Pokazywanie postów oznaczonych etykietą aborcza. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą aborcza. Pokaż wszystkie posty

sobota, 26 września 2009

[26 IX 2009] Aborcza dostaje wścieku?

Aborcza wścieku dostała?
jak pisałem wczoraj, sobotę przyszło mi spędzić w Leśniowie, w Sanktuarium Matki Bożej Leśniowskiej, prowadzonym przez oo. Paulinów pod wodzą o. Ptaka. Ale, ale, nie o tym mowa – o tym będzie dalej. Grunt, że przejeżdżając przez Częstochowę udałem się do jadłodajni Pana McDonalds'a, a idąc do niej wykonałem przysłowiowy rzut oka na wiszącą przy kiosku pierwszą stronę Gazety Aborczej. Całe szczęście, ścierwo oglądałem przez okulary, więc żadne morowe promionki się do oczu nie dostały. Jakież było moje zdziwienie, gdy przeczytałem wielki tytuł - „Kościół piętnujący”. Chodzi oczywiście o sprawę niedoszłego morderstwa na pewnym dziecku, by rzecz – zgodnie z wyrokiem sędzi Ewy Soleckiej – ująć jak najogólniej.
Organ Michnika wypuścił zwyczajowe pierdy na Kościół Katolicki, tym razem ustami swojego oberszczekacza, Piotra Pacewicza, który spłodził komentarz. Czytamy w nim, że Komisja Episkopatu Polski wydała jakieś straszliwe oświadczenie, które nawiązuje do najgorszych tradycji obskuranckich i wstecznych, które Pacewicz utożsamia z Naszym Dziennikiem i Radiem Maryja. Tak brzmi główna teza jego wypocin, które omówiła również Fronda.pl.
Cóż, nie wiem jakiego wyznania jest red. Pacewicz, ale postaram się rzecz krótko wytłumaczyć. Jeśli nie ma się o czymś bladego pojęcia – należy się na temat tego nie wypowiadać. Jeśli red. Pacewicz nie wie nic na temat katolicyzmu – niechaj sobie rozprawia o buddyzmie, który jest aktualnie tendy, cool i jazzy. Bo Kościół Katolicki – uroczyście i na co dzień – grzech piętnuje od ponad 2000 lat. Ja wiem, że Gazownicy z Czerskiej nie przyjmują tego do wiadomości, gdyż obrali taktykę rżnięcia głupa i liczenia na to, że od opacznego przedstawiania rzeczywistości – owa rzeczywistość się spaczy. Mają poniekąd rację, ale ich corazm mniej popularne banialuki – mimo wszystko nadal warto prostować.
Zauważmy jeszcze, że najwięcej do ubolewania nad „agresją” „Kościoła piętniującego” ma ten, który od lat walczy o legalność i eskalację agresji wobec bezbronnych – dzieci przed narodzeniem. A akcję „Rodzić po ludzku” - należy tu potraktować jedynie jako zasłonę dymną.

zasłona
swoją drogą, to ciekawe, że Pacewicz jest postrzegany jako postać pozytywna. Facet, któremu marzy się legalne masowe mordowanie niewinnych ludzi...
A „rodzić po ludzku”? Cóż, najlepszy dowód na to, że socjalizm bohatersko walczy z problemami, które sam powoduje – dehumanizację ginekologii i położnictwa, jaka nastąpiła po dziesięcioleciach obowiązywania ustawy aborcyjnej z lat 50., a którą wprowadzali nadwiślańscy bolszewicy, z młodym Michnikiem, jego bratem, wodzem czerwonego harcerstwa Jackiem Kuroniem oraz ich ojcami i ojczymami, a ojców i ojczymów kumplami – teraz organ Michnika zwalcza. Bo któż inny by mógł? Wszyscy znieczuleni, polski motłoch, Polactwo... ach, ach... jeno Redaktorzy z wiadomego organu czują i myślą!

Parodia katolickiego kraju – jak długo?
Pisałem pewnego razu na blogu, że Polska to parodia katolickiego kraju. Racji sam sobie przyznawał nie będę, ale mam nadzieję, że sytuacja dojrzewa do zmiany. Proces ks. Gancarczyka ma szansę być przełomem. W Leśniowie rozmawiałem na ten temat z wieloma ludźmi, oburzenie jest niewyobrażalne. Widać to nie tylko po składzie na liście solidarności z ks. Gancarczykiem, ale i po świetnych komentarzach osób dotąd oficjalnie niezaangażowanych, np. Przemysława Babiarza, czy wyjątkowo mocną i bezkompromisową reakcją Wojciecha Cejrowskiego w TVP3, którą zamieszczam poniżej. Czy na takie jazdy jesteśmy się w naszym Państwie zgodzić? Czy redaktor kontrowersyjnej bulwarówki promującej zboczenia będzie nadal pouczał Episkopat nie wywołując niczego więcej poza pukaniem w czoło i politowaniem? Czy powiemy wreszcie – za Cejrowskim cytującym Prymasa Tysiąclecia – non possumus!?





Leśniów – budujący obraz
wróćmy do Leśniowa. Najpierw wielkie podziękowania dla ekipy ZHRu z Lublina z Krzysztofem na czele, którzy podrzucili mnie ekspresowo do Częstochowy. Potem wyrazy ogromnego uznania dla o. Ptaka i jego współpracowników (w tym – uroczych współpracowniczek), którzy zarządzają Leśniowem w sposób... spe-kta-ku-lar-ny! Więcej o Leśniowie pisał nie będę bo po pierwsze strona internetowa jest aktywna, po drugie – rozumie się samo przez się, że w ramach pracy domowej, Gnyszkoczytelnicy powinni się tam udać.
Ale, ale, ale i jeszcze raz „ale” (jak mawiał tow. Kwaśniewski, gdy za bardzo wychylił kielona) – miało być o budującym obrazie, jaki stamtąd wyniosłem. Przede wszystkim – wielka rzesza normalnych, radosnych, nie zblazowanych, szczęśliwych ludzi, dla których rodzina znaczy rodzina, Kościół to Kościół, a miejsce Boga jest na miejscu Boga. Wspaniałe rozmowy z gośćmi z wielu stron Polski – w tym wielce budująca rozmowa z panem z Podkarpacia. Życzliwość, gościnność, cnoty chrześcijańskie. Przede wszystkim zaś rodziny – liczne i szczęśliwe. Nie tylko na żywo, ale później, w pociągu (właśnie jadę do Warszawy ekspressem z Zawiercia) – przy przeglądaniu pięknych albumów, które dostałem w prezencie od Sanktuariów.
Panie Pacewicz, pisze Pan o jakiejś zamkniętej i oblężonej twierdzy... Obawiam się, że to raczej szklany obiekt przy Czerskiej jest zamknięty i otoczony – przez niezliczoną rzeszę normalnych. Nawet jeśli katolików sensu stricto jest w Polsce ok. 7% - są wraz z sympatykami i tak najliczniejszą, jednomyślną grupą społeczną w Polsce.

a rok temu
http://maciejgnyszka.blogspot.com/2008/09/sowo-na-pitek-dzi-pitek-i.html

myśl na dziś
Czas jest naszym skarbem, "pieniądzem", za który mamy kupić wieczność.

św. Josemaria Escriva, Bruzda, nr 882



czwartek, 18 czerwca 2009

wtorek, 16 czerwca 2009

"Sprawa Agaty" - rocznica śmierci dziecka już w czwartek! Przyjdź pod Agorę i Ministerstwo Zdrowia

Zapraszam i polecam. Proszę info przekazać znajomym jak najszerzej!!!
(tymczasem zmykam do pracy inżynierskiej a o modlitwę proszę)
18 czerwca minie rok od śmierci dziecka tzw. "Agaty". W związku spożywczym, oznajmiamy, co następuje:

- o godz. 11:00 spotykamy się pod siedzibą Gazety Aborczej w Warszawie, ul. Czerska 8/10,

- spod Agory ruszamy swobodnym krokiem modląc się w intencji zarówno dziecka, samej Agaty, jak i oprawców i medialnych harcowników w rodzaju Agnieszki Pochrzęst, Magdaleny Szlachetki, Piotra Pacewicza i Katarzyny Wiśniewskiej, którzy wtedy mocno pracowali nad zabiciem dziecka - zdążamy pod Ministerstwo Zdrowia RP,

- w owym gmachu urzęduje min. Ewa Kopacz ("Skrobacz"), która najprawdopodobniej zaciągnęła na siebie ekskomunikę wskazaniem szpitala, w którym dokonano zabicia dziecka w ostatnim dniu, który dopuszcza wiadoma ustawa,

- stamtąd dokonamy przegrupowania i o 17:00 zapraszamy na Mszę Świętą w w/w intencjach do kościoła OO. Paulinów na Nowym Mieście (ul. Długa),

- warto zabrać znicze.

a rok temu
http://maciejgnyszka.blogspot.com/2008/06/16-vi-2008-niedziela-albo-poniedziaek.html
http://maciejgnyszka.blogspot.com/2008/06/16-vi-2008-poniedziaek.html



wtorek, 9 czerwca 2009

[sprawa tzw. "Agaty"] rok temu była noc z niedzieli na poniedziałek...

niedziela 8 VI 2008

...w niedzielę trwał koszmar - po internecie krążyli jak zaczadzeni ludzie okłamani przez sobotni artykuł Agnieszki Pochrzęst z GW. Wylewali kubły pomyj na wszystkich, którzy ośmielili się sprzeciwic wizji, która nie trzymała się kupy. Do gry weszła (w niedzielę 9 VI, albo jeszcze w sobotę 8 VI) sama Kataryna z Salonu24, o czym później napisał w komentarzu w Rzepie B. Wildstein. Pod wieczór stało się jasne, że wersja, którą po forach, w komentarzach pod newsami i blogami głosili ci, do których dotarły echa Kontruderzenia Medialnego - mają rację! Wypowiedziała się Policja - żadnego gwałtu nie było!
Posty z niedzieli: http://maciejgnyszka.blogspot.com/2008/06/8-vi-2008-niedziela.html i http://maciejgnyszka.blogspot.com/2008/06/8-vi-2008-niedziela-prawda-wychodzi-na.html

poniedziałek 9 VI 2009
w poniedziałek do gry wszedł Dziennik, który - pewnie w ramach konkurencji z Aborczą, postanowił objawic światu niechlujstwo Agnieszki Pochrzęst. To była pierwsza reakcja medium mainstreamowego na sprawę z innego, niż gazowniczy, punktu widzenia! Kontruderzenie zaczęło nabierac rumieńców. Powoli też krzepła siła i gotowośc przedstawicieli innych mediów.
Ludzie zaczadzeni propagandą gadzinówki z Czerskiej wciąż pałętali się po całym internecie. Wciąż trąbili o gwałcie, chociaż sama GW to zdementowała...
Posty z poniedziałku: http://maciejgnyszka.blogspot.com/2008/06/9-vi-2008-poniedziaek-wyborcza-prostuje.html i http://maciejgnyszka.blogspot.com/2008/06/9-vi-2008-poniedziaek-w-efrema.html
Pamiętam, że w poniedziałek, parę minut przed egzaminem, na który poszedłem kompletnie nieprzygotowany rozmawiałem jeszcze z kolegą z pewnego medium, by się nie ociągali. Szalony czas...

na szczęście...
wszystkie czyny zostały spisane!




niedziela, 7 czerwca 2009

[sprawa tzw. "Agaty"] rok temu była sobota - początek koszmaru

Rok temu była sobota 7 VI 2008, wcześnie rano okazało się, że radośc z ocalenia dziecka przed własną Babcią i działaczkami aborcyjnymi była przedwczesna. Do gry weszła Gazeta Wyborcza, którą od tej pory rzadko kiedy nazywam inaczej niż Gazeta Aborcza. Weszła piórem Agnieszki Pochrzęst, który zaczęła akcję pt. "Manipulacja".

Pani Agnieszka, to dama w trzecim rzędzie od dołu - pierwsza od lewej.


Dowiedzieliśmy się dzięki szmatławcowi z Czerskiej, że... "Agata" jest "zgwałconą 14-latką".
Do dziś spotykam ludzi, którzy zagadnięci nt. sprawy, mówią, że pamiętają że coś było, jakaś nastolatka wielokrotnie gwałcona przez zwyrodnialca, albo coś w ten deseń. Kłamstwo ma byc może krótkie nogi, ale jednak długie macki oraz żywot.
Posty z tamtego czasu: http://maciejgnyszka.blogspot.com/2008/06/7-vi-2008-sobota-egazeta.html oraz http://maciejgnyszka.blogspot.com/2008/06/7-vi-2008.html.

Równocześnie pozdrawiam wszystkich, którzy przyłączyli się wówczas do Kontruderzenia Medialnego z tego bloga i FF i - jak się później okazało - wielu innych zakątków internetu. Do dziś można prześledzic losy Kontruderzenia w Google'u. Na reakcję ze strony mediów konwencjonalnych trzeba było czekac de facto do poniedziałku. Aborcza zwietrzyła krew i było wiadomo, że nie odpuści...




środa, 13 maja 2009

Powrót DZIEKUJEMY.PL


Miło mi zaanonsować, że DZIEKUJEMY.PL po potężnym ataku hakerskim trafiło już na nowy serwer! Wszystkie wpisy nie są jeszcze widoczne, jest ich zbyt duża ilość - stare są konsekwentnie przywracane.

Złóżmy Michnikowi życzenia, stronę znów można z powodzeniem reklamować! Kto nasłał hakerów? Nie chcę niczego insynuować, ale zasada cui bono jest w tym względzie jasna...





czwartek, 7 maja 2009

[7 V 2009] czwartek, a tu wielkie poruszenie i protest na UKSW! Podpisz petycję!

poruszenie
nie wiem czemu zawdzięczać wielkie poruszenie, jakie wywołał mój wczorajszy tekst na dwóch screenach:
- na Salonie24.pl:
http://maciejgnyszka.salon24.pl/104224,polska-parodia-katolickiego-kraju
- oraz na Fronda.pl:
http://fronda.pl/gnyszka/blog/polska_parodia_katolickiego_kraju

wielość Czytelników, którzy go przeczytali oraz komentarzy przypomina mi sprawę tzw. Agaty sprzed roku, gdy Gnyszkoblog przyjmował wtedy parę tysięcy czytelników oraz dziesiątki komentarzy na klatę. Dziękuję także za korespondencję mailową, z której nie mogę się wygrzebać (dlatego proszę o cierpliwość w oczekiwaniu na odpowiedzi).

protest
powstała tymczasem strona stworzona przez studentów UKSWordu z protestem do własz uczelni oraz Biskupa. Myślę, że warto złożyć swój podpis pod tą petycją, oraz zachęcić do tego znajomych. Musi bowiem wyjść jasny sygnał: Panowie, tak się nie robi. Nie jesteście sami. Nie musicie tchórzyć. Nie powodujcie zgorszeń.


relacja z konferencji
na dzisiejszej konferencji był obecny tajny wysłannik Gnyszkobloga – regularny tegoż czytelnik! Na pytanie SMSowe, ile osób jest oraz czy ma miejsce zadyma, napisał (pisownia oryginalna):

„Zadyma nie przyszedł. Ale było sporo gejozaurów – 2 rzędy. Raczej spokojnie i merytorycznie. Podczas konferencji prasowej piękne pojazdy po aborczej nagrodzone brawami. Teraz jeszcze trwa część merytoryczna (...).”

Spóźnialskim oraz zapominalskim przypominam skład Biblioteczki Konserwatysty:
- Rewolucja i Kontrrewolucja, Plinio Correa de Oliveira
- Spustoszona winnica, Dietrich von Hildebrand
- Koń trojański w mieście Boga, Dietrich von Hildebrand

dziś, z uwagi na kolejne kłamstwa Aborczej polecam także Agatę. Anatomię manipulacji, z której dowie się Czytelnik nieco także i o autorze tego bloga...

a rok temu
http://maciejgnyszka.blogspot.com/2008/05/7-v-2008-roda.html

myśl na dziś
Miłość do Matki Najświętszej będzie podmuchem, który żywym płomieniem rozpali ledwie tlące się węgle cnót, ukrytych pod popiołem twojej letniości.
św. Josemaria Escriva, Droga, nr 492



Podziękujmy Michnikowi na 20-lecie Gazety Wymiotnej






środa, 6 maja 2009

[6 V 2009] środa, Polska - parodia katolickiego kraju

pedałowie
dziś nieco szalony dzień ze względu na wybryk JM Rektora UKSW, który ugiął się pod presją Aborczej i odwołał konferencję na temat homoseksualizmu. Pangrzyzga poczuł nieco wiatru z czasów sprawy tzw. Agaty. Różnica była zasadnicza - od tego czasu powstała m.in. Fronda.pl, dzięki czemu reakcja mogła być szybsza, a kontrakcja składniejsza.
Nie sądzę, by udało mi się rozwinąć temat zakotwiczenia i tego co w zamian, który zacząłem w poniedziałek, pomimo próśb ze strony Czytelników. Jutro mam od rana wyjątkowo zajęcia i musze być nieco bardziej świeży, niż zdechlak... a pedałowie i akcja na UKSW domagają się omówienia.

UKSW
żyjemy w kraju, w którym Uniwersytet Kardynała Stefana Wyszyńskiego, uczelnia założona przez Kościół Katolicki (w międzyczasie jakoś przechodząc jednak pod auspicja państwowe, ale tytularnie podlegając Arcybiskupowi Warszawskiemu - z tego, co się zorientowałem) - a więc mimo całej złożoności uczelnia bardziej "katolicka", niż np. Uniwersytet Warszawski, rezygnuje z konferencji naukowej pod wpływem pismaka jakiejś antykatolickiej gadzinówki. Zastanawiające, prawda?
Idźmy dalej, rektor tłumaczy swoją decyzję tym, że zauważył nieprzychylne komentarze w prasie (czyt. w Aborczej). Mam zatem pytanie: jak to jest, że rektor katolickiej uczelni czyta antykatolicką, bulwarową prasę? Masochista? Schizofrenik? Medioznawca?
Dajcie spokój.
Ale zastanówmy się nad mechanizmem nacisku.
Są dwie możliwości. Albo p. Kowalski jest fanem Pacewicza z Aborczeji traktuje go jak wyrocznię, dlatego też uznał za konieczne ucięcie łba konferencji, albo mechanizm był nieco subtelniejszy. Otóż, zrobienie smrodu przez Aborczą wokół UKSW (czyli rano artykulik z komentarzem genseka Pacewicza, a potem zatroskany telefon z redakcji, że kurka, może lepiej, gdyby rektor jednak zareagował, bo smród będzie...) skutkować może tym samym, co w przypadku sprawy tzw. Agaty, którą wykreowali właśnie Gazownicy - reakcją rządu. A jak wiadomo - UKSW teraz na państwowym oraz unioeuropejskim pasku buduje akademiki i kampusy... tentego, wicierozumicie... dotacje, ąę...

kto płaci ten wymaga...
http://www.dziennik.pl/wydarzenia/article374291/Biedron_Pedofile_geje_Chyba_w_kosciele_.html
no i bach! Tyryryryry, rycy-pycy... sodomita Biedroń, którego sodomita Niemiec oskarża o zdefraudowanie unijnej kasiorki na rozwój Kampanii Przeciw Homofobii, stwierdza, że to skandal, że na uczelni utrzymywanej z publicznych pieniędzy (UKSW), mają dziać się takie brzydkie konferencje.
Kto płaci, ten wymaga. Wiecie już dlaczego z uporem maniaka mówię o wspieractwie? Jak nie zbudujemy i nie utrzymamy sobie instytucji sami... przepadniemy.

a co z pedofilami?
definicja operacyjna orientacji seksualnej (a więc ta, której używa się na co dzień w ewridejspiczu) zbliża się już do definicji najszerszej. Otóż, okazuje się, że właśnie wprowadzono do obiegu pojęcie alternatywnego życia płciowego (to i tak pojęcie dyskryminujące - no, bo jak to "alternatywne"?). Miłej lektury, pedofile - jak twierdzę od dawna - już niedługo wchodzą na salony. Potem reszta zboczeńców.
Orientacji seksualnej nie ma - jest tylko norma, oraz zboczenia.

inne kazusy
ale wracajmy do naszego "katolickiego kraju", w którym ok. 7% populacji to katolicy. Jest to kraj nad Wisłą, gdzie pewien arcybiskup pisze regularnie artykuły do antykościelnej gazety oraz gdzie pewne katolickie pismo społeczno-kulturalne (a więc posiadające asystenta kościelnego) reklamuje oraz często firmuje przedsięwzięcia pewnego działacza antykościelnego i szefa antykatolickiej gadzinówki, niejakiego Michnika (np. duża reklama "dzieł" Michnika w ostatnim numerze)...

Rewolucja i Kontrrewolucja - biblioteczka konserwatysty y katolika
tym, których interesują źródła tej rozpierduchy, polecam trzy lektury. Dwie z nich (von Hildebranda) już kilka razy polecałem z linkiem - trzecią, znalazłem w internecie ku wielkiej mej radości ostatnio! "Rewolucja i Kontrrewolucja" Plinio Correa de Oliveiry - to podstawa. Jeśli ktoś chce zrozumieć o co w historii chodzi, jakie są przyczyny dzisiejszego szajsu w kulturze, a jakie drogi stąd wyjścia, wreszcie jeśli ktoś mieni się konserwatystą albo aktywnym katolikiem - ta książka jest po prostu OBOWIĄZKOWA! Mówię to z pełną odpowiedzialnością. Uważam, że każdy Czytelnik gnyszkobloga powinien ją mieć. Po prostu.
A zatem, Biblioteczka Konserwatysty:
- Rewolucja i Kontrrewolucja, Plinio Correa de Oliveira
- Spustoszona winnica, Dietrich von Hildebrand
- Koń trojański w mieście Boga, Dietrich von Hildebrand

a rok temu
http://maciejgnyszka.blogspot.com/2008/05/6-v-2008-wito-witych-apostow-jakuba-i.html

myśl na dziś

Różaniec Święty to potężna broń. Używaj jej z ufnością, a skutek wprawi cię w zadziwienie.
św. Josemaria Escriva, Droga, nr 558



Drukuj"Wyborcza" odwołała konferencję na UKSW

Właściwie zrobił to prorektor, prof. Marek Kowalski pod presją absurdalnego komentarza Piotra Pacewicza w naczelnym organie lobby homoseksualnego - "Gazecie Wyborczej".

Jutrzejsza konferencja na temat homoseksualizmu została przygotowana przez studenckie Koło Myśli Politycznej i Prawnej UKSW, ale się nie odbędzie. - Władze uczelni pod wpływem nagonki medialnej i z bólem serca odwołały konferencję - mówi Marcin Musiał, prezes KMPiP UKSW. - Jako powód podano dobro uczelni - dodaje.

Konferencja jednak się odbędzie - organizatorzy musieli ją przenieść do Domu Rekolekcyjno-Formacyjnego przy ul. Dewajtis 3 w Warszawie.

Co tak oburzyło "Wyborczą"? Gwiazdą spotkania miał być amerykański psycholog, dr Paul Cameron, który miał mówić o medycznych konsekwencjach praktyk homoseksualnych. Cameron zwraca uwagę na badania, które mówią, iż homoseksualiści żyją krócej niż heteroseksualiści, a 34 proc. przypadków molestowania seksualnego dzieci jest sprawką homoseksualistów, co stanowi ich znaczną nadreprezentację w gronie pedofilów. W tekście czytamy też, że "w 1983 r. Amerykańskie Stowarzyszenie Psychologiczne skreśliło go z listy. W 1996 r. Kanadyjskie Stowarzyszenie Psychologiczne oskarżyło go o „złe przedstawianie i fałszowanie badań nad seksualnością i homoseksualizmem“ i zerwało z nim współpracę". Obie te informacje są nieprawdziwe. Dziennikarz "Gazety" nie zadał sobie trudu, by skontaktować się z osobami zajmującymi się terapią, która przynosi często bardzo dobre efekty.

Artykuł jest opatrzony komentarzem jednego z czołowych publicystów dziennika, Piotra Pacewicza, znanego z tego, że niespełna rok temu nawoływał do zabicia dziecka 14-letniej Agaty z Lublina. Dzisiaj ten sam człowiek dyktuje władzom katolickiej uczelni, kto ma prawo na niej wykładać.

Piotr Pacewicz napisał w "Gazecie Wyborczej":

Wśród studentów UKSW - jak w każdej społeczności - jest wielu gejów, choć większość z nich to ukrywa, niejasno tłumacząc, dlaczego nie mają dziewczyny i jadą na wakacje z kolegą. Konferencja, która ma być popisem zawziętego homofoba, w dodatku made in USA, przysporzy im cierpień. Zapewne podczas tournée dr Cameron będzie wzywał do przywrócenia karania za jedną z naszych - ludzi na tej planecie -orientacji seksualnych. Będzie mnożył naukowe dowody, a ma ich pełno, tak jak przeciwnicy teorii Darwina czy zwolennicy tezy, że ludzką cywilizację założyli kosmici. Można by dowodzić, że jego nauki to wzywanie do nienawiści, czyli czyn zabroniony prawem. Z pewnością zabraniają gadania takich rzeczy konwencje praw człowieka, które Polska podpisała. Taka konferencja kompromituje katolicką uczelnię. To ma być chrześcijańska miłość, którą głosi? Dlatego proszę organizatorów, młodych ludzi, studentów, by pomyśleli o swoich kolegach. Czy na pewno chcecie ich krzywdzić? Może można jeszcze odwołać konferencję. Niech dr Cameron wygłasza swoje błędne nauki gdzie indziej, najlepiej na Pustyni Błędowskiej.





czwartek, 30 kwietnia 2009

[24, 25 i 30 IV 2009] o Aborczej, profesjonalizmie i wszystkim innym megapost

jestem!

wróciłem wczoraj z Francji, pisanego po drodze posta nie udało mi się opublikowac z braku internetu poza komórką! Robię to zatem teraz. Będzie co czytac...


gadka-szmatka
zdefiniujmy dobrze sytuację! Znajdujemy się w pociągu relacji Warszawa-Kraków, a szczegółowiej rzecz ujmując, w IC Małopolska. Po co? Ano, jedziem sobie na nocleg do grodu Kraka, by stamtąd wyjechać na teren najstarszej córy Kościoła, która wzięła się przed kilkoma wiekami za prostytucję. Jadę do Francji. Na konferencję. W pociągu dostałem za darmo Ziewnik, w którym wyczytałem rozmowę z pewnym Michelem, który w wieku 17 lat stał się męskim dziwkiem i nie uważa tego za prostytucję. Temat godny Ziewnika, Ziewnik godzień półki bagażowej, więc tam wylądował. Bęc!
Ale, ale, ale... i jeszcze raz ale! - że zacytuję prezydenta całej Kolskiej... znaczy Polski! Na czym polega problem? Problem polega na tym, że nie o tym chcę pisać – chcę napisać bowiem o tym, iż rano słyszałem śmieszną rozmowę – tytułową „gadkę-szmatkę” dwóch podstarzałych kolegów, ze studiów, bądź z wojska, albo zapoznanych jeszcze inaczej. Jechali sobie rano do Warszawy, gaworzyli ze względu na długi okres niewidzenia... gaworzyli... aż jeden wyjął z bagażu organ Łuczywo i Michnika, zwany wśród ludu „Aborczą”. Wyjął, przegląda śliniąc paluszki i pyta tego drugiego:
- Może masz ochotę na kawałek gazety?
Na co ten drugi z wyraźnym niesmakiem odpowiedział:
- Eeee... dzięki.
- A, no tak, bo ty ten no...
- Tak, nie czytam tego gówna. Wiesz, jak to ten z kabaretu powiedział: „Nie oglądam telewizji, nie przeglądam internetu, nie słucham radia i gazet nie czytam – szczególnie tej jednej!”, hahahaha, tak samo ja.
- No, wiesz –
zarumienił się ten pierwszy – różnie to tam jest. Ja na przykład czytałem kiedyś „Rzeczpospolitą”, ale to jeszcze za poprzedniej redakcji, teraz to w ogóle się tego nie da czytać. A ty co czytasz?
- Właśnie „Rzeczpospolitą”...
- Aha...
Zapanowała niezręczna cisza... ja uśmiechnąłem się porozumiewawczo do pana po mojej lewej – oponenta „Aborczej”, on odpowiedział ukradkowym uśmiechem, ten drugi zatopił nos w lekturze Gazu, a pierwszy wyjął z teczki na laptopa swoje dokumenty. Atmosfera stała się mało znośna...
Narrację w tym punkcie kończę, bo gdyby chcieć to ciągnąć, to zebrałby się materiał na cały dramat! Pangnyszka jednak z satysfakcją pomyślał, że duch w narodzie nie ginie!

rozmowa z Tomkiem i Apostołowie
a propos tego ducha... rozmawiałem ostatnio przy chińskim kebabie na pl. Konstytucji (polecam restaurację Trung Nguyen przy Zaułku Braci Pakulskich!) o tym i o owym, a przede wszystkim o Frondzie... i pyta mnie Tomek:
- Maciek, czy wierzysz, że rzeczywiście uda się coś zmienić? Że wartości katolickie, nie będą tylko ośmieszane?
Na co odpowiedziałem znad kebaba:
- Wiesz... skoro dwa tysiące lat temu z kółka rybackiego, z dwunastu ćwoków i ćwierćinteligentów udało się dzięki Łasce stworzyć Święty Kościół Katolicki, który odmienił oblicze świata... to ja myślę, że wyzwania, które stoją przed nami, to kaszka z mleczkiem!
co Putnam przy kręglach odkrył
no, ale do tego trzeba po naszej stronie kapitału społecznego! Ja wiem, że to takie pojęcie -wytrych, międlą je naokoło wszyscy, ale spróbujmy się w nie wgryźć i coś stąd wyciągnąć! Polecam w tym kontekście Bowling alone Putnama, która jak się ostatnio dowiedziałem wyszła w Polsce w ilości jedynie 1500 egzemplarzy! Aż dziw bierze, że można kupić w Liderii.pl ot tak po prostu!
O co więc chodzi? Ano o to, że brakuje nam w Polsce wciąż silnych struktur niepaństwowych – myślę tu o szerokim ruchu klubów sportowych, lokalnych zrzeszeń politycznych, dyskusyjnych, religijnych, etc. Oczywiście, to dziedzictwo prawie 50-letniej próżni socjologicznej, w której poza rodziną i Kościołem nie było nic niepaństwowego. Dlaczego jest to ważne? Dlatego, że ludzie współdziałając ze sobą nabierają do siebie nawzajem sympatii, zaufania... odkrywają w toku interakcji nowe drogi działania i pomysły na kolejne przedsięwzięcia...żyje się nie tylko ciekawiej i milej – ale o wiele łatwiej egzekwować pożądane rzeczy i kontrolować rządzących!
Polecam lekturę Bowling alone wszystkim, także niesocjologom – okaże się bowiem, że podporą społeczeństwa obywatelskiego w Polsce nie są żadne tam wypierdki w rodzaju lewicowych fundacyjek służących do prania brudnej kasy, tylko na przykład Rodziny Radia Maryja, czy takie byty jak Forum Frondy, gdzie aktywność internetowa przechodzi gładko do realu, na poziom spotkań lokalnych, wspólnych przedsięwzięć kulturalnych i biznesowych. W świecie ociekającym kapitałem społecznym tzw. koszty transakcyjne są niskie, dzięki czemu łatwiej zawierać nowe kontrakty, są one łatwiej realizowane dzięki zaufaniu! Korzystają na tym wszyscy!
Bierzmy się za robotę, lewaki i byli pedecy niech sobie biadolą, że Radio Maryja i świrokatole z Frondy sieją nienawiść i nic nie potrafią zorganizować! W rzeczywistości jest zupełnie odwrotnie!

tęsknota za profesjonalizmem
sposoby torpedowania działalności (bo jest jednak faktem, że coś nie działa jak powinno po prawej stronie mocy – co bynajmniej nie oznacza, że po lewej jest lepiej) po naszej stronie są przeróżne. Jednym z tysięcy jest tęsknota za profesjonalizmem połączona z perfekcjonizmem. Połączenie ciekawe, prawda? Polega na tym, co opiszę poniżej.
Działalność społeczna (do której zaliczyć musimy także działalność gospodarczą) polega najczęściej na sprzedawaniu ludziom własnej historii. Tak robią fundacje, które pozyskują kapitał na swoje cele statutowe, opowiadając historię koników męczonych przed odjazdem do rzeźni, czy cierpieniach homoseksualistów, nazywanych w miejscach pracy „pedałami”. By robić to skutecznie, należy posiadać wiedzę i umiejętności z zakresu szeroko pojętej psychologii społecznej i socjologii (do czego włącza się np. marketing, jako zastosowanie szczegółowe), przy czym nie jest konieczne czerpanie ich z książek, takich jak słynny podręcznik Cialdiniego, czy kursów. Może być tak, że człowiek rodzi się, bądź w toku socjalizacji rozwija w sobie umiejętności w tym zakresie, które później na własny użytek racjonalizuje, konceptualizuje i operacjonalizuje, rozwijając swoją wiedzę eksperymentalnie.
Ale, ale, ale... cytując po raz wtóry Kwaśniewskiego – czy coś innego robi Puma sprzedając swoje adidaski, albo krainaherbaty.pl sprzedając yerba mate? Żadną miarą! Puma sprzedaje nam historię opisującą nadzwyczajność swoich adidasków, które nosi pewien murzyn z Primera Division i dzięki temu strzela więcej goli, natomiast krainaherbaty.pl roztacza przed nami uroki aromatycznej i w ogóle niezwykle zmysłowej herbaty yerba mate cytrynowej.
Jednym słowem – wszelkie działanie, poza działalnością producenta sensu stricto, który martwi się jedynie tym, by klej dobrze przywierał do podeszwy, albo by zawartość łopaty wpadła cała do betoniarki – wszelkie działanie bez względu na to, czy dotyczy firmy, czy NGO, partii politycznej, czy nawet religijnej polega na wywieraniu pożądanego wpływu na naszych odbiorców. Na przekonywaniu.
Można to robić przede wszystkim skutecznie, albo nie. To nie takie proste ocenić skuteczność działania. Dlaczego? Otóż, warto wprowadzić tu czynnik czasu – często skuteczność sprzedawcy (a rozumiemy go tutaj szeroko, wedle powyższych rozważań) należy różnie ocenić w różnych horyzontach czasowych. Może świetnie sprzedawać krótkoterminowo, ale nie generować powrotu klienta, czy przyciągania innych klientów z rekomendacji. Inny zaś będzie sprzedawał mniej w krótkim terminie, ale za to ci klienci, których ściągnie w obręb naszego oddziaływania nie tylko będą wracać, ale także przyciągać rekomendacją rodzinę i znajomych. Jak więc zdefiniować skutecznego sprzedawcę? Skuteczny jest ten, kto jest równocześnie skuteczny krótko- i długoterminowo!

co ma do tego profesjonalizm?
No właśnie, dobre pytanie. Zdefiniujmy najpierw profesjonalizm – jest to chyba sposób postępowania z zagadnieniem zgodny z pewnymi standardami postępowania wynikającymi z doświadczeń ludzi związanych z branżą – najczęściej tych najskuteczniejszych, bądź takich, którzy na najskuteczniejszych się kreują. Profesjonalizm zatem jest pewnym nawykiem działania w określony sposób, wyrosły z praktyki. Tego się człowiek uczy. Zapytajmy zatem, czy działanie może być skuteczne, nie będąc profesjonalne? Najlepszą rzeczą jest to, że tak! Właśnie to mi się podoba w jednym z wywiadów z „E-biznesu jako sposobu na sukces” - kiedy to niejaka Patrycja Kierzkowska z ESCAPE Magazine'u mówi, że wiedza książkowa na temat marketingu internetowego wiedzą książkową, ale tak naprawdę nie ma pewności, czy dana metoda działa zawsze, tj. w każdym czasie, otoczeniu społecznym i okoliczności!
Profesjonalizm musielibyśmy raczej przedefiniować ze szczegółowego sposobu postępowania raczej na ogólną dyrektywę, czy paradygmat rozumienia rzeczywistości, którą się zajmujemy (bez względu na to, czy zajmujemy się propagandą, sprzedażą, czy działalnością kaznodziejską) – który umożliwia jej skuteczną analizę, oraz pewną wiedzę o stosowanych dotąd typowych metodach (jako przykładach wykorzystania odkrytych mechanizmów).
Profesjonalista w tym rozumieniu nie jest niewolnikiem teorii, której nauczył się od byle kogo na byle jakim kursie, czy z byle jakiej książki, co raczej artystą, który twórczo analizuje rzeczywistość, wymyśla strategię, metody działania oraz je implementuje. Tym się różni profesjonalista od niewolnika metody i płaskiego umysłu doktrynera, że potrafi profesjonalnie stosowaćmetody uznane dotąd za nieprofesjonalne, albo nieskuteczne. Proszę zauważyć, że to, co innowacyjne zawsze uważane jest na początku za obciach, brak profesjonalizmu, kunsztu, etc. Gdy wojsko bodajże pruskie zrezygnowało z czerwonych lampasów w umundurowaniu, śmiano się z nich na całym świecie, że co to za wojsko, wyglądają jak cioty, co to za mundury... problem jednak polegał na tym, że dzięki temu żołnierze pruscy przestali być widoczni dla strzelców... armia pruska dzięki zmianie umundurowania stała się dużo skuteczniejsza. Doprowadziło to później do wymyślenia maskowania i umunudurowania „w plamy”. Na początku obciach, później genialna metoda, którą rozwijają wszyscy. Jaki stąd wniosek? Umysł innowacyjny nie boi się obciachu i krytyki tzw. „profesjonalistów”, bezmózgich naśladowców własnych guru i pryncypałów, jest trochę jak McGyver – potrafi zrobić coś z niemal niczego.
Warto w końcu zapytać – bo długość posta staje się powolo rekordowa, a ja już nie siedzę w autokarze, tylko w pociągu i mamy już sobotę, 25 IV 2009 – warto więc zapytać, co to ma wspólnego z tęsknotą za profesjonalizmem.
Otóż, szeroko pojęte środowiska prawicowe i katolickie – nie wymieniam ani nazw, ani nazwisk, bo moja refleksja jest raczej ogólna, wynika z kilku własnych doświadczeń, relacji i wielu obserwacji – odczuwają tęsknotę za profesjonalizmem. Wynika to chyba z lat przebywania na marginesie, klepania biedy i tego, że w wyniku napoleońszczyzny (każdy chce być Napoleonem) każda kanapa ma własny organ prasowy oraz zaplecze innego rodzaju. Poskutkowało to tym, iż trzeba zgodzić się i przyzwyczaić do dziadostwa i pewnej przaśności, co weszło już w krew i jest chyba częścią socjologicznie pojętej „tożsamości”.
Czas jednak mija, ten i ów poszedł do rynkowej instytucji, albo przejechał się za granicę, albo obrósł piórka na jakiejś rządowej posadzie... wraca na stare śmieci jako mesjasz nieomal, przyzwyczajony do „profesjonalizmu” właśnie! Problem jednak polega na tym, że zazwyczaj są to umysły pierwszego rodzaju – dla nich profesjonalizm, to kurczowe trzymanie się kalki działania, którą narzucili im często byle jacy specjaliści, co do których mają tak naprawdę kompleks. Mamy więc z jednej strony ciągłe bajanie o „profesjonalizmie”, co nie byłoby złe – jakieś know-how trzeba bowiem implementować, problem jednak polega na tym, że jest to połączone z obłędnym perfekcjonizmem nuworysza, który psim swędem dostał się na salony „profesjonalistów”. Na czym to zjawisko z kolei polega? Na tym na przykład, że w sytuacji, w której sytuacja się komplikuje, utarty sposób działania zawodzi, bądź jest zawalony i sytuację trzeba kontynuować jakąś metodą wymyśloną ad hoc, raczej w oparciu o „profesjonalną intuicję” (czyli „profesjonalizm wg drugiej definicji), niż o wyuczone metody... wówczas nasz model traci głowę, nie wie co robić i w najgorętszej sytuacji zaczyna szukać winnych, oskarżając wszystkich o brak mitycznego „profesjonalizmu”, który on ponoć utożsamia. Jeśli wykutego schematu nie da się realizować – wówczas nasz model traci poczucie własnej wartości, musi się bronić. Najlepszą obroną zaś jest atak.
Dlatego właśnie działalność w organizacjach kończy się najczęściej frustracją i brakiem pieniędzy do życia. W świecie inflacji pseudospecjalistów, brakuje prawdziwego, twórczego profesjonalizmu. Nie trzeba mieć certyfikatów, kursów i studiów, nie tylko żeby być skutecznym, ale również profesjonalistą. Potem inni będą naśladować Twoje metody... jako zestrachane pieski najpierw muszą się naszczekać, bo na kursie nie mówili im o tych możliwościach, które odkrywasz i testujesz właśnie Ty. Odwagi.

koci-łapci
no, dobra, zrobiliśmy już prawie pełną psychoanalizę sytuacji, zajmijmy się „Aborczą”. Wałkują ostatnio redaktory z Czerskiej temat życia na kocią łapę, konkubinatu znaczy się. Biadolą, że konkubenci nie mogą rozliczać się wspólnie, jak małżeństwa. Cóż, każdy walczy we własnej sprawie – buhaje i ich klacze z Czerskiej walczą o swoje, wszak większość tego towarzystwa żyje w taki właśnie sposób. Ciekawe co na to jeden z najwybitniejszych autorów „Służbowej”... Arcybiskup Lubelski. Co on na ten temat uważa?
Powtarzam kolejny raz – sytuacja, w której arcybiskup Świętego Kościoła Rzymskiego pisuje regularnie dla antykatolickiej gazety jest dla mnie kuriozalna!

a rok temu
http://maciejgnyszka.blogspot.com/2008/04/24-iv-2008-witych-mczennikw-jerzego-i.html
http://maciejgnyszka.blogspot.com/2008/04/25-iv-2008-pitek-wito-w-marka.html
http://maciejgnyszka.blogspot.com/2008/04/30-iv-2008-roda-wspomnienie-w-piusa-v.html

myśl na dziś
Jezu, Panie mój, spraw, bym odczuwał Twoją łaskę i był jej uległy do tego stopnia, żeby moje serce wyzwoliło się całkowicie..., i napełniło Tobą, Przyjacielu mój, Bracie mój, mój Królu, mój Boże, Miłości moja!
św. Josemaria Escriva, Kuźnia, nr 913





środa, 8 kwietnia 2009

[8 IV 2009] środa, co się dzieje że widzę coś niemożliwego?

abp Życiński dicit...
widziałem ostatnio rzecz przedziwną! Pewnie nie uwierzycie, ale niech tam – najwyżej wyjdzie na to, żem pludrak! Otóż, w heretyckiej, ba!, antykościelnej gazecinie widziałem ostatnio aż dwa razy sążniste eseje jednego z arcybiskupów Świętego Kościoła Rzymskiego! Myślicie sobie pewnie, że albo gazecina wcale antykościelna nie jest, albo mi się coś pomyliło... ale niestety gazecina rzeczywiście jest antykościelna, a osoba, która podawała się za arcybiskupa – jest nim w istocie! Chodzi rzecz jasna o abpa Życińskiego, tego któremu diecezjanina/diecezjankę w zeszłym roku wycięli redaktorzy z Aborczej. Zaiste,
Niemen miał rację z dziwnością tego świata.

Aborcza wydaje...
tymczasem może i Aborcza nie taka zła, bo Pismo Święte wydała! Aj waj... w Ziemi Świętej dewocjonalia produkują głównie Arabowie – byzmes ys byzmes, bejbe. Podobnie i tutaj. Równolegle wydają Talmud i Koran . Reasumując – przy okazji wydawania Talmudu, wzięli coś jeszcze, żeby nie było... był już dodatkiem nóż do chleba, była apteczka dla kierowcy, była „Lolita” Nabokova, to i Biblia dla gojów może być!
Herbert o Michniku
oddajmy głos mądrzejszym od siebie. Przed Państwem Zbigniew Herbert:




Islam ostrzy zęby...
z Koranem to jednak dobry myk zrobili. Wszak u nas wśród imigrantów prym wiodą muzułmańscy Czeczeni! A jak wiadomo z filmu, który puszczam poniżej – za 20 lat Islam zdominuje Europę i to muzułmanie będą dyktować prawo i reguły (na filmie mówi znany islamski „apostoł”).


Swoją drogą, czy nie pobrzmiewa Wam tutaj to, co do znudzenia powtarzam, jako cytat z gen. Pietrzyka? Że dżihad trwa nieprzerwanie od założenia Islamu, a polega on na tym, żeby nie było na ziemi nikogo, kto nie powie, że Allah jest jedynym bogiem, a Mahomet jego prorokiem. Jednym słowem – albo wyciąć, albo nawrócić. Tertium non datur.

...a Putnam ściera kły!
ciekawe w kontekście wczorajszych i dzisiejszych rozważań jest to, co wielki piewca kapitału społecznego, autor legendarnej książki
„Bowling alone”, Robert Putnam odkrył kilka lat temu (długo wahając się przed publikacją badań) – to mianowicie, że niejednolity skład etniczny grup społecznych wpływa dewastująco na kapitał społeczny. Kapitał społeczny, czyli zaufanie, skłonność do kooperacji, dbałość o wspólne sprawy, poświęcenie dla lokalnej wspólnoty. Jednym słowem – wygląda na to, że w tego typu społeczeństwach, jak francuskie, niemieckie, czy amerykańskie (to społeczeństwo badał Putnam) koniecznym wynikiem jest apatia, zamknięcie się w czterech ścianach przed telewizorem. To zaś wzmacnia zuchwałość przestępców, poczucie bezkarności. Zobaczcie na ludzi w pokazywanym wczoraj autobusie, czy na kierowcę. Bezradność!
Ale nie należy tego rozpatrywać jako jednostkowego przypadku! Przypomnijmy sobie rozruchy na przedmieściach Paryża i Lyonu w ostatnich kilku latach, przypomnijmy sobie relacje znajomych po wizytach we Francji (dziś rozmawiałem na ten temat z Koleżanką – opowiada o wszechobecnym strachu przed kolorowymi, społecznej dyrektywie nie patrzenia na nich w metrze, nie mówienia o nich w rozmowach, o tym, że konduktorzy wsiadają po siedmiu i wygladają jak antyterroryści)... To dzieje się dziś. Kilkaset kilometrów stąd.
Zaciekawił mnie jeden z komentarzy na którymś z forów, na których robiłem wczoraj jubel na powyższy temat (skutek – ponad 500 odwiedzin gnyszkobloga, oraz ponad 10 000 odwiedzin newsa na Frondzie!)... autor napisał, że być może ten, kto zmontował film z kamer w autobusie, a więc potencjalnie pracownik autobusów, albo ochrony, zrobił to w akcie milczącego wołania o pomoc! Myślę, że coś w tym jest.

myśl na dziś
Nie miej wątpliwości: Serce zostało stworzone po to, żeby kochać. Napełnijmy więc Panem Jezusem wszystkie nasze miłości. Inaczej, niewypełnione serce się mści i zalewa się najgorszymi nikczemnościami.
św. Josemaria Escriva, Bruzda, nr 800



niedziela, 22 marca 2009

Michał Cichy o "cynglach"

Cezary Michalski: Nie trafił pan do "Gazety Wyborczej" ze środowisk postkomunistycznych czy lewicowych, żeby krzewić historyczny kompromis w obronie własnych interesów biograficznych czy fascynacji ideowych.
Michał Cichy*: Oczywiście, że nie. To w ogóle nie był klucz naboru do "Wyborczej". Wręcz przeciwnie - takimi kluczami były "Tygodnik Mazowsze", opozycja... A moje życiowe zaangażowanie zaczęło się od tego, że w roku 1981 jako 14-latek dostałem się do liceum im. Rejtana, gdzie zaraz zapisałem się do słynnej warszawskiej drużyny harcerzy, Czarnej Jedynki. Udzielali się w niej kiedyś bracia Kijowscy, Antoni Macierewicz, Piotr Naimski czy Ludwik Dorn. Z Dornem byłem nawet kiedyś na obozie harcerskim. Podczas tego obozu okazało się, że konserwy wypełnione rzekomo sardynkami dla harcerzy zawierały tak naprawdę miniaturowe wydanie pisma trockistowskiej Międzynarodówki. Nigdy nie zapomnę tego uczucia zawodu, jakie głodny harcerz odczuwa na widok pisma Międzynarodówki trockistów. Dodatkowo moim nauczycielem polskiego był Ireneusz Gugulski, słynny "Gugul". 13 grudnia został internowany i od tego się zaczęło. Wcześniej w domu była "Wolna Europa" i jakieś numery "Zapisu". Moja rodzina miała kontakty z opozycją, ale polegały one wyłącznie na tym, że byliśmy odbiorcą niektórych, bardziej elitarnych pism podziemnych. Może nie tyle podziemnych, co nieoficjalnych, bo tak chyba należałoby klasyfikować np. "Zapis". Od tego się zawsze zaczynało. W 1981 roku wszystko było bardziej intensywne. Kiedy dostałem się do liceum, było już po Bydgoszczy i wydawało się, że zaraz dojdzie do wojny domowej. Na korytarzach sprzedawano nielegalne pisma. To był rzeczywiście karnawał.
---
Jak pan spędził lata 80.?
Trochę knując, trochę romansując z dziewczętami, za którymi ciągnęła się legenda, że pracują dla podziemia. Jeszcze w latach 80. współpracowałem ze środowiskiem Macierewiczowskiego "Głosu". A także z "Przeglądem Katolickim", gdzie poznałem m.in. Leona Bójkę, którego później spotkałem w "Gazecie Wyborczej". Fascynowałem się ucieczką Narożniaka, ukrywaniem się Bujaka, wszystkim, co miało w opozycji taki bardziej wojskowy charakter. Choć jednocześnie fascynowała mnie także druga część tradycji KOR-owskiej, ta związana z nazwiskami Jacka Kuronia i Adama Michnika.
---
Chodził pan na manifestacje?
Oczywiście. 3 maja 1982 roku zamiast na lekcje angielskiego do hrabiny Zofii Dembińskiej poszedłem pobawić się z milicją w ganianego. Swoją torbę z książkami zostawiłem w oknie mieszkania na parterze przy ulicy Mostowej na Nowym Mieście. Pamiętam jak pani, u której zostawiłem tę torbę, zapytała mnie przerażonym głosem: "Synku, ale nie ma tu granatów?". Z jednej strony podobało mi się to, że jest zadyma, a ja jestem taki odważny. Natomiast skandowanie "Gestapo! Gestapo!" wydawało mi się nie na miejscu. Naprzeciwko nas stali chłopcy z poboru w naszym wieku. Ja stałem na placu Zamkowym, gdzie wjechała armatka wodna polewająca nas lekko barwioną wodą, żeby można było później rozpoznawać manifestantów. Pałowania tam jednak nie było, był tylko gaz. W pewnym momencie, kiedy uciekaliśmy przed tym gazem, trafiłem na Rynek Starego Miasta i zobaczyłem oblężenie komisariatu na Jezuickiej, w którym rok później zabito Przemyka. Kiedy ci milicjanci znaleźli się pod dużym naciskiem i nie mieli odsieczy, zaczęli strzelać na wprost czerwonymi i zielonymi racami. Odbijały się one od bruku i koziołkowały w nieprzewidywalnych kierunkach. Wtedy zdałem sobie sprawę, że można tam zginąć. Doszedłem do wniosku, że tego typu manifestacje nie są dla mnie.
---
Mijają kolejne lata, zadymy się kończą, trzeba zacząć dorastać. Jaki pan ma pomysł na siebie?
Uważałem się za niedokształconego, więc postanowiłem pójść na studia, na których mnie wreszcie wszystkiego nauczą. Wybrałem historię. Mój wybór nie miał żadnego związku z planami zawodowymi. Nie zamierzałem wtedy pracować, tylko spędzić życie na walce z "czerwonym". Nie obchodziły mnie żadne perspektywy "zawodowego awansu". Na studiach szybko ściąłem się jednak z kolegami z Niezależnego Zrzeszenia Studentów. Pierwszym przedstawicielem tej organizacji, będącej wtedy jeszcze w powijakach, dopiero odbudowującej się po stanie wojennym, był niejaki Piotrek Ciompa. Bardzo miły człowiek, ale poszło o to, że zgłosiłem swoją kandydaturę na starostę roku. Tymczasem NZS postanowił, że to ich kandydat ma wygrać. Po raz pierwszy pokazano mi tam wyraźnie, że nieważne jest, kim jesteś, ale z kim trzymasz. Bardzo chętnie bym się do nich wówczas zapisał, ale nikt mnie nie zaprosił. W związku z tym Ciompa wygrał.
---
I dlatego NZS panu podpadł?
Nie dlatego. Zawsze i wszędzie przynależność natury ekskluzywnej, a zwłaszcza tajnej, źle się kończy. Takie organizacje są dobre na czas wielkiego kryzysu, ostrej walki, ale w warunkach wolnościowych przekształcają się w koterie, powodując zidiocenie swoich członków. Nie dopuszczają głosów z zewnątrz i trzymają się tylko coraz bardziej kurczowo swojej ortodoksji. Zajmują się przede wszystkim pilnowaniem spójności. Taki los spotkał wszystkie tego typu środowiska, jakim się przyglądałem. Zarówno wiele środowisk prawicowych, np. pampersów, jak i środowisko "Gazety Wyborczej", które przeżyło swoją wielkość w latach 1989 - 1996, a potem był już tylko zjazd. Obecnie to, co się nazywa "Gazetą Wyborczą", jest już tylko wydmuszką. Rynek ich wycenił. I płaci dzisiaj za akcję Agory już nie ponad sto złotych, ale złotych dwanaście.
Jak pan trafił do "Wyborczej"?8 maja 1989 roku, po wyjściu z zajęć na uniwersytecie, szedłem Krakowskim Przedmieściem, próbując kupić pierwszy numer "Gazety Wyborczej", ale wszędzie była już wykupiona. Szedłem w stronę domu na Sobieskiego i kiedy byłem już na Belwederskiej, pomyślałem, że z tego miejsca do siedziby tej mitycznej redakcji na ulicy Iwickiej jest bardzo niedaleko. Wszedłem do budynku redakcji, otoczył mnie niesamowity rejwach i atmosfera gorączkowego podniecenia. Bardzo mi się to spodobało. Poszedłem do sekretariatu, gdzie spotkałem panią Małgosię Wołyńską i panią Zosię Floriańczyk, i zapytałem, czy mógłbym gdzieś dostać pierwszy numer gazety. Nagle jak spod ziemi wyrósł jakiś malutki, rudy, brodaty człowiek. Popatrzył na mnie z dołu bezczelnym wzrokiem i powiedział: "Nie mamy żadnego egzemplarza". Wówczas, nie wiadomo czym podkuszony, zapytałem: "Mam w takim razie drugie pytanie - może wam w czymś pomóc?", na co ten człowiek odpowiedział: "Trzeba było zacząć od pytania nr 2". Był to Grzegorz Lindenberg, pierwszy szef wydawnictwa "Gazety Wyborczej", później wyrzucony stamtąd po konflikcie z Heleną Łuczywo, twórca "Super Expressu", pierwszego polskiego tabloidu, który odniósł sukces bez kopiowania obcych wzorów. Lindenberg przyjął mnie w charakterze pomocy redakcyjnej. Moje pierwsze zadanie polegało na kupieniu dwóch kwiatów doniczkowych do sekretariatu. Drugie zlecenie polegało na zawiezieniu listu do PAP, a trzecie - na zawiezieniu artykułu do cenzury. Potem spotkałem na korytarzu Leona Bójkę. Kiedy Bójko zorientował się, że posługuję się dość płynnie pięcioma obcymi językami, zostałem przyjęty do działu zagranicznego do zdzierania teleksów z maszyn i sortowania ich według języka. Dziennikarze działu zagranicznego zbierali te kupki i pisali na ich podstawie notki. Z biegiem czasu zacząłem je pisać sam. Potem zacząłem je redagować i szybko zostałem redaktorem prowadzącym w dziale zagranicznym. Po kilku miesiącach zostałem wchłonięty przez sekretariat redakcji i prowadziłem już całe numery. W tamtych czasach nie ograniczało się to do opieki nad pierwszą stroną. Było to faktyczne redagowanie numeru od kolumny pierwszej, przez wszystkie wewnętrzne, aż do kolumny sportu na stronie 16 czy 24 - nie pamiętam, ile stron miała wówczas "Gazeta". Do tego dochodziły nocne wycieczki do Domu Słowa Polskiego na Miedzianą 10, gdzie nadzorowaliśmy metrampaży i zecerów, którzy składali to w ołowiu i drukowali. Początki mojej kariery były błyskawiczne.
---
Kiedy poznaje pan Michnika i zaczyna pisać teksty ważne dla linii redakcyjnej "Gazety"?
Adama poznałem stosunkowo późno. Oczywiście obserwowałem go na kolegiach. Na początku zachwyciłem się jednak Heleną Łuczywo. Pierwszy raz zetknąłem się z nią po 2 - 3 dniach od rozpoczęcia pracy. Wówczas redakcja mieściła się w sławnym żłobku na Iwickiej, który miał strukturę amfilady. Najbardziej cenione były więc te dwa krańcowe pokoje, które w amfiladzie nie były. Można się tam było zebrać wokół dużego stołu i knuć w pewnej izolacji. W jednym z tych pokojów był sekretariat redakcji, a w drugim archiwum. Większość najważniejszych kolegiów na pierwszym etapie istnienia "Gazety" odbywała się w archiwum. Mnie tam strasznie ciągnęło. Pewnego dnia drzwi do pokoju były uchylone. Wetknąłem głowę i nagle koło mnie pojawiła się jakaś kobieta, której nigdy wcześniej nie widziałem i która powiedziała krótko "Nie wchodź tu". Tak po raz pierwszy spotkałem Helenę Łuczywo i od razu poczułem, że jest to ktoś wielki, od kogo nauczę się wszystkiego. Adam Michnik nigdy nie był redaktorem naczelnym "Gazety". Należy to wydrukować wersalikami. On był ideologiem "Gazety", jednak jego wpływ zarówno na pracę redakcji, jak i na kształt gazety ograniczał się wyłącznie do stron publicystycznych, do komentarzy i działu politycznego. Całością "Gazety" zawsze zarządzała Helena.
---
Zaczyna się wojna na górze i "Gazeta Wyborcza" staje po jednej ze stron, mimo że powstała jako pismo całej "Solidarności".
To był nasz wybór. Oczywiście ludzie, którzy się z tym wyborem wtedy nie zgadzali, prędzej czy później z redakcji odchodzili. Moim zdaniem zupełnie niepotrzebnie. Przyjaźniłem się z Krzysztofem Leskim, który był dla mnie wspaniałym autorytetem przede wszystkim jako pistolet z czasów podziemnego "Tygodnika Mazowsze" (po drugie wiedziałem, że jest synem legendarnego generała Kazimierza Leskiego, który jako generał Hallman przejechał całą okupowaną Europę i zrobił inspekcję wału atlantyckiego dla AK). Miałem dla Krzyśka wielki szacunek i bardzo żałowałem, że poróżnił się z Michnikiem i Heleną w sprawie wojny na górze. Uważałem i nadal uważam, że lepiej byłoby dla niego pozostać w "Gazecie" i wpływać na nią swoim pisaniem od środka, niż urządzać jakąś demonstrację, której nikt nie zauważył. Leski był jednym z reporterów numer jeden w "Gazecie". Teraz ma jakieś programy w TVP Info, ale, prawdę mówiąc, mało kto wie, że taki reporter istnieje.
---
To jest argument siły. W rodzaju słynnego dzieła "Nim będzie zapomniany".
Nie zgadzam się. Obozy warowne tworzyły się wtedy po obu stronach. Trzeba było zrobić tak, jak zrobił Wojtek Załuska, który miał poglądy podobne jak Krzysiek i został w "Gazecie Wyborczej" aż do ostatniej rzezi, czyli zwolnień grupowych w 2009 roku. Dzięki temu, że nadal pisał teksty w dziale politycznym (który od końca lat 90. był zdominowany przez sztampę intelektualną najgorszego rodzaju) można tam było przeczytać coś, co znamionowało ślady samodzielnego myślenia. Uważałem i uważam, że wolność i demokracja zasadniczo zmieniają reguły gry. Wolność słowa zobowiązuje nas do rozmawiania z każdym. Zgadzałem się z Michnikiem zarówno co do konieczności historycznego kompromisu, jak i co do lustracji. Ale w jednej sprawie Michnik myślał inaczej. Uważał, że ktoś, kto go "nikczemnie atakuje" - słowo "nikczemnie" było używane często - nie zasługuje na podanie ręki i rozmowę.
---
Wojna na górze jednak się zaostrza i obozy warowne powstają przez całe lata 90.
Młoda prawica - także pańskie ówczesne środowisko - uważaliście "Gazetą Wyborczą" za taki obóz warowny, więc wystawialiście naprzeciwko niej własne obozy. Na przykład telewizję Walendziaka. Napisałem kiedyś tekst o środowisku pampersów, ale nie został puszczony do druku jako nazbyt koncyliacyjny. Do napisania tego tekstu w wersji, która już została w "Gazecie" opublikowana, wyznaczono więc "cyngla" Michnika, czyli Pawła Smoleńskiego, który zawsze potrafił w lot odgadnąć, jaki tekst ma napisać, by podobał się szefowi. Drugim z tych "cyngli" jest Agnieszka Kublik, która dysponuje podobną zdolnością jak Smoleński. Paradoks sposobu redagowania "Gazety" przez Michnika polegał na tym, że ludzie atakujący nas uważali, że Michnik wydaje swoim "cynglom" określone polecenia. Nawet pan, gdy pisał swój artykuł "Zniewolony umysł III RP", napisał, że "Alfa otrzymał od redaktora polecenie napisania artykułu o Żydach mordowanych przez żołnierzy AK podczas Powstania Warszawskiego". Nikt mi nigdy nie wydał żadnego polecenia, bym napisał jakiś tekst.
---
Ale dla nas, na zewnątrz, naprawdę nie było istotne, czy Smoleński pisze swoje teksty, żeby się Naczelnemu przypodobać, czy dlatego, że Naczelny mu kazał. Krążyła anegdota, że po pierwszym tekście Smoleńskiego na temat motłochu popierającego Wałęsę Michnik podziękował mu wielkim bukietem róż wręczonym w obecności reszty redakcji.
Adam zawsze jest czarujący wobec ludzi, których lubi, i pełen agresji wobec tych, na których się zawiódł. Jest postacią dwuwymiarową. Podkreślanie tylko jego demonicznej strony i pomniejszanie go przez takich jego adwersarzy jak Rafał Ziemkiewicz czy Piotr Semka jest dla niego krzywdzące i źle świadczy o nich.
---
Wie pan, że "miłość" czy "uwodzenie" Michnika może się komuś nie podobać jeszcze bardziej, niż jego ataki wrogości.
Ale cóż poradzić na to, że Michnik jest uwodzicielem. Zawsze lubił uwodzić kobiety i intelektualistów. W obu wypadkach był bardzo skuteczny, chyba nawet bardziej skuteczny niż Don Giovanni. Bardzo lubił także używać ludzi. Mówiło się o nim często "manipulator". Owszem, manipulowanie nie jest specjalnie przyjemną cechą charakteru, ale ta historia ma dwie strony. Do tego, żeby kogoś uwieść, potrzeba jego zgody. Michnik niesłychanie twardo testował odporność duchową i psychiczną wszystkich polskich inteligentów, którzy dusze mają miękkie jak kisiel. Kto najbardziej nienawidził Michnika? Porzucone przez niego kochanki płci męskiej: Herbert, Burek, Rymkiewicz...
---
Wróćmy jednak do pana drogi w "Gazecie". Czy pana Michnik uwodzi?
Imponuje mi, a potem przyjaźnimy się ze sobą. Ale w "Gazecie Wyborczej" miałem zupełnie innego mistrza, płci żeńskiej, czyli Helenę Łuczywo. Dla mnie Helena jest postacią rangi historycznej, nie można jej porównywać ze współczesnymi postaciami. Ze znanych mi ludzi, którzy w XX wieku żyli w Polsce, mogę ją porównać tylko do Celiny Lubetkin, która była żoną Antka Zukiermana, dowódcy ŻOB. I faktyczną dowódczynią powstania w getcie. Misja Heleny, która jest stuprocentową Żydówką, polegała zawsze na chronieniu polskich Żydów przed jakimkolwiek złym losem. To zadanie wykonała w stu procentach. Była komendantką ŻOB w latach 90. Nie można się dziwić, że ona ze swoim zapleczem kulturowym i genetycznym nie była specjalnie wrażliwa na to, że mordowano księży po 1981, czy że generał Fieldorf był ofiarą mordu sądowego, w którym brała udział sędzia Wolińska. Misją Łuczywo było ratowanie sędzi Wolińskiej i wszystkich, obojętnie jak zapisanych w historii Polaków żydowskiego pochodzenia przed jakimkolwiek nieszczęściem. Także przed naprawdę istniejącym tutaj antysemityzmem.
---
Rozumiem tę interpretację, ale nie do końca się z nią zgadzam. W Polsce jest antysemityzm, ale nie każda krytyka komunizmu, nawet w wykonaniu prawicy, miała podtekst antysemicki. I nie każdy polski Żyd miał za sobą uwikłanie w komunizm. Choć rozumiem powody, dla których Żydzi komunizm akceptowali. II RP nie była dla nich rajem, a Jedwabne jest znakiem czegoś jeszcze bardziej obrzydliwego. Ale Mieczysław Grydzewski to przecież także był Żyd, w dodatku jako redaktor "Wiadomości Literackich" był prawdziwym polskim liberałem, a później, w Londynie, był jednym z najbardziej zajadłych antykomunistów, nienawidzącym PRL i lojalnym wobec II RP. Było bardzo wielu takich Żydów. A największa emigracja Żydów z Polski to nie rok 1968, ale druga połowa lat 40., kiedy zamiast komunizmu wybierają Izrael. Doświadczenie komunistyczne to tylko jedno z doświadczeń Żydów w Polsce, a "Gazeta Wyborcza" czyniła je doświadczeniem najważniejszym, najbardziej reprezentatywnym, w związku z tym antykomuniści mogli obrywać z paragrafu antysemickiego, nawet jeśli antysemitami nigdy nie byli i nawet się reaktywnie nimi nie stali.
W zasadzie ma pan rację. Ale proszę jednocześnie pamiętać: problem polega na tym, że każdy widzi dookoła siebie tyle, ile może. Bardzo istotne jest to, kto się skąd wywodzi, jakie ma doświadczenia i czym nasiąka przy rodzinnych herbatkach i śniadaniach. Nie można mieć pretensji do Heleny Łuczywo, która była córką funkcjonariusza komunistycznej cenzury, Ferdynanda Chabera, że jej punkt odniesienia obejmował to środowisko, z którym miała do czynienia.
---
Pokolenie stanu wojennego, nawet jego prawicowa część, nie było Leszkami Bublami, więc mieliśmy prawo wtedy powiedzieć, że się w tę zabawę bawić nie chcemy i nie będziemy utożsamiać Agory ze sprawą żydowską. A problem komunistycznej przeszłości to tyleż problem żydowski co polski. Mnie etniczne kryteria wcale nie kręcą.
Ale jak pan ich nie bierze pod uwagę, to pan nic nie zrozumie. Tak się składa, że ludzie Agory byli w większości pochodzenia żydowskiego. Nie było to ani żadnym przypadkiem, ani żadnym powodem do wstydu. Ale nie można oczekiwać od ludzi z takim backgroundem, że nagle staną się piewcami Narodowych Sił Zbrojnych.
---
Ja też nie jestem piewcą Narodowych Sił Zbrojnych i nie widziałem powodu, dla którego "Wyborcza" miałaby uznawać każdego swojego polemistę czy przeciwnika za NSZ-owca. Widziałem też, jak na prawicy zaczyna się szeptanka na temat "żydokomuny" i tolerancja na tę szeptankę. I to też było złe. Nie rozumieliśmy rozmiarów traumy marcowej. O tym wszystkim należało rozmawiać, ale się nie dało.
O tym, kim się jest, decyduje środowisko, w jakim się żyje. Instynktownie przejmujesz pewne zachowania, myśli i sformułowania. Naczelnym pragnieniem każdego człowieka jest, po pierwsze unikanie problemów, a po drugie uzyskanie pochwały od stada swoich szympansów. To bardzo silny mechanizm wzbudzania pozytywnego konformizmu, bez którego umieramy.
---
Czasami zmieniamy lojalność.
Ale to wiąże się z wyklęciem z dotychczasowej grupy.
---
Czasem dzięki temu powstaje poczucie, że się jest jednostką.
Ja jestem przeciwko indywidualizacji. Uważam, że każdy z nas powinien być indywidualnie wolny, ale każdy z nas powinien mieć także świadomość swojej przynależności i tego, jaką formę to nakłada na nasze życie. Dobrze, że wspomniał pan o wydarzeniach Marca ’68. Pozwolę sobie wygłosić krótką definicję tego, co znaczy pokolenie. Pokolenie to coś takiego, co formuje się pod wpływem zwrotnego punktu w historii, w momencie kiedy mamy mniej więcej 22 lata. Michnik i Helena w marcu 1968 roku mieli dokładnie 22 lata. Byli w sytuacji rocznika Krzysztofa Kamila Baczyńskiego czy Tadeusza Różewicza w roku 1944. Nie ma się co dziwić, że powstańcy warszawscy do dziś nimi pozostają i do dziś toczą walki na barykadach. Tak samo nie można się dziwić, że Michnik ciągle mentalnie jest w marcu 1968 roku. Zdziwiłbym się, gdyby on był w stanie się od tego uwolnić. Trauma, której wtedy doznał, nie polegała na tym, że państwo komunistyczne wzięło się za komandosów. Polegała na tym, że państwo komunistyczne za pośrednictwem Mieczysława Moczara sięgnęło po kombatantów Armii Krajowej i zyskało sobie wśród nich autentyczne poparcie na glebie antysemityzmu. To jest przerażenie, które Michnika po dziś dzień nie opuściło.
---
Uderzenie przez "Gazetę Wyborczą" w powstanie jako pogrom na Żydach było więc reakcją na…
...na Moczara, to ciągle jest walka z Moczarem. AK-owcy, kombatanci ze zgrupowania "Radosław", poszli wówczas za Moczarem. Więc za to dostali. Istnieje prawda faktów i prawda faktów jest taka, że wszyscy Żydzi zastrzeleni przez ludzi z opaskami AK i NSZ, o których pisałem, rzeczywiście zostali zastrzeleni. Jest także prawda duchowa i symboliczna, która jest następująca: nie należało tego tekstu publikować w 1994 roku w "Gazecie Wyborczej". Na 50. rocznicę wybuchu Powstania Warszawskiego.
---
Mamy pokolenie 1968 roku z jego traumą marcową i mamy pokolenie stanu wojennego z jego traumą. Michnik obsługuje traumę własną, ale niespecjalnie jest czuły na traumę młodszych. Nie tylko uprawia politykę z generałami - co bym nawet zrozumiał - ale musi się popisywać swoimi wobec generałów uczuciami. Na nas to działa tak jak na Michnika zadawanie się kombatantów ze zgrupowania "Radosław" z Moczarem. Zaczynamy na Michnika psioczyć. Michnik udaje, że tego nie rozumie, a jego "cyngle" coraz bardziej w pokolenie stanu wojennego - szczególnie w jego prawicową część - nawalają. Efekt jest taki, że zamiast rozmowy, a nawet polityki, mamy przepychankę traum i wrażliwości, która daje w efekcie piekło. A dzisiaj moi rówieśnicy są gotowi symbolicznie dekomunizować SLD, a nawet Agorę, choćby pod wodzą Kryżego, Karskiego czy Wassermanna, bo wierzą, że to będzie akt sprawiedliwości za pałowania w latach 80. i za artykuły "cyngli" Michnika z lat 90.
Albo pod wodzą Kaczmarka, Kornatowskiego, dowolnego oportunisty, który się zasłużył. Ale nadzieja, że Michnik uszanuje emocjonalne potrzeby młodszego pokolenia, była nierealna. A to z prostego powodu: nie może pokolenie młodsze stawiać warunków pokoleniu starszemu.
---
Dlaczego?
Bo jest słabsze. Bo jest z natury słabsze, ma mniej pieniędzy, mniej znajomych, mniej kontaktów, mniej doświadczeń. I w takim konflikcie oberwie.
---
Faktycznie, pokolenie stanu wojennego obrywało od "marcystów", ale też oddawało. Zabawa zrobiła się głupia i jałowa. "Wyborcza" też jej nie wygrała.
Ja w tym nie uczestniczyłem, miałem kolegów także po drugiej stronie. Nie byłem "cynglem". Grześ Górny z "Frondy" był swego czasu naszym kolegą z działu reportażu, znałem go. Znałem Jacka Łęckiego, kiedy przyjechał z Lublina i pracował w "Gazecie", wiedziałem, że to jest porządny człowiek. Nigdy nie przyłożyłem ręki do żadnego ataku ani nie pozwoliłem nikomu, kto pracował pod moim parasolem w moim dziale, przyłożyć ręki do jakiegokolwiek ataku na was. Kierowałem przez 5 lat działem kultury i dodatkiem książkowym, kiedy jeszcze istniał. Kiedy byłem redaktorem działu kultury w latach 1993 - 1998, na łamach "Gazety" drukowani byli zarówno Wisława Szymborska ze swoimi "Lekturami nadobowiązkowymi" czy Sławomir Mrożek ze swoimi felietonami i rysunkami, jak i "brulionowcy". Był Andrzej Stasiuk publikujący recenzje i eseje, które złożyły się później na "Tekturowy samolot", moim zdaniem najciekawszy jego tom esejów, a może w ogóle najciekawszy od czasu "Ziemi Ulro" tom esejów, jaki się po polsku ukazał. Ale ponieważ dotyczył popkultury, więc intelektualiści go po prostu nie zauważyli. Publikował wtedy w moim dziale swoje wiersze Jacek Podsiadło, sam robiłem z nim wywiad, gdy dostał Nagrodę Kościelskich. Kontaktował się z nami Marcin Świetlicki, chociaż z nim nigdy nie miałem "dobrej chemii".
---
Mówi pan trochę tak jak poczciwy sekretarz od kultury w KC PZPR. Jak jakiś Tejchma: "Ja wybitnych pisarzy z mojego pokolenia ratowałem". Ale przy okazji wykańczano resztę jako fanatyków, a jak Jerzy Sosnowski nie chciał pisać o "bruLionie" czy "Frondzie" jako o "prawicowych dziarskich chłopcach", tylko w sposób nieco bardziej skomplikowany, to mu cykl tych recenzji zabrano.
Jerzemu rzeczywiście odebrano ten cykl. Ale prawda jest taka, że Jerzy chciał być wtedy nadwornym publicystą "Gazety Wyborczej" i nie chodził do mnie, tylko działał bezpośrednio przez Michnika. Ponieważ chciał być kochany przez Naczelnego i jego afiliacja była bezpośrednio przy Naczelnym, to w związku z tym zależał od Jego decyzji i kaprysów. A co do wykańczania prawicowej części pokolenia stanu wojennego, to po pierwsze ono nie było bezbronne - o telewizji Walendziaka już powiedziałem, a przecież było wiele innych instytucji. A po drugie ja w tym nie uczestniczyłem, pracowałem jedynie w "Gazecie", na której łamach w innych działach ukazywały się niesprawiedliwe artykuły was wykańczające. Wiem, że to może brzmi nieco dwuznacznie, ale taka jest prawda. Na łamach działu kultury i na łamach "Gazety o Książkach", kiedy nią kierowałem, nigdy nie ukazał się żaden niesprawiedliwy tekst o pampersach, "bruLionie" czy kimkolwiek innym. Drukowałem ludzi, którzy wyszli z "bruLionu", ludzi, których uważałem i uważam nadal za wybitnych artystów i pisarzy. I wielokrotnie natykałem się na rozmaite uśmieszki Michnika, który pytał, czy chcę zrobić w "Gazecie" jakiś "bruLion bis".
---
My wtedy widzimy, polemizując z "Gazetą Wyborczą", że sami jesteśmy rzeźnikami, i piszemy ostro, ale oni też na pewno są rzeźnikami. Czemu zatem jedna ze stron ma uchodzić za moralistów? Także w oczach inteligenckiego salonu, który nie widzi trupów zamiatanych pod dywan, ale jak z nami rozmawia, to pyta zdumiony: "Skąd w was tyle nienawiści do Adama? Przecież on wszystkich kocha".
Jeśli chodzi o moralizm, Michnik naprawdę uważa się za moralistę. To jest wielowymiarowa postać, którą da się opisać tylko przy użyciu wyrafinowanych oksymoronów. On jest wyjątkowo oksymoroniczny, bo jest skrajnie amoralnym moralistą. Moim zdaniem źródłem największej nienawiści do Michnika jest to, że uważa się go za kogoś w rodzaju fałszywego proroka, za faceta, który zachowuje się jak kaznodzieja, mówi innym, jak należy się zachowywać, co jest moralne, a co nikczemne. Najpiękniejszy oksymoron opisujący to, o czym mówimy, na który natknąłem się w swoim życiu, brzmi: "otyły dietetyk". Michnik jest otyłym dietetykiem. Wszyscy to widzą poza nim samym. Michnik wygłosił kiedyś zdanie, które mi się bardzo mocno wryło w pamięć: "Nie jest bez znaczenia, kogo udajesz; nawet jeżeli jesteś hipokrytą, to jeżeli udajesz świętego, a masz naturę węża i lubisz tylko syczeć uwodzicielsko, a później dusić albo gryźć, to jeżeli udajesz świętego, mając taką naturę, to i tak jesteś troszkę lepszy, niż gdybyś nie udawał". Istnieją pewne pożytki nawet z hipokryzji. Adam potrafił ją wykorzystywać także do dobrych celów. Na przykład do ucywilizowania SLD.
---
Absolutna zgoda co do hipokryzji. Powinno się udawać lepszego od siebie, bo to zawsze człowieka podnosi. Ale jak się udaje Chrystusa i jedną ręką pokazuje stygmaty, a drugą kogoś dusi, to taka dwulicowość już standardów moralnych, a nawet politycznych, w niczym nie poprawia. Wytwarza tylko konflikty w miejscach niepotrzebnych.
Ja to doskonale rozumiem, chcę panu tylko powiedzieć, że gdyby Michnik był postacią tak jednoznacznie padalcowatą i nikczemną, jak maluje go polska prawica, nigdy w życiu nie stworzyłby wokół siebie takiego środowiska wiernych i wpatrzonych w niego wyznawców.
---
Czemu nie udało się panu pańskiej strategii relatywnej miłości i względnie czystych rąk upowszechnić w innych działach "Gazety", gdzie pisano o "ciemnogrodzie", wywlekano wrogom sprawy osobiste, a chłopców z "Frondy", istotnie pokręconych tak jak prawie wszyscy tutaj, od razu wciskano w buty faszystów?
Na głupotę starszych nie ma lekarstwa. Możesz wpływać tam, gdzie sięgają twoje kompetencje. Moje kompetencje były takie, jakie były, ja byłem wtedy zaledwie dowódcą kompanii w tej gazecie. Owszem, Michnik mówił ze łzami w oczach, że zrobi mnie swoim następcą, ale wyszło z tego tyle, ile ze wszystkich jego obietnic pod adresem wszystkich, to znaczy dwa lata później przestał się do mnie odzywać, ponieważ odmówiłem wykonania jego polecenia zaszlachtowania amerykańskich Żydów za to, że Hannah Arendt oskarżyli o antysemityzm w związku z "Eichmannem w Jerozolimie". Dostałem plik kartek po angielsku, czyli w języku, którego Michnik nie zna, z poleceniem napisania na podstawie tych kwitów szybkiego eseju. Powiedziałem, że po pierwsze muszę się przygotować, poczytać książki, bo nie mam wystarczających kompetencji w tej sprawie, a po drugie uważam, że oni trochę mieli rację, bo Hannah Arendt sama była wtedy za szybka.
---
To bardzo ezoteryczny powód rozstania się.
To nie jest ezoteryczny powód. Odmówiłem bycia "cynglem", choćby w takiej - jak to pan sugeruje - subtelnej sprawie. To był pierwszy raz, kiedy Michnik próbował mi coś w taki sposób zlecić, próbował ze mnie zrobić Smoleńskiego, a ja Smoleńskim zostać nie chciałem. On zaczął na mnie wrzeszczeć, że mam przynieść tekst, zaczął na mnie bluzgać. My zawsze bluzgaliśmy w redakcji, z Helenką i z Adamem, ze wszystkimi - to było środowisko, w którym ja się do pewnego momentu czułem rzeczywiście wolny. Dla mnie wolność polegająca na tym, że się chodzi w krawacie i w marynarce i nie używa brzydkich słów, to jest g..., nie wolność, natomiast w momencie, kiedy Adam zaczął na mnie wsiadać i zaczął mi grozić, że mnie ześle do działu internetu, gdzie Helenka ze mnie zrobi pracownika, który będzie zasuwał od dziewiątej rano do dziewiątej wieczór, ja mu powiedziałem: "Stary, ty mnie chyba masz za kogoś innego, ja nigdy nie piszę na zamówienie". On wtedy krzyknął do mnie "won!" i wyrzucił mnie z gabinetu, po czym przestał się odzywać, a przecież wcześniej byliśmy przyjaciółmi i ja go nadal uważam za kogoś w rodzaju swojego zastępczego ojca - trochę taką rolę w moim życiu odegrał, tylko przegapił moment, w którym sam zaczął tracić siły. Jest taki moment w życiu człowieka starzejącego się, którego nie można przegapić - moment, kiedy trzeba nauczyć się mieć sojuszników w młodszych. Michnik przegapił ten moment, bo on zawsze był tak silny, że wydawało mu się, że może zaszlachtować żyletką każdego. Przeliczył się i poniósł za to karę, która mu się należała.
---
*Michał Cichy, ur. 1967, historyk, specjalista od XVII i XX wieku. Wieloletni współpracownik Muzeum Holokaustu w Waszyngtonie. Dziennikarz i publicysta "Gazety Wyborczej" od chwili jej powstania. W latach 1993 - 1998 kierownik działu kultury "Gazety" i redaktor nieistniejącej już "Gazety o Książkach". W latach 1997 - 2002 współtwórca i sekretarz Nagrody Nike.
Informuje on czytelników DZIENNIKA, że na znak zaufania do rozmówcy zrezygnował z autoryzacji wywiadu.
(Powyższy tekst został zaproponowany przez Michała Cichego)



ciekawostki:

Pierwsze w Polsce profesjonalne szkolenie giełdowe!
Aktualny PageRank strony maciejgnyszka.blogspot.com dostarcza: Google-Pagerank.pl - Pozycjonowanie + SEO