Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kapitał społeczny. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kapitał społeczny. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 13 października 2009

[13 X 2009] media globalne, czy media lokalne? RadioSłużew.pl

media lokalne – przyszłość?
tendencyjności, głupoty i miglancostwa mediów mainstreamowych nie da się nie zauważyć. Pisałem o tym zresztą nie raz! Skądinąd nie może być inaczej – bo power tends to corrupt, absolute power corrupts absolutely, jak mawiał sam Lord Acton. Skoro media są czwartą władzą, a jak się mówi ostatnio – coraz większą., to i na większą korupcję są narażone. Proste, że jasne. Bez mediów nie mielibyśmy PR-u – zarówno negatywnego, jak i pozytywnego, bez nich nie mielibyśmy zmiany społecznej, etc. W związku z tym zarówno podmioty prywatne, jak i rządowe oraz opozycyjne tańczą swój chocholi taniec wokół mediów mainstreamowych.
Skutkiem tego mamy bajzel, który widać gołym okiem. Publicyści plotą jak najęci i się wcale dobrze mają (istnieje przecież klientelizm). Dlatego nazywam większość z nich miglancami. I dlatego dziś opiszę pewne rynkowe novum...

Służew – zalążek przyszłości
nie jest wykluczone, że w tym kontekście wyjściem mogą być media lokalne. Oczywiście nie a priori, bo i lokalnie możliwe są naciski (a nie znamy przypadków, gdzie lokalni radni, albo sołtys lub prezydent miasta ma własną, wychwalczą gazetkę?). Ale sądzę, że dziennikarze lokalni – w sytuacji gdy byt zapewnia im inne źródło dochodów, albo nawet dochód pasywny po latach pracy i nie muszą szukać prestiżu – są predestynowani do tego, by tworzyć rzetelną informację.
Taką tezę stawia także kol. Kuba Kumoch, współtwórca RadiaSłużew.pl, do którego piję (swoją drogą ciekawie jest przejrzec życiorysy Twórców). Ciekawie opisuje stan rzeczy, pisząc:

(...)
Nad całym rynkiem mediów coraz bardziej ciąży zmęczenie polityką, która nadawała ton 90 procentom informacji krajowych. Zrobienie dobrej informacji niepolitycznej wymaga już dużego warsztatu dziennikarskiego, a na klasycznego dziennikarza, który pisze codzienny bezwartościowy tekst oparty na telefonie do Gosiewskiego i Gowina, nie ma już zapotrzebowania. Dziennikarz robiący codziennie tekst "Schetyna idzie na wojnę z Gowinem" jest nieprzydatny.

3. Każdego normalnego człowieka sto razy bardziej interesuje jego własne otoczenie niż codzienna ogólnokrajowa sieczka informacyjna. Mam wrażenie, że zwycięstwo internetu nad papierem jest tego przejawem. Własny przykład: moja ciekawość wydarzeń krajowych jest całkowicie zaspokojona po 12-sekundowej wizycie na Wirtualnej Polsce. (...)

źródło: http://jakub-kumoch.salon24.pl/125734,radio-sluzew-moj-pomysl-na-nowe-media

Rzeczywiście tak jest i rzecz czuję podobnie. Wyskoki Wałęsy, kolejne durnoty Tuska, czy rewelacje Palikota i akcje antyspołeczne Aborczej – po prostu mnie nie obchodzą. Pozbycie wagi tego całego bełkotu może się dokonać chyba tylko poprzez internet.
Pierwsza fala tego odejście nastąpiła z chwilą stworzenia serwisów społecznościowych – gdy ludzie zaczęli gadać o rzeczach sobie najbliższych na forach i w prywatnych wiadomościach w ramach grona.net, czy teraz facebooka i naszej-klasy. Druga dokonała się wraz z wystrzałem blogosfery – najpierw marnych serwisów blogowych Agory i Onetu, później salonu24.pl i jego następców (coraz mniejszych i silniej stematyzowanych!) - niepoprawnych.pl, blogbank.pl i innych (również i na Fronda.pl).
Sądzę, że trzecią falę wyznaczają właśnie serwisy autentycznie lokalne, tj. zaczepione w grupie, która utrzymuje osobiste relacje, bądź ma ze sobą dużo wspólnego. To kryterium spełnia zarówno RadioSłużew.pl jak i wielka Fronda.pl jako medium sprofilowane. One są również generatorami kapitału społecznego, o którym z punktu widzenia Roberta Putnama pisałem już parę razy.

inni?
Można by zapytać gdzie na tej skali sytuują się takie serwisy jak naszemiasto.pl, mojemiasto.pl, czy z drugiej strony pruszkow.pl i otrebusy.pl. Otóż, pierwsze to twory stricte biznesowe, tworzone odgórnie (podobnie jak gazetki Metropol, czy Metro – trochę sprofilowane lokalnie). Drugie – tworzone odgórnie najczęściej przez lokalną władzę. Jest tu jednak drobna różnica – podobnie jak między forum mieszkańców osiedla tworzonym przez nich samych, a forum stworzonym przez dewelopera, który do jego obsługi wynajął agencję PRową... prawda?

Misja
mnie misja chłopaków z RadiaSłużew.pl przekonuje:

  • Wierzymy, że własna ulica jest sto razy ważniejsza niż wielka polityka i partyjne przepychanki.
  • Wierzymy, że rolą dziennikarza nie jest ani pouczanie ani moralizowanie, wierzymy, że jest nią opowiadanie ciekawych historii.
  • Wierzymy, że historie dzieją się wokół nas. Że miejsce, w którym mieszkamy nie jest pustynią z betonu. Że potrzeba kogoś, kto te historie zbierze i opisze.
  • Wierzymy, że jeżeli media lokalne nie spełniły swojej roli, to stało się to wyłącznie z powodu ich niskiego warsztatu. Wierzymy w dobre newsowe dziennikarstwo.
  • Wierzymy w społeczność mieszkańców. W to, że chcecie tego samego co my.
  • Wierzymy w swoją małą ojczyznę.
  • Wierzymy w Służew.


Panowie, powodzenia! O reklamę się nie boję – firmy rozumieją coraz bardziej, że najksuteczniejszy jest to, co nazywam marketingiem wewnętrznym. Przekaz pochodzący ze środowiska konsumenta, niż z obcego billboardu, który w tej samej formie widać nie tylko na Służewie, ale i w innych częściach miasta i Polski.

a rok temu
http://www.blogger.com/post-edit.g?blogID=8013098484768916376&postID=5849259489302062829

myśl na dziś
Gdybyśmy jako chrześcijanie żyli prawdziwie zgodnie z naszą wiarą, nastąpiłaby największa rewolucja wszystkich czasów... Skuteczność współodkupienia zależy także od każdego z nas! — Pomyśl nad tym.
św. Josemaria Escriva, Bruzda, nr 946



czwartek, 6 sierpnia 2009

[6 VIII 2009] co powinna robić Prawica, czyli śmierć gównozjadztwu!

Kontynuujemy podjętą swego czasu myśl na temat sposobów finansowania lewicy – tym razem przechodząc do pytania o to co w takim razie powinna zrobić strona przeciwna. Przypomnijmy, że dobre działanie (a więc i skuteczne) wg św. Tomasza z Akwinu za podstawę ma obserwację rzeczywistości, objaśnienie jej oraz podjęcie działania. Rzeczywistość już opisaliśmy, częściowo opisaliśmy. Nadszedł czas na dokończenie opisu... i przejście do opisu.

co rozumiemy przez prawicę?
Najpierw uściślijmy podział prawica-lewica. Jak wiadomo, za przedstawiciela prawicy podaje się nieraz ludzi, których inni widzą raczej po lewej stronie i na odwrót. Moim zdaniem – i z mojej perspektywy – prawica, to po prostu siły Kontrrewolucji oraz pół-kontrrewolucyjne wg definicji Plinio Correa de Oliveiry z „Rewolucji i Kontrrewolucji”. Jednym słowem decydujący sam w sobie nie jest ani stosunek do kwestii gospodarczych, ani obyczajowych... tylko do christianitas, cywilizacji chrześcijańskiej ukształtowanej z inspiracji Kościoła Katolickiego. Siły dążące do odbudowania mocno podupadłej christianitas nazywamy kontrrewolucyjnymi, a te, które na wielu odcinkach są z nimi zgodne, w mniej ważnych nie w pełni, nazywamy pół-kontrrewolucyjnymi. Te uważam za prawicę. I nie obchodzą mnie żadne inne – jedynie te uważam za godne uwagi, choć nie oznacza to, że i inne nie mogą skorzystać na poniższych uwagach.

jak działa lewica – co z tego?
Opisaliśmy niedawno jak działa lewica (czyli siły Rewolucji) pod względem finansowania. Z opisu tej sytuacji należy wyciągnąć wnioski dla strony przeciwnej, ale zanim je wyciągniemy, opiszmy krajobraz Kontrrewolucji, lub też podmiotów, które deklarują, że po jej stronie walczą.

kłody u prawej nogi
Prof. Marek Jan Chodakiewicz sytuację na prawicy (choć pewnie różnimy się w definicji) określił swego czasu w felietonie w Najwyższym Czasie! jako gównozjadztwo. Chodziło tu przede wszystkim o finanse – i nie uważam, by to kreślenie było dalekie od rzeczywistości! Sytuacja finansowa większości instytucji, które określilibyśmy jako prawicowe jest słaba, bądź katastrofalna. Często są również źle zarządzane i opierają się na wolontariacie, czyt. frajeracie, opisywanym już swego czasu przeze mnie. To powoduje często powstanie klientelizmu, które opisałem w tyradzie przeciwko niemu, czy fałszywej nieskończonej pogoni za profesjonalizmem, która pęta wszelkie działania. Wszystko to opisuję już od pewnego czasu – odkąd sam zaangażowałem się w pełni, aktywnie oraz instytucjonalnie po tej stronie. Pora prócz wspomnianych wyżej zjawisk wyróżnić jeszcze kilka innych grzechów, które mnożą się w instytucjach prawicowych. Są to:

- zakotwiczenie – opisywałem je już kilka razy – w tekście ogólnie o zakotwiczeniu, oraz o przejawach zakotwiczenia w poszczególnych dziedzinach. Na prawicy polega na przywiązaniu do status quo... większość ludzi prawicy nie wierzy w to, że sytuacja może być inna! Że mogą nadawać ton życiu publicznemu, szefować potężnym instytucjom, wydawać książki w nakładach idących w setki tysiące, mieć popularne media w rękach – owszem, o tym się mówi, że mamy rację tu i tu, słuszność, Bóg i historia są po naszej stronie, że mamy wizję przyszłości... tylko, że nikt przytomny nie powie, że tak będzie za kilka lat. Nikt nie wyobraża sobie, żeby tak mogło się stać już niedługo, w wyniku jego konkretnych działań. Przypomina mi się opowieść usłyszana od logopedy. Opowiadał o pewnej konferencji PZJ, na której prelegent zapytał licznie zgromadzonych, kto z nich chciałby przestać się jąkać w ciągu godziny. Z kilkuset osób tylko kilka podniosło ręce! Ludzie, którzy na terapię jąkania poświęcają kilka godzin tygodniowo... de facto nie wierzą w jej powodzenia. Podobnie i ludzie prawicy – swój sukces widzą... w niezdefiniowanej przyszłości. W ten sposób zamiast pracować skutecznie dla zwycięstwa, realizować cel po celu – bawią się w krzątaninę, lataninę z pustymi taczkami.

- błędy atrybucji – pisałem na blogu także i o błędach atrybucji. Widocznym problemem na prawicy jest jej rozdrobnienie. Celowo używam określenia „rozdrobnienie”, a nie „dywersyfikacja” - tutaj mamy bowiem do czynienia z dyspersją, która niczemu nie służy. Instytucje są izolowane, współpraca obejmuje zazwyczaj jedynie kilka sąsiednich instytucji, członkowie zaś mają skłonność do budowania bardzo zawężonych tożsamości, w opozycji do innych. Przedstawiciele instytucji X uważają, że ci z Y są tak naprawdę farbowanymi lisami, albo nieprawdziwymi reprezentantami idei abc, a ich lider spojrzał kiedyś krzywym okiem na naszego, więc nie może być mowy o współpracy, etc.

- indywidualizm i napoleonizm - opisana powyżej skłonność do popełniania błędów atrybucji wobec potencjalnych sojuszników prowadzi do wyobcowania (co w skali makro opisał też Putnam jako erozję kapitału społecznego w wyniku kontaktu społeczności z obcymi – podobnie jak w owych instytucjach bardzo często „obcości” szuka się na siłę), oraz indywidualizmu. W długim terminie każdy zaczyna mieć skłonność do działania na własną rękę (z różnych względów – od kiepskiego uposażenia, po animozje), co skutkuje napoleonizmem i pączkowaniem coraz to nowych przedsięwzięć kanapowych, w których każdy jest szefem działu, ale nie ma działaczy. Ilustruje to pewna opowieść o dwóch działaczach narodowych, którzy jechali pociągiem na któryś ze zjazdów nieboszczki LPR do Częstochowy. Podczas podróży wpadli jednak na pomysł utworzenia własnej partii, która lepiej realizowałaby postulaty im bliskie. Wymyślili nazwę, godło, zaczęli pisać szkic statutu... ale doszło do podziału stanowisk... obaj panowie tak się na siebie rozeźlili, że na najbliższej stacji wysiedli – nie tworząc ani partii, ani nie dojeżdżając na zjazd.

Napoleonizm czasem występuje jako klientelizm, o czym pisaliśmy wcześniej. Bez względu na odmianę, skutkiem tego są instytucje skupione wokół wodza, któremu się kadzi bez względu na to, czy odnosi sukcesy, czy nie... a ostatecznie kadzi mu się nieszczerze, bo czuje się nie miłość, lecz żądzę zastąpienia go i zostania samemu wodzem, Napoleonem.

- cierpiętnictwo – ciężko nie odnieść wrażenia, obserwując poczynania niektórych działaczy, że jedynym celem, bądź celem głównym jest przekonanie świata o swojej wyjątkowości. Przybiera to różne formy i jest pochodną indywidualizmu. Jako napoleonizm przybiera postać wyjątkowości poprzez geniusz, jako cierpiętnictwo zaś – wyjątkowość poprzez cierpienie. Nasz cierpiętnik cierpi zatem za miliony, ma skierowane przeciwko sobie wszelkie moce zła, walczy jako ostatni Mohikanin, jedyny sprawiedliwy. Paradoksalnie zatem cierpiętnikowi nie zależy na zmianie status quo – on pragnie cierpieć, dowodzić prześladowań swojej osoby, a wszelkie działania ofensywne najlepiej, gdy kończą się spektakularną porażką (inaczej skończyć się nie mogą, bo cierpiętnik zazwyczaj nie potrafi nic więcej, niż spektakularnie cierpieć – porządna organizacja nie wydarzeń, bądź instytucji jest poza jego zasięgiem). Cierpiętnik jest największym – choć pewnie nieświadomym – zwolennikiem istnienia i powodzenia bytów, z którymi walczy. Jeśli walczy z mediami w rodzaju AGORY, jak to już opisaliśmy – najbardziej zależy mu na dobrobycie tej instytucji.

agenci – są?
Wiele niepowodzeń po tej stronie mocy zwykło się wyjaśniać działaniem agentury – czy to państwowej, czy po prostu rewolucyjnej. Niestety, jest ona bardzo prawdopodobna, a sam miałem najprawdopodobniej okazję spotkać się z agentem którejś z agencji rządowych. Jest rzeczą oczywistą, że posiadanie agenta w środowisku, które dąży do zaburzenia status quo jest dla rządu kwestią wielkiej wagi, a i dla środowiska przeciwnego również. Wprowadzenie, czy pozyskanie agenta trudne najczęściej nie jest, bo ludzie są łatwowierni, a i samo bycie źródłem ważnych informacji do końca uświadomione być nie musi. Nie należy jednak popadać w przesadę – obecność agentów niszczy zaufanie wśród działaczy, co z kolei przekłada się na ograniczenie skali działań i spadek ich jakości. Jak tu bowiem podejmować wielkie przedsięwzięcia, gdy tak naprawdę jedyną osobą, której możemy zaufać, jest nasza osoba? W tym znaczeniu, by zneutralizować grupę wystarczy rozpuścić plotkę o jej infiltracji.

parasole once more
Teraz przejdźmy do strony pozytywnej – co by tu robić. Cmentarz inicjatyw prawicowych – najprawdopodobniej ze względów, o których było powyżej – jest bardzo liczny. Wśród nieboszczyków wielką grupę pełnią zaś media prawicowe.
Moim zdaniem należy powtórzyć strategię, którą wdraża lewica – stworzyć jak najwięcej instytucji. Tutaj uwaga – nie jest prawdą, że po naszej stronie istnieje pustka. Wręcz przeciwnie! Kapitał społeczny w Polsce wytwarza głównie Kościół i ludzie z Nim związani, jednak zasięg tematyczny jest ograniczony do kwestii związanych z formacją i dobroczynnością. Moim zdaniem należy wrócić do wzorców przedwojennych, czyli wywodzących się de facto z jeszcze wcześniejszych wieków, kiedy to inspiracja katolicka towarzyszyła całemu mnóstwu stowarzyszeń świeckich – od kół łowieckich, przez grupy paramilitarne, handlowe, producenckie, twórcze, etc. Tak – miejmy własne pozarządowe i pozakościelne (w sensie hierarchicznym) instytucje, które zajmą się dosłownie wszystkim (podobnie jak to ma miejsce na lewicy). Nie tylko rodziną, dobroczynnością i formacją duchową, bądź intelektualną – miejmy związki sportowe, stowarzyszenia akademickie, naukowe, organizacje zajmujące się ochroną środowiska, przedsiębiorczością, unie handlowe, instytuty, wydawnictwa, knajpy, teatry, stowarzyszenia biorące udział w dialogu społecznym! Są one potrzebne nie tylko do wpływania na to o czym się mówi i w jaki sposób się mówi na dużą skalę, ale i z jeszcze jednego powodu... są one generatorami prestiżu!

generatory prestiżu
Wróćmy jeszcze do opisywanej sytuacji na lewicy. Sieć instytucji ma nie pozytywny wymiar ekonomiczny, ale i generuje prestiż – organizacje te (jako byty pozarządowe) postrzegane są jako niezależne i eksperckie. Powołując się na siebie nawzajem, zlecając sobie ekspertyzy, wykonanie poszczególnych zadań – tylko umacniają swój autorytet. Pozycję dodatkowo buduje realizowanie celów zlecanych przez państwo – wciąż postrzegany jako bezstronny i fachowy. Dlaczego prestiż jest ważny? Dlatego, że działa pozytywnie na motywację, lojalność, skuteczność oraz zwykłe dobre samopoczucie działacza. Uważam, że na prawicy podstawowym problemem, z którym się borykamy jest właśnie brak generatorów prestiżu. Kurie biskupie mają ograniczone działanie pod tym względem, poza nimi tylko niewiele instytucji zyskało jakiś prestiż, a i nikt nie gra na prestiż sprzymierzeńców, chcąc dla siebie zagarnąć jego całość ze względów, które opisałem wyżej. W efekcie – po naszej stronie ciężko o prestiż, ludzie działają najczęściej w oparciu o wysokie motywacje, które w zderzeniu z szarą rzeczywistością kończą się frustracją po dwóch, trzech latach działania i zawieszeniem działalności. Polski działacz pro-life nie jest eleganckim, skutecznym lobbystą, który samym swoim prestiżem oddziałuje na rozmówcę. Polski działacz pro-life to najczęściej spocony gość, który działa za „Bóg zapłać”, ma do wykarmienia rodzinę i nie ma pojęcia o skutecznym działaniu. Ludzie na dłuższą metę nie lgną do naszej strony i często musimy obserwować spektakularne przejścia na ciemną stronę mocy – najczęściej właśnie w wyniku zachłyśnięcia się prestiżem! Idę o zakład, że gdyby po prawej stronie można było uzyskać poważne laury artystyczne, prestiż i pieniądze, Jan Klata nie odszedłby do środowiska „Krytyki Politycznej”. Gdyby po naszej stronie generował się prestiż, obecny naczelny „Rzeczpospolitej” nie wspominałby ze wstydem swojej twórczości we FRONDZIE, co wg poważnych źródeł ma miejsce. Najwyższy czas rozpocząć wielokierunkową współpracę, porzucić środowiskową izolację, profesjonalizować się i zadbać o finanse, porzucając kolesiostwo, które chętnie podczepiłoby się do jakiejkolwiek gotówki. Nasza praca, praca tylu ludzi, musi być wreszcie pracą idealną.

dwa cele
By tak było, należy podejść poważnie do realizacji dwóch celów. Po pierwsze budować dwa rodzaje struktur, które się uzupełniają – strukturę non-profit oraz biznesową. Po drugie zaś – formować rynek, w przypadku organizacji non-profit rynkiem są wszelkie finansowania i formowanie rynku oznacza budzenie i umacnianie skłonności do dobroczynności, skłonności do zaangażowania własnego portfela w działania! W sytuacji, w której coraz więcej celów biorą na siebie i je realizują Wspólnota Europejska i rząd – ludzie skłonni są uznać, że sytuacja nie wymaga ich zaangażowania ani w formie czasu, ani pieniędzy. To, co było podstawą społeczeństwa przez wieki, obumiera w dzisiejszych dniach coraz szybciej. Ale wspieranie tego typu postaw jest konieczne także z innego względu. Nie chodzi bowiem jedynie o to, że dobrze jest się dzielić z innymi, a samo to generuje kapitał społeczny, zaufanie, nowe relacje i podnosi jakość życia. Chodzi także o to, że nie zapowiada się, by na długą metę rząd polski, albo europejski były skłonne finansować działania prawicowe (w odróżnieniu od lewicowych, co oczywiste). Jeśli prywatna dobroczynność obumrze zupełnie – można przestać myśleć o czymkolwiek. Na tym polu widzę też swoją osobistą misję, którą zacząłem już realizować.

myśl na dziś
Niebo. „Ani oko nie widziało, ani ucho nie słyszało, ani serce człowieka nie zdołało pojąć, jak wielkie rzeczy przygotwał Bóg tym, którzy Go miłują”. Czyż te rewelacje apostoła nie dodają ci zapału do walki?
św. Josemaria Escriva, Droga, nr 751



sobota, 27 czerwca 2009

[27 VI 2009] sobota, czyli jak działa lewica?

kambek!
no, już, już... rzeczywiście rację mają Czytelnicy gnyszkobloga, żem ladaco nie lada, bom po prawie miesiącu nieobecności realnej na blogu obiecał na wczoraj posta kambekowego... a tu nic! Niestety, tak, jak napisałem - wczoraj umęczon ponad miarę, po przyjeździe w godzinach popołudniowych nadawałem się jedynie do zjedzenia obiadu, podrzemania, udania się na Najświętszą Ofiarę, później na kolację, ablucję i spanko. Nadrabiam więc dziś - tematu prawdopodobnie nie rozwinę tak, jak na to zasługuje, ale powstanie przynajmniej przyczynek do wstępu do zagajenia do słowa wstępnego do wprowadzenia do zajawki pierwszego tomu!

parasole, parasole...
zacznijmy od tego, że wpadła mi w ręce niedawno ulotka wydana przez Urząd Miasta Stołecznego Warszawy z okazji jakiegoś tam dnia organizacji pozarządowych, czy coś w tym guście. Impreza wbrew pozorom trwała cały tydzień i robiło przy niej kilkadziesiąt organizacji pozarządowych. Powstawały przy ulicach kawiarnie obywatelskie, odbywały się spektakle, panele, wykłady, dyskusje... wszystko ładnie i miło, i aż serce chciałoby na rozkaz Kochanowskiego rosnąc, gdyby nie były to iwęty organizowane w przysłowiowych 99% realizowane przez różnej maści neomarksistów i innych lewackich totalniaków.
Skąd ta insynuacja? Ano, poznało się w życiu swojem trochę ludzi, którzy obecnie pełnią rolę satelitów środowiska szeroko pojętego nazwą Krytyki Politycznej. Jednym słowem - tzw. Nowa Lewica, czyli Lenin wiecznie żywy, lecz opakowany we współczesne ciuchy.
Po co o tym mówię? Po to mianowicie, że obserwuję ich strategię umacniania własnych możliwości finansowych. Pomówmy tylko o tym - o pieniądzach.
Strategia polega na stworzeniu miriady organizacji pozarządowych (kapmanie, stowarzyszenia, instytuty, koalicje, komuny...), mogących zajmowac się dosłownie wszystkim! Od edukacji, przez socjologię miasta, zajęcia pozalekcyjne dla dzieci, dialog społeczny, czy wydawanie czasopism, etc. Mogą zając się wszystkim!

Co z tego?
To mianowicie, że obecny reżim postawił na samorządny socjalizm! Już nie państwo realizuje cele, które na siebie wzięło, ale zaprasza do tego aktorów pozarządowych, bo to ma ponoc wytwarzac kapitał społeczny. Francis Fukuyama i Robert Putnam twierdzą jednak, że w Europie mamy do czynienia z atrapą kapitału społecznego - właśnie dlatego, że gros działalności pozarządowej finansuje... rząd! Ten krajowy, albo ten z Brukseli.

Co z tego?

To, że dzięki temu organizacje mogą wchłaniać ogromne fundusze. Ich działacze i akolici stają się potężni dzięki cudzej, wyrwanej przez fiskusa, albo wydrukowanej przez mennicę kasie (potem reszta obywateli walczy z inflacją). Mają więc fundusze nie tylko na działalność, ale i na upasienie swoich działaczy. W jaki sposób? Prosty. Opowiem urywek z zajęć na IS UW z pewnym przemiłym doktorantem, który przyszedł na zajęcia z nowym laptopem Macintosha. Pytam zatem:
- Hohoho! Panie Magistrze, nieźle się ostatnio powodzi, co?
- No, wie Pan, grant był ostatnio z Unii Europejskiej, trzeba było szybko wydac 30 000 zł, więc sobie kupiłem.
- Jak to?
- No, po prostu, dziekan sobie przypomniał o tym grancie, projekt trzeba było złożyć do piątku, a potem wydać do środy. Napisaliśmy z Przemkiem projekt badawczy, coś tam o homoseksualistach i dostaliśmy pieniądze. Potem sobie kupiliśmy po laptopie i reszta kasy na połowę, ja sobie kupiłem książek w Prusie [księgarnia akademicka - przyp. mój] za cztery tysiaki.
co to oznacza?
oznacza to ni mniej, ni więcej, że środowiska będące beneficjentami funduszy z UE bogacą się i potężnieją. Laptopy zostają w rodzinie, przydzielają sobie i zlecają realizację grantów, prowadzenie projektów, badań, etc. Biznes się kręci. Tylko, że jest to sztuczny biznes - pieniądze nie pochodzą z rynku, tylko od arbitra spoza rynku, który pod przymusem odbiera pieniądze aktorom rynku.
Na tym nie koniec.
Ludzie - nawet porządni - dziadzieją. Obawiam się, że nawet teraz, po jakichś dwóch latach widzę u owego doktoranta postawę, którą można wyrazic zdaniem "Jaka ta UE jest, taka jest, ale darmową kasę dzięki temu mam, spokojnie żyję, skaczę co dzień na kawkę do Starbucksa i jest git. Trwaj chwilo - jesteś piękna." Dzięki funduszom ludzie się łamią, są posłuszni, chociażby własnej wygodzie! Któżby chciał rezygnowac z dobrostanu? Napisac w zamian jakąś mało znaczącą prackę o dobrodziejstwie UE, o chwalebności dopłat dla rolnictwa, o tym, o tamtym, o tolerancji, ple, ple...

Widzicie analogię?
Czym okupowano łaski płynące od PZPR? Oj, tam, jakiś mało znaczący artykulik w Trybunie o wyższości gospodarki centralnej, o kołtuństwie i wstecznictwie Kościoła, potem malutki donosik, jeden, drugi, żona chce rajstopy z RFNu, pan pułkownik miał załatwic... Bebiko dla dziecka, wczasy nad Balatonem... ja agentem? Toż to tylko "uwikłanie", grę prowadziłem!

czy analogia jest za mocna?
nie jest! Mechanizm jest dokładnie ten sam. Czy system równie zbrodniczy? Tak, równie - krew np. dzieci nienarodzonych szerokim strumieniem płynie codziennie, zepsucie propagandy tolerastów rozlewa się po Europie i niszczy ludzkie sumienia i rodziny. Mało kto jest w stanie korzystac z dobrodziejstw, jakimi kuszą eurofederaści, nie uzależniając się od tego... Ostatecznie - mimo wszystkich wątpliwości - paradoksalnie okazuje się, że zasada "Kto płaci, ten wymaga" także i tu znajduje zastosowanie!

co do tego ma lewica?
to oni najczęściej korzystają z pieniędzy UE. Tzw. prawa kobiet, zboczeńców, oraz inne dziedziny - to obszary preferowane przy wsparciu. Słynna już historia dominikanów z Freta to potwierdza - chcieli zorganizowac ośrodek dzienny, taką klubokawiarnię dla mam z dziecmi. Dzieci razem się bawią, mamy rozmawiają, czytają sobie, kawkę piją, bajdurzą. Wniosek nie przeszedł. Udali się zatem do znajomych speców od pozyskiwania środków z UE... wniosek podrasowano wzbogceniem o "wykluczenie społeczne matek", "prawa kobiet", etc. W drugiej turze - pieniądze przyznano.
Jednym słowem - lewacy łatwiej otrzymują kasę od lewaków z Brukseli. Działalnośc swoją prowadzą zatem wedle swoich obłędnych idei - coraz potężniej właśnie dzięki UE.
Robią to skutecznie. Dlaczego? Po pierwsze ze względu na gigantyczne pieniądze. Po drugie - na aurę fachowości i bezstronności, której udziela im państwo, jako wykonawcy ministerialnych projektów, etc. Ot, ekspercka organizacja, stowarzyszenie, niezależne, etc.

wrócmy do ulotki...
czytam ją, czytam... i widzę, że - w tym, tym i tym stowarzyszeniu działa moja koleżanka komunistka, która słówka spijała Sierakowskiemu na stażu w KP, teraz jest tam szychą i pracuje na odcinku przestrzeni miejskiej i dialogu społecznego. Robi doktorat na IS UW, w zakładzie gdzie pracuje dr Maciej Gdula, również z tego środowiska.
Jednym słowem - załóżmy milion organizacji, w których ci sami ludzie będą zajmowac się wszystkimi tematami świata, nasi ludzie z ministerstw pozlecają nam zadania, my sobie już kasiorkę rozdysponujemy... Pieniądze przychodzą same - od nas. I dzięki nam toczy się rewolucja. Jak to mawiał Lenin: "Kapitaliści sprzedadzą nam sznur, na którym ich powiesimy".
Strategia świetna, mądra.

a przedwczoraj...
Krytyka Polityczna otrzymała od warszawskiej Dzielnicy Środmieście dwupiętrowy lokal po kawiarni Nowy Świat na skrzyżowaniu Nowego Światu i Świętokrzyskiej. Kilkaset, jeśli nie tysiąc metrów w prawie najdroższym punkcie miasta za grosze czynszu miesięcznego. Wniosek KP poparły "środowiska artystyczne".
Przypomnijmy, KP promuje leninizm (ostatnio wydała dzieła Wiecznie-Żywego). Polska konstytucja piętnuje propagowanie ustrojów totalitarnych.

co powinniśmy w takiej sytuacji robic?
pytanie to stawiam po raz setny, ale opowiem na nie w najbliższym poście kolejny raz!

a rok temu
http://maciejgnyszka.blogspot.com/2008/06/27-vi-2008-pitek-tajemnice-bolesne.html

myśl na dziś
Nie jesteśmy dobrymi braćmi naszych braci-ludzi, jeśli z obawy przed niewłaściwą oceną naszego postępowania i nieprzyjemną reakcją naszego otoczenia nie potrafimy iść prostą drogą.
św. Josemaria Escriva, Kuźnia, nr 460




poniedziałek, 15 czerwca 2009

[ważne!] Zamknij oczy... wyobraź sobie...

...że katolicy w Polsce wreszcie mają w swoich rękach kilka potężnych mediów. Nie tylko konsorcjum skupione wokół Radia Maryja, czy samotną wyspą Gościa Niedzielnego oraz setek małych pisemek w nakładzie do 3000 egz., postkatolickim upadającym "Tygodnikiem Powszechnym"... ale coś więcej.
Takie coś właśnie się tworzy! Nieskromnie powiem, że sam to współtworzę :)
Myślę o portalu Fronda.pl - już dziś będącym nr 2 w katolickim internecie (niebawem stuknie 5 000 000 odsłon miesięcznie) i nr 2 w internecie konserwatywnym (po "Rzepie"). W pierwszym mailingu do użytkowników Portalu napisałem, że naszym celem jest stworzenie katolickiego tworu medialnego na wzór Agory SA. Mija właśnie 8. miesiąc działalności... i powoli tak się dzieje! Nie tylko wprowadzamy własne wątki do mainstreamu (w poprzednim miesiącu Fronda.pl była cytowana przez media mainstreamowe ponad 20 razy!), ale robimy newsy i akcje, których nikt inny by nie zrobił, prowadzimy Seminaria Fronda.pl i Terenowe Kluby Frondy (dyskusje odbywają się już w Poznaniu, we Wrocławiu - Częstochowa, Lublin i Kraków są w kolejce do otwarcia). Ostatnio na przykład złożyliśmy wizytę Paradzie Równości. Takich spraw było więcej - kto uważnie śledzi życie medialne w Polsce - na pewno zauważył ;)
Takie rzeczy, jak Fronda.pl czy Radio Maryja oczywiście nie utrzymują się same!
Problem z reklamami wynika z wielu czynników, które coraz lepiej poznaję jako osoba odpowiedzialna za finanse w Portalu (tak, tak, brak poważnych reklam np. w Gościu Niedzielnym to nie tylko wynik "spisku masonów z domów mediowych" ani indolencji działu marketingu GN - recepta jest trudna do wdrożenia, ale mamy plan na zmianę tej sytuacji).
W związku z tym Fronda.pl powstała i jest do kwietnia 2010 roku utrzymywana przez kilku bogatych panów-katolików. Co miesiąc składają się solidarnie na 30 000 zł, które przeznaczane są na utrzymanie Portalu oraz prace rozwojowe (szkolenia dla zespołu, prace nad nowym layoutem i funkcjonalnościami, które będą wdrożone na jesieni!).
Równolegle powstał Klub Frondy, czyli grono obecnie ponad 200 osób, które regularnie wspierają Portal deklarowaną sumą (wpłaty wahają się od 5 do 600 zł miesięcznie!) a w zamian otrzymują potężne bonusy (np. 50% rabatu na książki Frondy!). Dziś oznacza to prawie 13 000 zł miesięcznie! Docelową kwotę (czyli 30 000 zł) chcemy zdobyć przed czasem, tj. do 1 stycznia 2010 (to mój osobisty oraz zawodowy cel ;)).
W związku z tym, że czerwiec wyznacza połowę roku - w tym miesiącu należałoby osiągnąć połowę kwoty, czyli 15 000 zł!
Mam zatem prośbę - jeśli uważasz, że warto by wizja, którą nakreśliłem wyżej się spełniła, jeśli jesteś w stanie wyasygnować miesięcznie cokolwiek na rozwój katolickiego internetu w Polsce - teraz jest na to najlepsza okazja!
- wejdź na podstronę Klubową,
- przejrzyj bonusy, które Ci proponujemy,
- wypełnij formularz zgłoszeniowy deklarując dowolną kwotę!
- potem... usiądź raz jeszcze, zamknij oczy... i pomyśl o 5 innych osobach, które zachęcisz jeszcze dziś (szkoda czasu!) do zrobienia tego samego!
Zachęcam do tego bardzo serdecznie! Znalazłeś/łaś się na tej liście mailowej nie bez kozery - myślę, że Klub Frondy to miejsce dla Ciebie, a że w związku z pracą inżynierską (oddaję ją już za tydzień!) nie mam dużo czasu - poszedł zbiorczy mail :)
Czy 10, 20, 30 zł miesięcznie to dużo na taki cel? Czy dwa piwa, albo duża Latte z CoffeHeaven miesięcznie to dużo na utrzymanie przebojowej katolickiego internetu, która osiąga spektakularne sukcesy?
Myślę, że odpowiedź na to pytanie nie jest trudna, więc pozdrawiam serdecznie, a w razie pytań - służę pomocą :)
Tak - tego maila można forwardować ze skrótami do znajomków :)
P.S. Dane do przelewu od razu wkleję, jeśli ktoś leniwy:
Stowarzyszenie Kulturalne "Fronda"
ul. Marszałkowska 55/73 lok. 168
00-676 Warszawa
Bank Millenium S.A.
04 1160 2202 0000 0001 0649 5480
Maciej Gnyszka

takiego maila dziśżem wystosował do znajomych... to samo chciałem powiedzieć i Gnyszkoczytelnikom! Przy okazji zaś, polecić film:







czwartek, 30 kwietnia 2009

[24, 25 i 30 IV 2009] o Aborczej, profesjonalizmie i wszystkim innym megapost

jestem!

wróciłem wczoraj z Francji, pisanego po drodze posta nie udało mi się opublikowac z braku internetu poza komórką! Robię to zatem teraz. Będzie co czytac...


gadka-szmatka
zdefiniujmy dobrze sytuację! Znajdujemy się w pociągu relacji Warszawa-Kraków, a szczegółowiej rzecz ujmując, w IC Małopolska. Po co? Ano, jedziem sobie na nocleg do grodu Kraka, by stamtąd wyjechać na teren najstarszej córy Kościoła, która wzięła się przed kilkoma wiekami za prostytucję. Jadę do Francji. Na konferencję. W pociągu dostałem za darmo Ziewnik, w którym wyczytałem rozmowę z pewnym Michelem, który w wieku 17 lat stał się męskim dziwkiem i nie uważa tego za prostytucję. Temat godny Ziewnika, Ziewnik godzień półki bagażowej, więc tam wylądował. Bęc!
Ale, ale, ale... i jeszcze raz ale! - że zacytuję prezydenta całej Kolskiej... znaczy Polski! Na czym polega problem? Problem polega na tym, że nie o tym chcę pisać – chcę napisać bowiem o tym, iż rano słyszałem śmieszną rozmowę – tytułową „gadkę-szmatkę” dwóch podstarzałych kolegów, ze studiów, bądź z wojska, albo zapoznanych jeszcze inaczej. Jechali sobie rano do Warszawy, gaworzyli ze względu na długi okres niewidzenia... gaworzyli... aż jeden wyjął z bagażu organ Łuczywo i Michnika, zwany wśród ludu „Aborczą”. Wyjął, przegląda śliniąc paluszki i pyta tego drugiego:
- Może masz ochotę na kawałek gazety?
Na co ten drugi z wyraźnym niesmakiem odpowiedział:
- Eeee... dzięki.
- A, no tak, bo ty ten no...
- Tak, nie czytam tego gówna. Wiesz, jak to ten z kabaretu powiedział: „Nie oglądam telewizji, nie przeglądam internetu, nie słucham radia i gazet nie czytam – szczególnie tej jednej!”, hahahaha, tak samo ja.
- No, wiesz –
zarumienił się ten pierwszy – różnie to tam jest. Ja na przykład czytałem kiedyś „Rzeczpospolitą”, ale to jeszcze za poprzedniej redakcji, teraz to w ogóle się tego nie da czytać. A ty co czytasz?
- Właśnie „Rzeczpospolitą”...
- Aha...
Zapanowała niezręczna cisza... ja uśmiechnąłem się porozumiewawczo do pana po mojej lewej – oponenta „Aborczej”, on odpowiedział ukradkowym uśmiechem, ten drugi zatopił nos w lekturze Gazu, a pierwszy wyjął z teczki na laptopa swoje dokumenty. Atmosfera stała się mało znośna...
Narrację w tym punkcie kończę, bo gdyby chcieć to ciągnąć, to zebrałby się materiał na cały dramat! Pangnyszka jednak z satysfakcją pomyślał, że duch w narodzie nie ginie!

rozmowa z Tomkiem i Apostołowie
a propos tego ducha... rozmawiałem ostatnio przy chińskim kebabie na pl. Konstytucji (polecam restaurację Trung Nguyen przy Zaułku Braci Pakulskich!) o tym i o owym, a przede wszystkim o Frondzie... i pyta mnie Tomek:
- Maciek, czy wierzysz, że rzeczywiście uda się coś zmienić? Że wartości katolickie, nie będą tylko ośmieszane?
Na co odpowiedziałem znad kebaba:
- Wiesz... skoro dwa tysiące lat temu z kółka rybackiego, z dwunastu ćwoków i ćwierćinteligentów udało się dzięki Łasce stworzyć Święty Kościół Katolicki, który odmienił oblicze świata... to ja myślę, że wyzwania, które stoją przed nami, to kaszka z mleczkiem!
co Putnam przy kręglach odkrył
no, ale do tego trzeba po naszej stronie kapitału społecznego! Ja wiem, że to takie pojęcie -wytrych, międlą je naokoło wszyscy, ale spróbujmy się w nie wgryźć i coś stąd wyciągnąć! Polecam w tym kontekście Bowling alone Putnama, która jak się ostatnio dowiedziałem wyszła w Polsce w ilości jedynie 1500 egzemplarzy! Aż dziw bierze, że można kupić w Liderii.pl ot tak po prostu!
O co więc chodzi? Ano o to, że brakuje nam w Polsce wciąż silnych struktur niepaństwowych – myślę tu o szerokim ruchu klubów sportowych, lokalnych zrzeszeń politycznych, dyskusyjnych, religijnych, etc. Oczywiście, to dziedzictwo prawie 50-letniej próżni socjologicznej, w której poza rodziną i Kościołem nie było nic niepaństwowego. Dlaczego jest to ważne? Dlatego, że ludzie współdziałając ze sobą nabierają do siebie nawzajem sympatii, zaufania... odkrywają w toku interakcji nowe drogi działania i pomysły na kolejne przedsięwzięcia...żyje się nie tylko ciekawiej i milej – ale o wiele łatwiej egzekwować pożądane rzeczy i kontrolować rządzących!
Polecam lekturę Bowling alone wszystkim, także niesocjologom – okaże się bowiem, że podporą społeczeństwa obywatelskiego w Polsce nie są żadne tam wypierdki w rodzaju lewicowych fundacyjek służących do prania brudnej kasy, tylko na przykład Rodziny Radia Maryja, czy takie byty jak Forum Frondy, gdzie aktywność internetowa przechodzi gładko do realu, na poziom spotkań lokalnych, wspólnych przedsięwzięć kulturalnych i biznesowych. W świecie ociekającym kapitałem społecznym tzw. koszty transakcyjne są niskie, dzięki czemu łatwiej zawierać nowe kontrakty, są one łatwiej realizowane dzięki zaufaniu! Korzystają na tym wszyscy!
Bierzmy się za robotę, lewaki i byli pedecy niech sobie biadolą, że Radio Maryja i świrokatole z Frondy sieją nienawiść i nic nie potrafią zorganizować! W rzeczywistości jest zupełnie odwrotnie!

tęsknota za profesjonalizmem
sposoby torpedowania działalności (bo jest jednak faktem, że coś nie działa jak powinno po prawej stronie mocy – co bynajmniej nie oznacza, że po lewej jest lepiej) po naszej stronie są przeróżne. Jednym z tysięcy jest tęsknota za profesjonalizmem połączona z perfekcjonizmem. Połączenie ciekawe, prawda? Polega na tym, co opiszę poniżej.
Działalność społeczna (do której zaliczyć musimy także działalność gospodarczą) polega najczęściej na sprzedawaniu ludziom własnej historii. Tak robią fundacje, które pozyskują kapitał na swoje cele statutowe, opowiadając historię koników męczonych przed odjazdem do rzeźni, czy cierpieniach homoseksualistów, nazywanych w miejscach pracy „pedałami”. By robić to skutecznie, należy posiadać wiedzę i umiejętności z zakresu szeroko pojętej psychologii społecznej i socjologii (do czego włącza się np. marketing, jako zastosowanie szczegółowe), przy czym nie jest konieczne czerpanie ich z książek, takich jak słynny podręcznik Cialdiniego, czy kursów. Może być tak, że człowiek rodzi się, bądź w toku socjalizacji rozwija w sobie umiejętności w tym zakresie, które później na własny użytek racjonalizuje, konceptualizuje i operacjonalizuje, rozwijając swoją wiedzę eksperymentalnie.
Ale, ale, ale... cytując po raz wtóry Kwaśniewskiego – czy coś innego robi Puma sprzedając swoje adidaski, albo krainaherbaty.pl sprzedając yerba mate? Żadną miarą! Puma sprzedaje nam historię opisującą nadzwyczajność swoich adidasków, które nosi pewien murzyn z Primera Division i dzięki temu strzela więcej goli, natomiast krainaherbaty.pl roztacza przed nami uroki aromatycznej i w ogóle niezwykle zmysłowej herbaty yerba mate cytrynowej.
Jednym słowem – wszelkie działanie, poza działalnością producenta sensu stricto, który martwi się jedynie tym, by klej dobrze przywierał do podeszwy, albo by zawartość łopaty wpadła cała do betoniarki – wszelkie działanie bez względu na to, czy dotyczy firmy, czy NGO, partii politycznej, czy nawet religijnej polega na wywieraniu pożądanego wpływu na naszych odbiorców. Na przekonywaniu.
Można to robić przede wszystkim skutecznie, albo nie. To nie takie proste ocenić skuteczność działania. Dlaczego? Otóż, warto wprowadzić tu czynnik czasu – często skuteczność sprzedawcy (a rozumiemy go tutaj szeroko, wedle powyższych rozważań) należy różnie ocenić w różnych horyzontach czasowych. Może świetnie sprzedawać krótkoterminowo, ale nie generować powrotu klienta, czy przyciągania innych klientów z rekomendacji. Inny zaś będzie sprzedawał mniej w krótkim terminie, ale za to ci klienci, których ściągnie w obręb naszego oddziaływania nie tylko będą wracać, ale także przyciągać rekomendacją rodzinę i znajomych. Jak więc zdefiniować skutecznego sprzedawcę? Skuteczny jest ten, kto jest równocześnie skuteczny krótko- i długoterminowo!

co ma do tego profesjonalizm?
No właśnie, dobre pytanie. Zdefiniujmy najpierw profesjonalizm – jest to chyba sposób postępowania z zagadnieniem zgodny z pewnymi standardami postępowania wynikającymi z doświadczeń ludzi związanych z branżą – najczęściej tych najskuteczniejszych, bądź takich, którzy na najskuteczniejszych się kreują. Profesjonalizm zatem jest pewnym nawykiem działania w określony sposób, wyrosły z praktyki. Tego się człowiek uczy. Zapytajmy zatem, czy działanie może być skuteczne, nie będąc profesjonalne? Najlepszą rzeczą jest to, że tak! Właśnie to mi się podoba w jednym z wywiadów z „E-biznesu jako sposobu na sukces” - kiedy to niejaka Patrycja Kierzkowska z ESCAPE Magazine'u mówi, że wiedza książkowa na temat marketingu internetowego wiedzą książkową, ale tak naprawdę nie ma pewności, czy dana metoda działa zawsze, tj. w każdym czasie, otoczeniu społecznym i okoliczności!
Profesjonalizm musielibyśmy raczej przedefiniować ze szczegółowego sposobu postępowania raczej na ogólną dyrektywę, czy paradygmat rozumienia rzeczywistości, którą się zajmujemy (bez względu na to, czy zajmujemy się propagandą, sprzedażą, czy działalnością kaznodziejską) – który umożliwia jej skuteczną analizę, oraz pewną wiedzę o stosowanych dotąd typowych metodach (jako przykładach wykorzystania odkrytych mechanizmów).
Profesjonalista w tym rozumieniu nie jest niewolnikiem teorii, której nauczył się od byle kogo na byle jakim kursie, czy z byle jakiej książki, co raczej artystą, który twórczo analizuje rzeczywistość, wymyśla strategię, metody działania oraz je implementuje. Tym się różni profesjonalista od niewolnika metody i płaskiego umysłu doktrynera, że potrafi profesjonalnie stosowaćmetody uznane dotąd za nieprofesjonalne, albo nieskuteczne. Proszę zauważyć, że to, co innowacyjne zawsze uważane jest na początku za obciach, brak profesjonalizmu, kunsztu, etc. Gdy wojsko bodajże pruskie zrezygnowało z czerwonych lampasów w umundurowaniu, śmiano się z nich na całym świecie, że co to za wojsko, wyglądają jak cioty, co to za mundury... problem jednak polegał na tym, że dzięki temu żołnierze pruscy przestali być widoczni dla strzelców... armia pruska dzięki zmianie umundurowania stała się dużo skuteczniejsza. Doprowadziło to później do wymyślenia maskowania i umunudurowania „w plamy”. Na początku obciach, później genialna metoda, którą rozwijają wszyscy. Jaki stąd wniosek? Umysł innowacyjny nie boi się obciachu i krytyki tzw. „profesjonalistów”, bezmózgich naśladowców własnych guru i pryncypałów, jest trochę jak McGyver – potrafi zrobić coś z niemal niczego.
Warto w końcu zapytać – bo długość posta staje się powolo rekordowa, a ja już nie siedzę w autokarze, tylko w pociągu i mamy już sobotę, 25 IV 2009 – warto więc zapytać, co to ma wspólnego z tęsknotą za profesjonalizmem.
Otóż, szeroko pojęte środowiska prawicowe i katolickie – nie wymieniam ani nazw, ani nazwisk, bo moja refleksja jest raczej ogólna, wynika z kilku własnych doświadczeń, relacji i wielu obserwacji – odczuwają tęsknotę za profesjonalizmem. Wynika to chyba z lat przebywania na marginesie, klepania biedy i tego, że w wyniku napoleońszczyzny (każdy chce być Napoleonem) każda kanapa ma własny organ prasowy oraz zaplecze innego rodzaju. Poskutkowało to tym, iż trzeba zgodzić się i przyzwyczaić do dziadostwa i pewnej przaśności, co weszło już w krew i jest chyba częścią socjologicznie pojętej „tożsamości”.
Czas jednak mija, ten i ów poszedł do rynkowej instytucji, albo przejechał się za granicę, albo obrósł piórka na jakiejś rządowej posadzie... wraca na stare śmieci jako mesjasz nieomal, przyzwyczajony do „profesjonalizmu” właśnie! Problem jednak polega na tym, że zazwyczaj są to umysły pierwszego rodzaju – dla nich profesjonalizm, to kurczowe trzymanie się kalki działania, którą narzucili im często byle jacy specjaliści, co do których mają tak naprawdę kompleks. Mamy więc z jednej strony ciągłe bajanie o „profesjonalizmie”, co nie byłoby złe – jakieś know-how trzeba bowiem implementować, problem jednak polega na tym, że jest to połączone z obłędnym perfekcjonizmem nuworysza, który psim swędem dostał się na salony „profesjonalistów”. Na czym to zjawisko z kolei polega? Na tym na przykład, że w sytuacji, w której sytuacja się komplikuje, utarty sposób działania zawodzi, bądź jest zawalony i sytuację trzeba kontynuować jakąś metodą wymyśloną ad hoc, raczej w oparciu o „profesjonalną intuicję” (czyli „profesjonalizm wg drugiej definicji), niż o wyuczone metody... wówczas nasz model traci głowę, nie wie co robić i w najgorętszej sytuacji zaczyna szukać winnych, oskarżając wszystkich o brak mitycznego „profesjonalizmu”, który on ponoć utożsamia. Jeśli wykutego schematu nie da się realizować – wówczas nasz model traci poczucie własnej wartości, musi się bronić. Najlepszą obroną zaś jest atak.
Dlatego właśnie działalność w organizacjach kończy się najczęściej frustracją i brakiem pieniędzy do życia. W świecie inflacji pseudospecjalistów, brakuje prawdziwego, twórczego profesjonalizmu. Nie trzeba mieć certyfikatów, kursów i studiów, nie tylko żeby być skutecznym, ale również profesjonalistą. Potem inni będą naśladować Twoje metody... jako zestrachane pieski najpierw muszą się naszczekać, bo na kursie nie mówili im o tych możliwościach, które odkrywasz i testujesz właśnie Ty. Odwagi.

koci-łapci
no, dobra, zrobiliśmy już prawie pełną psychoanalizę sytuacji, zajmijmy się „Aborczą”. Wałkują ostatnio redaktory z Czerskiej temat życia na kocią łapę, konkubinatu znaczy się. Biadolą, że konkubenci nie mogą rozliczać się wspólnie, jak małżeństwa. Cóż, każdy walczy we własnej sprawie – buhaje i ich klacze z Czerskiej walczą o swoje, wszak większość tego towarzystwa żyje w taki właśnie sposób. Ciekawe co na to jeden z najwybitniejszych autorów „Służbowej”... Arcybiskup Lubelski. Co on na ten temat uważa?
Powtarzam kolejny raz – sytuacja, w której arcybiskup Świętego Kościoła Rzymskiego pisuje regularnie dla antykatolickiej gazety jest dla mnie kuriozalna!

a rok temu
http://maciejgnyszka.blogspot.com/2008/04/24-iv-2008-witych-mczennikw-jerzego-i.html
http://maciejgnyszka.blogspot.com/2008/04/25-iv-2008-pitek-wito-w-marka.html
http://maciejgnyszka.blogspot.com/2008/04/30-iv-2008-roda-wspomnienie-w-piusa-v.html

myśl na dziś
Jezu, Panie mój, spraw, bym odczuwał Twoją łaskę i był jej uległy do tego stopnia, żeby moje serce wyzwoliło się całkowicie..., i napełniło Tobą, Przyjacielu mój, Bracie mój, mój Królu, mój Boże, Miłości moja!
św. Josemaria Escriva, Kuźnia, nr 913





środa, 8 kwietnia 2009

[8 IV 2009] środa, co się dzieje że widzę coś niemożliwego?

abp Życiński dicit...
widziałem ostatnio rzecz przedziwną! Pewnie nie uwierzycie, ale niech tam – najwyżej wyjdzie na to, żem pludrak! Otóż, w heretyckiej, ba!, antykościelnej gazecinie widziałem ostatnio aż dwa razy sążniste eseje jednego z arcybiskupów Świętego Kościoła Rzymskiego! Myślicie sobie pewnie, że albo gazecina wcale antykościelna nie jest, albo mi się coś pomyliło... ale niestety gazecina rzeczywiście jest antykościelna, a osoba, która podawała się za arcybiskupa – jest nim w istocie! Chodzi rzecz jasna o abpa Życińskiego, tego któremu diecezjanina/diecezjankę w zeszłym roku wycięli redaktorzy z Aborczej. Zaiste,
Niemen miał rację z dziwnością tego świata.

Aborcza wydaje...
tymczasem może i Aborcza nie taka zła, bo Pismo Święte wydała! Aj waj... w Ziemi Świętej dewocjonalia produkują głównie Arabowie – byzmes ys byzmes, bejbe. Podobnie i tutaj. Równolegle wydają Talmud i Koran . Reasumując – przy okazji wydawania Talmudu, wzięli coś jeszcze, żeby nie było... był już dodatkiem nóż do chleba, była apteczka dla kierowcy, była „Lolita” Nabokova, to i Biblia dla gojów może być!
Herbert o Michniku
oddajmy głos mądrzejszym od siebie. Przed Państwem Zbigniew Herbert:




Islam ostrzy zęby...
z Koranem to jednak dobry myk zrobili. Wszak u nas wśród imigrantów prym wiodą muzułmańscy Czeczeni! A jak wiadomo z filmu, który puszczam poniżej – za 20 lat Islam zdominuje Europę i to muzułmanie będą dyktować prawo i reguły (na filmie mówi znany islamski „apostoł”).


Swoją drogą, czy nie pobrzmiewa Wam tutaj to, co do znudzenia powtarzam, jako cytat z gen. Pietrzyka? Że dżihad trwa nieprzerwanie od założenia Islamu, a polega on na tym, żeby nie było na ziemi nikogo, kto nie powie, że Allah jest jedynym bogiem, a Mahomet jego prorokiem. Jednym słowem – albo wyciąć, albo nawrócić. Tertium non datur.

...a Putnam ściera kły!
ciekawe w kontekście wczorajszych i dzisiejszych rozważań jest to, co wielki piewca kapitału społecznego, autor legendarnej książki
„Bowling alone”, Robert Putnam odkrył kilka lat temu (długo wahając się przed publikacją badań) – to mianowicie, że niejednolity skład etniczny grup społecznych wpływa dewastująco na kapitał społeczny. Kapitał społeczny, czyli zaufanie, skłonność do kooperacji, dbałość o wspólne sprawy, poświęcenie dla lokalnej wspólnoty. Jednym słowem – wygląda na to, że w tego typu społeczeństwach, jak francuskie, niemieckie, czy amerykańskie (to społeczeństwo badał Putnam) koniecznym wynikiem jest apatia, zamknięcie się w czterech ścianach przed telewizorem. To zaś wzmacnia zuchwałość przestępców, poczucie bezkarności. Zobaczcie na ludzi w pokazywanym wczoraj autobusie, czy na kierowcę. Bezradność!
Ale nie należy tego rozpatrywać jako jednostkowego przypadku! Przypomnijmy sobie rozruchy na przedmieściach Paryża i Lyonu w ostatnich kilku latach, przypomnijmy sobie relacje znajomych po wizytach we Francji (dziś rozmawiałem na ten temat z Koleżanką – opowiada o wszechobecnym strachu przed kolorowymi, społecznej dyrektywie nie patrzenia na nich w metrze, nie mówienia o nich w rozmowach, o tym, że konduktorzy wsiadają po siedmiu i wygladają jak antyterroryści)... To dzieje się dziś. Kilkaset kilometrów stąd.
Zaciekawił mnie jeden z komentarzy na którymś z forów, na których robiłem wczoraj jubel na powyższy temat (skutek – ponad 500 odwiedzin gnyszkobloga, oraz ponad 10 000 odwiedzin newsa na Frondzie!)... autor napisał, że być może ten, kto zmontował film z kamer w autobusie, a więc potencjalnie pracownik autobusów, albo ochrony, zrobił to w akcie milczącego wołania o pomoc! Myślę, że coś w tym jest.

myśl na dziś
Nie miej wątpliwości: Serce zostało stworzone po to, żeby kochać. Napełnijmy więc Panem Jezusem wszystkie nasze miłości. Inaczej, niewypełnione serce się mści i zalewa się najgorszymi nikczemnościami.
św. Josemaria Escriva, Bruzda, nr 800



ciekawostki:

Pierwsze w Polsce profesjonalne szkolenie giełdowe!
Aktualny PageRank strony maciejgnyszka.blogspot.com dostarcza: Google-Pagerank.pl - Pozycjonowanie + SEO