać!

biedne sześciolatki
dali mnie w pociągu do czytania jakąś szmatkę z czerwonym prostokątem (swoją drogą, w pociągach Aborcza nie cieszy się najdrobniejszą popularnością – wszyscy wybierają Rzepę i Ziewnik), ale wybrałem Ziewnik – z braku Rzplitej. Przejrzałem, literówki spostrzegłem, milutką buziulkę red. Michalskiego zobaczyłem i przeczytałem... o kłótni w Sejmie odnośnie sześciolatków mających iść do szkół.
Sytuacja w skrócie wygląda tak, że PiS zaprosił rodziców z akcji Ratuj Maluchy (o której zresztą pisałem ostatnio) na posiedzenie odnośnej komisji sejmowej. Jej przewodniczący – nie pamiętam nazwiska, ale poewiak – posiedzenie otworzył i od razu zamknął, burząc się na obecność obywateli.
No, nie ma co się dziwić – gdy Bierut wydawał dekret wywłaszczający, nie prosił do gabinetu posiadaczy gruntów, więc nie ma co mieć za złe, że w przypadku zwiększenia nacjonalizacji dzieci rzecz ma przebiegać inaczej.
Niepokoi mnie jednak sama akcja Ratuj Maluchy. Jej przywódcy argumentują, że szkoły nie są przygotowane na przyjęcie sześciolatków. Nie mają zatem nic przeciwko samej idei wyrywania dzieci z objęć rodziców, umieszczaniem ich w edukołchozach, a rodziców pędzenia do roboty, by na to wszystko zarobić. Jednym słowem – albo stosują metodę małych kroków, albo są baranami, z którymi należałoby utrzymywać okresowy sojusz, by sabotaż propozycji rządu okazał się skuteczny.

Simon Zapylacz
mam nadzieję, że wszyscy Czytelnicy mają za sobą lekturę wywiadu z damesą zarażoną przez Simona Mola. Pewnie refleksji macie na ten temat więcej ode mnie, więc ograniczę się tylko do jednej – a propos sugestii nt. Jego związków z islamem.
Otóż, jeśli jest to prawda – a niewiele wskazuje na to, że jest to fałsz (poza wiele mówiącymi reakcjami niektórych – Eeeeeee... no co Ty? Nie chce mi się wierzyć.) - znajdujemy się w poważnej sytuacji. Jestem o tym tym bardziej przekonany, mając w pamięci spotkanie z gen. Pietrzykiem (były ambasador Polski w Iraku, znajomy mojego dowódcy z wojska – swoją drogą, w zeszłym roku byłem już po wojsku, w Monachium!).
Otóż, gen. Pietrzyk stawia tezę (coraz bardziej zresztą popularną), iż islam nie jest żadną religią, tylko systemem rządzenia. Co więcej – systemem cwanym, który wypuszcza publikacje na swój temat dostosowane do odbiorcy – chrześcijanom wypisy z Koranu nt. Pana Jezusa, Maryi, etc. Po to, by wykreować pogląd: Islam, to wspaniała religia, większość muzułmanów, to bardzo fajowi ludzie, margines stanowią jacyś tam szaleni ekstremiści. Gen. Pietrzyk twierdzi, że tak nie jest – co więcej, uważa, że tezę tę lansują sami muzułmanie z przyczyn czysto strategicznych.
Dżihad istnieje odkąd żył Mahomet, a Koran rzecze (proszę wybaczyć, że nie podaję numeru sury, gen. Pietrzyk podawał – gdy przeczytam cały Koran, to będę cytował ściśle), że dżihad to walka o to, by nie było na ziemi człowieka, który nie powie, że Allah jest jedynym Bogiem, a Mahoment jego prorokiem. Narzędziem jest tu nawrócenie, lub śmierć. Tertium non datur. Pierwsza faza ekspansji islamu (z fluktuacjami, jak np. bitwa pod Poitiers, rekonkwista w Hiszpanii) trwała od jego początku, aż do bitwy pod Wiedniem, kiedy to dostali takiego łupnia, po którym podnosili się aż do końca XX wieku! Dlatego też – mówi gen. Pietrzyk – zamach na WTC miał miejsce dzień przed kolejną rocznicą Wiktorii Wiedeńskiej. Pamięć o nie jest ponoć silna wśród muzułmanów.
W związku z tym wszystkim, a także innymi informacjami, którymi – zwyczajowo – podzielić się nie mogę, na wieść o tym, że Mol był muzułmaninem i zarażał z pobudek religijnych.... wprawdzie doznałem szoku, ale i nieodpartego wrażenia, że wszystko układa się w jedną całość. Resztki otuchy odebrały mi wiadomości z Francji i Wielkiej Brytanii o uznawaniu przez państwo wyroków sądów islamskich (wydających je na podstawie szariatu), zakazie wystawiania ciastek na posiedzeniach rady gminy którejś z brytyjskich gmin ze względu na ramadan, oraz zablokowaniem konferencji w Kolonii – zlotu przeciwników budowy meczetu w Bonn. Zjednoczone Emiraty Europejskie niedługo staną się faktem, jeśli nie ruszysz się Ty. I ja.
Idzie wojna, do roboty.

w Ziewniku o Kryzysie
Dziennik zwyczajowo się kompromituje. Dzisiaj piszą o tym, że w związku z upadkiem kapitalizmu kraje Unii Europejskiej muszą sięgnąć do kieszeni podatników, by ratować swoje banki (ostatnio w tarapatach jest Fortis). Klasyczne Radio Erewań. Niniejszym prostuję: kapitalizm nie upadł, nie ma żadnej UE, tylko Wspólnoty Europejskie, które do żadnej kieszeni podatników sięgać nie muszą, a banków tak naprawdę nie ratują, tylko działają na ich szkodę, umacniając w przekonaniu, że mogą robić co chcą, bo rząd wykupi od nich trefne aktywa.

w Ziewniku o Euro
a w Dzienniku (oj, dziś tej gazecince się dostanie...) piszą dziś o przyjęciu Euro. Z jednej strony zamieszczają opinię dra Sadowskiego z Centrum im. Adama Smitha, z drugiej Marka Zubera z Dexus Partners (ekhm...). Jeden mówi o konkretach, drugi o tym, że jeśli euro nie przyjmiemy, to się skompromitujemy i wyjdziemy na wsioków. Tak argumentuje ekonomista, proszę Państwa. Co jeszcze? Ano, inwestorzy się przestraszą i uciekną z polskiego parkietu – w efekcie spadki na giełdzie potrwają dłużej.
Czyli co? Istnieje grupka panów, która sobie ubrdała, że oni mają prowadzić politykę monetarną innych państw (coś jakby FED dla stanów USA – kiedyś były one jak państwa). Bez względu na to, czy to się opłaca, czy nie – jeśli ktoś nie zechce, jest wsiowym ćwokiem i ma u nich przerąbane.
Czy polityka monetarna jest ważna? W systemie fiducjarnym – nieomal najważniejsza, wobec czego własna waluta, jeśli nie myślimy o jednym państwie europejskim – musimy my decydować o jej parametrach. Chyba, że nie myślimy o federacji państw, tylko o państwie paneuropejskim – a jak wiadomo, do stworzenia takiego bytu pociąg jest coraz większy (vide – upadła eurokonstytucja).

dwie opowiastki o podróżowaniu
opowiem Wam dwie bajki – dla rozluźnienia.
Pierwsza dzieje się w autobusie do Frnakfurtu. Obok mnie siedzi rosły pan w dresie. Za nami – Rosjanka z dwojgiem młodych synków (końcówka szkoły podstawowej), którzy uparcie słuchali jednej, rosyjskiej piosenki. Rzecz jasna – głośno. Wytrzymaliśmy dwie godziny – mój towarzysz patrzył w szybę i cicho klął, dzieląc się co jakiś czas ze mną uwagami nt. różnic między narodami, ja zaś czytałem. Minęły te dwie godziny, a towarzysz podróży mówi do panagruszki:
- Zaraz mnie szlag trafi z tymi gnojami.
- No, wie Pan, mnie też się ta piosenka znudziła, może Pan im powie, żeby ściszyli muzykę, Pan siedzi bliżej.
- Dobra.

Odwraca się i słyszę:
- Ile mam jeszcze słuchać tego g***a?
Muzyka umilkła momentalnie.

pętla się zaciska!
przed panemgrzyzgą najcięższy rok życia. Serio. Wprawdzie każdy kolejny jak dotąd, był cięższy od poprzedniego, ale ten będzie rekordowy. Mam na głowie nie tylko dwa i pół kierunku studiów (w pełnym wymiarze, a nawet z naddatkiem), ale i projekt inżynierski oraz parę nowych zobowiązań...
Jednym słowem – jeszcze intensywniejsza praca, niż w zeszłym roku. Ci, którzy ze mną obcują na co dzień, domyślają się już, co to może oznaczać. A w związku z planowaną przez panagruszkę żeniaczką, wysuwa się też na przedni plan aspekt ekonomiczny własnych działań... Jaki stąd wniosek? Mam pewien pomysł dla Czytelników, ale zanim go przedstawię – proszę kliknąć w bannerek pod postem o nazwie Wspieraj bloga. Jest to w tej sytuacji baaaaaardzo mile widziane.

św. Josemaria
2 października o 19:00 w katedrze praskiej Msza Święta z okazji 80. rocznicy założenia Opus Dei. Serdecznie zapraszam wszystkich. Tym bardziej zapraszam, że jestem świeżo po lekturze wywiadu biograficznego na temat Założyciela. Wspaniała, inspirująca lektura - rozmowa z następcą św. Josemarii - don Alvaro del Portillo. Polecam!

FForumowy zjazd
Centralny Zjazd Forum Frondy w Kazimierzu Dolnym n. Wisłą zakończył się wielkim sukcesem i radością wszystkich! Wczoraj mieliście próbkę zdjęć... ach, wspaniale było poznać tych, z którymi zżyłem się przez internet niejednokrotnie bardziej, niż z niektórymi osobami spotykanymi w świecie fizycznym. To się nazywa – braterstwo broni...

myśl na dziś
Myśl o śmierci pomoże ci pielęgnować cnotę miłości, gdyż może ta konkretna chwila, kiedy spotykasz się z tym czy tamtym, jest ostatnia: ich, ciebie, albo mnie może zabraknąć w każdej chwili.
św. Josemaria Escriva, Bruzda, nr 895


czwartek, 18 września 2008

[18 IX 2008] RATUJ MALUCHY!

ratujmaluchy.pl
Wstałech rano i się wkurzyłech! Otóż, zapowiedziałem na dziś telefona do posłów z mojego okręgu ws. durnych propozycji Tuska Donalda dot. edukacji. Dzwonię Ci ja do pisoposłów (Szyszko, Sikora, Dorn oraz Błaszczak) - a tu poza automatyczną sekretarką pos. Sikory z nikim nie dało się pogadać! Z faxem Szyszki mi nie wypadało, a gadać z sygnałem Nie odbierajo Dorna i Błaszczaka też było mnie głupio.
Polecam i Wam reakcje w tej sprawie.
Szczegóły akcji na http://www.ratujmaluchy.pl/ oraz poniżej, a telefony do pisiaków tutaj:
pos. Szyszko 6268323
pos. Sikora 7891814
pos. Dorn 6212924
pos. Błaszczak 6211271
z ostatniej chwili: dzwonił asystent pos. Sikory z zapewnieniem o oporze PiS-u wobec propozycji Rządu oraz prosił, by dzwonić do posłów PO, która będzie miała tu większość. O co proszę więc i ja!
ratujmaluchy.pl pisze...
Tu Tomek i Karolina z akcji Ratuj Maluchy.
Dziękujemy, że jesteście z nami.
Protest, który podpisaliście na stronie www.ratujmaluchy.pl, już dwa razy wręczyliśmy minister Hall - niestety MEN pozostaje głuche na nasze argumenty.
Jest nas już ponad 20 tysięcy osób. To duża armia!
Razem możemy powstrzymać idiotyczne pomysły MEN. Co prawda nie pójdziemy pod sejm, bo mieszkamy w bardzo różnych miejscowościach w całej Polsce, ale mamy nasze telefony i komputery. Jeśli z nich skorzystamy, jeśli namówimy do tego naszych znajomych, REFORMA NIE WEJDZIE W ŻYCIE.
Uwaga! Już w najbliższych tygodniach rząd, parlament i prezydent przyjmą lub odrzucą ustawę o reformie oświaty.
Co zrobiliśmy do tej pory?
1) wysłaliśmy list w tej sprawie do posłów i senatorów - jest na naszej stronie,
2) staramy się o spotkanie z prezydentem
3) nieustannie dzwonimy do gazet i telewizji, żeby mówiły o absurdach planowanej reformy.
Pomóżcie nam! Będziemy prosić WAS w najbliższym czasie o kilka prostych rzeczy. Oto zadania na ten tydzień :)
Prośba 1:
Dzwońcie i piszcie do Waszych lokalnych posłów i senatorów. Oni są wybrani po to, aby reprezentować NASZE interesy. Pytajcie o odpowiedzi na nasz list. Napisaliśmy go w imieniu akcji "Ratuj Maluchy" - więc jest to także list od Was. Niech posłowie poczują na plecach oddech swoich wyborców!Adresy i telefony posłów znajdziecie na stronie internetowej: http://www.sejm.gov.pl/poslowie/okregi6.htm (trzeba kliknąć 1. województwo, 2. nazwisko posła 3. zakładkę na dole strony: biuraposelskie, tam są maile i telefony)
Prośba 2:
W poniedziałek 15.09 TVP1 miała pokazać o godz. 22.35 krytyczny wobec reformy program "Sześciolatki w szkole". W ostatniej chwili program został wycofany z emisji (sprawdźcie w gazetach, był w programie) i dała zamiast tego szmirowaty horror.Interweniowaliśmy u rzecznik TVP. Odpowiedziała nam, że program przełożyli na wtorek 23.09 o 10:55 rano! Czyli wtedy kiedy nikt nie ogląda telewizji.Proszę, dzwońcie i piszcie do TVP razem z nami. Pytajcie czy problem edukacji Waszych dzieci nie zasługuje na dobry czas antenowy w telewizji publicznej? Na czym polega zatem misja TVP? Domagajcie się emisji tego programu w godzinach 17.00 - 23.00.
Kontakty do telewizji:
Prezes TVP Andrzej Urbański: prezes@waw.tvp.pl
Asystent prezesa TVP Paweł Burdzy: 601 600 599
Rzecznik prasowy TVP Aneta Wrona: 22 547 65 50, mail:aneta.wrona@waw.tvp.pl, rzecznik.tvp@tvp.pl
Prześlijcie kopie maili do nas na akcja@ratujmaluchy.pl. Będziemy znali skalę protestu.
Pamiętajcie! Jeśli będziemy działać razem, WYGRAMY. Jeśli nie, nasze sześciolatki już niedługo trafią do nieprzygotowanych szkół, a my będziemy mogli mieć pretensje tylko do siebie.

czwartek, 21 sierpnia 2008

[21 VIII 2008] czwartek, wspomnienie św. Piusa X

rocznice...
dziś, moi mili ważny dzień. Dokładnie 4 lata temu, przed 7:00 pangruszka zajechał na Dworzec Autobusowy we Wrocławiu, skąd odebrała go Oleńka. A po co przyjechał? A po to mianowicie, by sobie powiedzieli bez ogródek, że zdali sobie sprawę z tego, że się w sobie rozmiłowali! I tak to się zaczęło...
A w 2010 roku, 21 sierpnia to sobota... kto ma oczy, niechaj czyta, a kto czyta, niechaj rozumie...!
Poza tym, gratuluję Piotrowi Pałce i Małżonce Jego trzeciej rocznicy ślubu. To by było na tele, jeśli chodzi o rocznice.
tarcza się podpisała
zastanawia mię wielki skok poparcia dla tarczy antyrakietowej wśród ankietowanych łapanych na ulicy przy której znajdują się siedziby sondażowni... Putin położył łapę na Osetii i Abchazji, zginęło paręset osób... i już wszyscy Polacy są święcie przekonani, że jeszcze trzy tygodnie temu się mylili wraz z Ukochanym Rządem ws. tarczy.
Swoją drogą, dziwnie rozumiem logikę wojny - i sytuację przeżywałem z dużą empatią... Wiem jak to jest, gdy człowiek wysiedzi się w koszarach, wiem jak żołnierzom może zlasować się mózg... i potrafię sobie wyobrazić, co może wtedy zaświtać im w głowie, gdy wypuści ich się na wojnę. Pamiętamy, jak to generałowie mówili że się Rosjanie wycofują, a żołnierze co innego. Oczywiście to wycofywanie było dla picu, i co innego mówiono mediom, a co innego rozkazywało, ale na wojnie żołnierze są w dużym stopniu niezależni - szczególnie w takiej, gdzie ziemię zajmuje się prawie bez walki. Robią co chcą, mając na to przyzwolenie.
Niektórzy pożyteczni durnie uwierzyli Fukuyamie, że historia się skończyła... i że ideologie się skończyły, etc. Powiem króciutko, bo tu nie ma o czym gadać: ludzka natura jest niezmienna. Dlatego aż do końca świata oglądać będziemy grzechy. Nie zmienią tego ani zaklęcia Fukuyamy, ani biurokratów z Unii Europejskiej. I proszę mi tu więcej nie fantazjować, panie Fukuyama.
szkoła podstawowa?
tymczasem fantazjować zaczęli ministrowie z Ukochanego Rządu. Wymyślili sobie, by obowiązkowo posłać do szkół 6-latki, a i dla 5-latków wprowadzić obowiązek przedszkola. Jednym słowem - robią wszystko, by potomstwo panagruszki było walnięte.
Szlag mię zatem trafił nad morzem, gdy przeczytałem o tym w codziennej Rzeczpospolitej. Wytłumaczę zatem pokrótce dlaczego jestem przeciwny takim eksperymentom.
Po pierwsze: oświata w Polsce upada, w związku z czym nie widzę powodów, by wrzucać do jej szamba coraz młodsze dzieci. Niech posyła kto chce - dlaczego obowiązek?
Po drugie: szkoła państwowa, najpopularniejszy w Polsce model, zazwyczaj promuje ideologię państwową, w UE wybitnie niezgodną z moimi poglądami. Szkoła oraz program nauczania (definiowany przez ministra - a jakże!) nie są obojętne światopoglądowo, mają własny, z grubsza nakreślony paradygmat.
Po trzecie: nie widzę powodów dla tej decyzji - ministerstwo nie przedstawiło żadnego uzasadnienia, poza jakimiś pozornymi pierdzeniami o wyrównywaniu szans, którego nie rozumiem, bo nikt nie wytłumaczył co ma przez to na myśli, ani dlaczego jest to koniecznie.
Po czwarte: nie widzę powodów, dla których mam kupować debilne podręczniki od wydawnictw, które wyznaczyło Państwo, po to bym z obrzydzeniem je później wyrzucał, a dawał dziecku własne książki, a wszystko to po to, bym wydawał więcej pieniędzy np. na WSiP, którego pakiet ma także Skarb Państwa, po to by pani opłacana przeze mnie z podatków uczyła moje dziecko tych głupot, które mu z głowy wybijał będę, a wszystko to jeszcze dlatego, że to wszystko jest tak naprawdę darmowe i dla dobra wszystkich. Paranoja.
Wracając do kwestii ogólnych - proszę, niech nikt nie mówi, że PO to partia liberalna. Partia liberalna nie wydziera dzieci od rodzin pod przymusem. Poza tym polecam stronę: http://www.podsumowanie2008.yoyo.pl/
myśl na dziś
Przyjrzyj się uważnie swojemu postępowaniu. Zobaczysz, że popełniasz wiele błędów, które szkodzą tobie, a być może również twojemu otoczeniu. – Pamiętaj, synu, że mikroby nie są mniej niebezpieczne niż dzikie bestie. A ty kultywujesz te błędy, te pomyłki – jak kultywuje się mikroby w laboratorium – poprzez braki pokory, poprzez braki modlitwy, poprzez swą niesumienność w wypełnianiu obowiązków, poprzez brak znajomości samego siebie. A potem te ogniska zakażają środowisko. – Potrzebujesz dobrego, codziennego rachunku sumienia, który doprowadzi cię do konkretnych postanowień poprawy, gdyż odczujesz prawdziwy ból z powodu swoich błędów, swoich niedopatrzeń i swoich grzechów.
św. Josemaria Escriva, Kuźnia, nr 481

ciekawostki:

Pierwsze w Polsce profesjonalne szkolenie giełdowe!
Aktualny PageRank strony maciejgnyszka.blogspot.com dostarcza: Google-Pagerank.pl - Pozycjonowanie + SEO