wtorek, 4 listopada 2008

[4 XI 2008] piniążki, Panie, piniążki!

pieniążki, pieniążki
wystrzegam się generalizowania w oparciu o kryterium narodowościowe, ale poniższe rozważania aż proszą się o to, by rozpocząć je od sakramentalnych dla ętelektualistów z Czerskiej sformułowania „A, bo w Polsce, to...” albo lepiej: „Eeee, w tym kraju to...”.
Nie zacznę więc w ten sposób, ale proszę wiedzieć, że gdybym nie był sobą, tylko kimś innym – zacząłbym. Druga uwaga, zanim zacznę, jest tej materii, że tekst ów dotyczy zarówno konkretnej sytuacji, jak i rzeczywistości w ogóle. Być może nawet opisuje pewną ogólną właściwość natury ludzkiej.
Wyobraźmy sobie następującą sytuację – do jednego z blogerów przychodzi kolega i pogadawszy sobie chwilkę, przechodzi na temat jego bloga. Od słowa do słowa... pojawia się temat reklamy kontekstowej, która jest na blogu tego pierwszego. „No, i jak tam? Kiedy ostatnio kliknąłeś?” - pyta bloger. Kolega zaś na to: „Iiiii tam, ja u Ciebie nie klikam, Ty masz za dużo pieniędzy”.
Możemy sobie wyobrazić także i drugą możliwość odpowiedzi - „To u Ciebie są jakieś reklamy? No, cóż, korzystam z AdBlocka i ich nie widzę”.
Jakkolwiek jest, w obu przypadkach skutek jest podobny – bloger za swoją pracę (a umówmy się, że pisanie bloga, to forma publicystyki, niekiedy nawet aktywności artystycznej, społecznej, czy apostolskiej) nie dostaje wynagrodzenia, jakiego się spodziewał montując na swoim blogu reklamę kontekstową.

Druga sytuacja: istnieje sobie tygodnik OZON. Wspaniała gazeta, w końcu nowocześnie wyrażany katolicyzm zagościł na arenie tygodników opinii (poza jednoznacznie kojarzonymi „Gościem Niedzielnym” i „Niedzielą”), brawo dla redakcji! No, ale wiadomo, że zdobyć reklamę do tego typu gazety w domu mediowym będzie trudno... Dlaczego? Katolicy wciąż nie są postrzegani jako grupa konsumencka. Nawet jeśli... to niby dlaczego promować ich przedsięwzięcia? Wiele osób widzi to i stara się OZON propagować, kupuje dwa egzemplarze, zamawia komuś w prezencie prenumeratę... OZON w końcu upada.
Przykłady możemy mnożyć w nieskończoność – chyba jednak szczególnie po naszej stronie sceny publicznej. Tu jest strach przed pieniędzmi... Gdy w grę wchodzi zysk, przedsięwzięcie zazwyczaj zaczyna być postrzegane jako podejrzane. Z tego względu też najczęściej przedsięwzięcia organizuje się na zasadzie non-profit, co najczęściej kończy się tym, że po roku lub dwóch... ci, którzy wzięli w nich udział, dłużej już nie wytrzymują, następuje wypalenie, ludzi ogarnia zgorzknienie i poczucie bycia wykorzystanym. Nie chcę rzucać nazwiskami, ale w ten sposób z bardzo pożytecznej działalności musiało zrezygnować wiele zasłużonych osób, np. z kręgów pro-life.
Jak to się dzieje, że ludzie – choć zgadzają się co do idei, zakładają, że przedsięwzięcie utrzyma się samo, żywić się będzie powietrzem... Nie mnie diagnozować powody takiego stanu rzeczy, ale wiem jedno – nie jest to stan porządany. Bo nie dość, że ludzie sami stawiają sobie przeszkody na drodze do dobrobytu (iluż to ja skrupułów się nasłuchałem w rozmowach, które maskowały tak naprawdę strach, albo zwykły brak rozumnej odwagi w obliczu możliwości podjęcia ryzyka), to przekładają to na działania, które zdołały się wykluć. W ten sposób, choć katolicyzm w Polsce deklaruje dużo osób, nie doczekaliśmy się wciąż potężnych, katolickich instytucji intelektualnych, społecznych, politycznych.
Jest i druga warstwa zjawiska. Spychologia. Ludzie uwielbiają spychać obowiązek wspierania przedsięwzięć na bogatszych od siebie... „Taaaa... Kluska ma tyle kasiory, to mógłby fundnąć to, lub tamto.” Proszę mi wierzyć, ale wciąż nie mamy katolickiego Rockefellera w Polsce (pisałem o tym którymś razem, przy okazji debiutu wspaniałej, inspirującej książki „E-biznes jako sposób na sukces”, której jednym z bohaterów jest p. Paweł Królak, katolicki e-biznesmen z Lublina) – nawet gdybyśmy mieli, nie zdołałby sfinansować wszystkiego... a poza tym – zamiast rozporządzać pieniędzmi innych, bierzmy się lepiej za swoje.
Od ogółu wracamy do szczegółu. Co to wszystko ma wspólnego z gnyszkoblogiem i jego odnogami? Coś wspólnego ma. I proszę mi wierzyć... nie mam za dużo pieniędzy, ani tym bardziej czasu. Szczególnie w obliczu niedalekiego ślubu, związanymi z tym wydatkami i niedaleką koniecznością kończenia studiów. To, że pewne działania podejmuję, wynika po pierwsze z poczucia możliwości pełnienia powołania, po drugie z wiary w to, że te wysiłki przełożą się także na satysfakcję ekonomiczną, czyli ewangeliczną „zapłatę, której godzien jest robotnik”. Niestety, z tych samych powodów działalność będę musiał zakończyć, gdy okaże się, że moje przewidywania się nie sprawdzają, a potrzeby staną się na tyle pilne, by im podołać, przestanę mieć czas na cokolwiek innego. Tym samym dołączę do wielkiego grona tych, których działaniom wszyscy przyklaskiwali... a mało kto potrafił pomóc.
Czy naprawdę 10 zł miesięcznie na wsparcie domu samotnej matki to dużo? Czy kolejne 10 złotych miesięcznie na wsparcie portalu, który niesie w internet ortodoksję katolicką, to majątek? Czy rzeczywiście 5 złotych przelane co jakiś czas darmowym przelewem na konto blogera, którego lubię – to dużo? W sumie 25 złotych miesięcznie... Niecała złotówka oszczędzona dziennie... a mielibyśmy mniej powodów do narzekania. Pomijam tysiące innych sposobów, które polegają na skorzystaniu z jakiejś oferty za pośrednictwem strony, którą lubimy (np. przejrzenie reklam, czy produktów w których zakupie pośredniczy)...
Nieraz wystarczyłoby wyłączyć AdBlocka, a wiele wartościowych stron mogłoby się szybciej rozwijać dzięki wpływom z klików w reklamy. Poddaję to pod rozwagę. Mała sumka dla jednej osoby znaczy niewiele, jednak duża ilość małych sumek, to konkretna pomoc – proszę w to uwierzyć, porzucić przywiązanie do poczucia bezradności... i brać się do roboty! Wszystko, co otrzymujemy – nawet za darmo – kosztuje przynajmniej czyjąś pracę i czas.
myśl na tę część dnia
Zjednocz się z Wolą Bożą... a wówczas przeciwności przestaną być przeciwnościami.
św. Josemaria Escriva, Kuźnia, nr nr 812





5 komentarzy:

Anonimowy pisze...

"Kolega zaś na to: „Iiiii tam, ja u Ciebie nie klikam, Ty masz za dużo pieniędzy”"

dokładnie to samo myślę i jeszcze nigdy, od kiedy tu zagladam nie kliknelam na nic, te Twoje prośby o kasę są poprostu bezczelne!!!

"werki sorki" ale nie oszukujmy się, jesteś osobą zamożną i Twoja postawa jest jak dla mnie poprostu nie na miejscu!! wogole mi przez myśl nie przeszło, żebym ja mogła napisać takie banialuki, choć jestem pewna, że materialnie jestem w gorszej sytuacji niz takie "bananowe dziecko" jak Ty

poprostu nie wypada pisac takich rzeczy kiedy sie wie że inni maja nieporównywanie gorzej!

a argument, że mam Ci płacic za to co piszesz rozbawił mnie maksymalnie!! chyba w główce Ci sie poprzewracało!!

no, ale Maciek jako osob reprezentująca mentalność "najmadrzejsza baba we wsi" odpisze mi jakies "masło maślane", bo rozmowa z nim to jak "grochem o ścianę";D

pozdr,
miss gender:)

siusiak pisze...

Czy to cytat ze mnie? Chyba tak :] Paniegrzyzgo, odblokowali konto na googlu? Wyłączyłem adblocka na Pańskiej stronie z ciekawości i znowu są! Jestem nie na czasie. Kiedyś klikałem regularnie, to zablokowali…

Mimo że to chyba cytat ze mnie i mimo, że używam adblocka, nie zgadzam się z Przedmówczynią. To, czy klikniesz czy nie, powinno zależeć wyłącznie od tego, czy podoba Ci się to, co przeczytałaś/zobaczyłaś na stronie — czy czujesz się odbiorcą usługi, jaką dostarcza Gnycha. Stan kiesy usługodawcy nie powinien tu być czynnikiem (zwłaszcza, że niekoniecznie Twoja wiedza musi być akuratna). Poza tym mowa tu jest o klikaniu, które Cię naprawdę nic nie kosztuje! Trochę czasu być może, ale to są sekundy – jeśli masz czas komentować jakieś blogi, to i na kliknięcie powinno wystarczyć ;)

Co napisawszy wyłączam adblocka na tej stronie i znowu czasem kliknę, jak dawniej. Chociaż ta reklama NEXTO zasłaniająca róg to mnie akurat mocno denerwuje...

Ale. Ale muszę przyznać, że uderzanie w Twoim przypadku w argument braku kasy jest trochę nie na miejscu. To samo tyczy się tego cienia pretensji, który można wyczuć w Twej notce. Ja rozumiem, że brak w Polsce dobrego amerykańskiego zwyczaju, że proszenie „Donate!” jest czymś naturalnym i spotyka się z hojnym odzewem, jeśli tylko proszący jest pozytywnie oceniany za to co oferuje. Ale zwracam uwagę, że to proszenie jest zawsze pokorne i pozbawione roszczeniowości. Owszem, w trudnej sytuacji można powiedzieć: „Zapłaćcie proszę, żebym mógł dalej prowadzić tego bloga”, ale nigdy: „Jak nie zapłacicie, to przez was będę musiał bloga zamknąć!”.

No i mieszkamy w Polsce jednak. Mentalności/zwyczajów ludności Pan nie zmienisz, choćbyś się skichał. Pewnie, próbować można, ale w międzyczasie trzeba się zająć czym innym, co o tej ewentualnej zmiany nie jest uzależnione…

Anonimowy pisze...

Kolegę lubię z Forum Frondy, ale dziś zajrzałem na stronkę, przeczytałem posta i ...oniemiałem! Czy ja dobrze rozumuję, Kolega chce, abym płacił mu za czytanie bloga (5 zł co jakiś czas)?! To jakiś żart, czy tak serio, serio?
Bo jesli tak, to przyznam, że bałbym się następnym razem zamienić z Kolegą słówko na ulicy, bo a nuż dostanę za to rachunek.

Nie spodziewałem się tego po Koledze. Widzę, że mamona Kolegę opętała.

Maciej Gnyszka pisze...

Kol. Anonimowy - na szczęście źle mnie Kolega zrozumiał i mam nadzieję, że kolejny post to wyjaśni :) A skoro z FFa, to przynajmniej można by nicka zapodac :)

Mamona mnie opętała, rzecze Kolega? Teza nadzwyczaj mocna i obawiam się, że nieprawdziwa. No, ale może się mylę i nie dośc dobrze prowadzę rachunek sumienia.

Widzę, że Kolega nie w temacie blogowym, więc nadmienię, że tekściorek wczorajszy wiąże się z szerszym nurtem rozważań, bez których byc może niektóre stwierdzenia mogą wydawac się dziwne, albo gorszące. Rzecz nie dotyczy także samego bloga - dotyczy raczej spraw ogólnych, których przykładem w niektórych obszarach może byc np. ten blog, ale równie dobrze inne "dzieła", co mam nadzieję rozjaśni się po poście, którego zaraz wrzucę.

Maciej Gnyszka pisze...

Aha, poza tym - widzieliśmy już się kiedyś na ulicy? :)

ciekawostki: