Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dżihad. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dżihad. Pokaż wszystkie posty

środa, 11 lutego 2009

[11 II 2009] co premier Pawlak chciałby ode mnie kupić, czyli Matki Boskiej z Lourdes (Światowy Dzień Chorego)

nierealistyczny spór o status Jerozolimy
miałem o tym napisać jakiś czas temu, ale nie zauważyłem notatki na ten temat w kalendarzu. No, ale teraz, gdy już wiemy, że jestem czarnosecinnym i jaskiniowym antysemitą, można dać upust swoim fobiom.
Otóż, uważam, że spór o Jerozolimę jest sporem niemożliwym do skończenia dopóty, dopóki do Jerozolimy rościć będą sobie pretensje muzułmanie, czyli po naszemu po prostu „pohańcy” i „bisurmany”. Dlaczego? Ano, dlatego, że w myśl dżihadu (o czym niezmordowanie przypominam od czasu uczestnictwa w spotkaniu z gen. Pietrzykiem) – ten ostatni kończy się z chwilą, gdy na ziemi nie będzie nikogo, kto nie powie, że „Allah jest Bogiem, a Mahomet jego prorokiem”. Spór zatem można rozstrzygnąć dwojako – albo likwidując muzułmanów fizycznie, bądź doktrynalnie, poprzez inwestycje w powstawanie pacyfistycznych herezji islamskich, albo poprzez likwidację niewiernych – fizyczną, bądź doktrynalną, czyli po prostu masowe nawrócenie. Tertium non datur. Trzeba to po prostu zrozumieć – islamiści traktują swoją religię poważnie, wszelkie „ustępstwa”, „zawieszenia broni” i inne zagrywki, to czysta taktyka, przewidziana także w Koranie.

nowy konkurs na Bloga Roku 2008
dawszy upust swojemu antysemityzmowi wypitemu z mlekiem Matki (3% tluszczu, 97% antysemityzmu), chciałem powiedzieć, że w dziedzinie internetowej obserwujemy istny rozkwit! Ruszył bowiem nowy konkurs na Bloga Roku 2008 – organizowany tym razem przez portal wiadomosci24.pl. Banner tego konkursu umieściłem już na pasku bocznym. Po kliknięciu przechodzimy do formularza, w który wpisujemy swój adres mailowy. Następnie odbieramy maila, klikamy w link potwierdzający... i gotowe! Głos oddany!
Do formularza możemy się dostać także z tego linku.

Inżynier z Krakowa i Afganistanu
tymczasem zabili nam przed kamerą obywatela – inżyniera z krakowskiej Geofizyki. Gdzie drwa rąbią, tam wióry lecą – bez względu na to, czy obywatel wrogiego państwa jest cywilem, czy żołnierzem. Słusznie rząd uznał, by nie płacić bandziorom okupu... natomiast niesłusznie sprawę odpuścił.
Ja bardzo przepraszam, ale państwo, które okupuje – pardon! - zarządza Polakami, utrzymywane jest od lat przez Rodziców owego Inżyniera, przez Jego samego oraz zapewne i Jego Małżonkę, płacą oni podatki, daniny wszelakie, ZUSy-srusy właśnie dlatego, że owo państwo i jego urzędasy powiedziały: „Dawajta kasiorkie, to my się wami zaopiekujemy zarówno wewnątrz, jak i poza granicami. Utrzymamy za to służbę zdrowia, wojsko i policję”. Okazuje się tymczasem, że to wszystko pic na wodę. Umowa nie została dotrzymana. GROM nie został wysłany.
Game over – ku przestrodze innych podatników.

Pawlak premier i opcje walutowe
no, ale przynajmniej rządowy specjalista w dziedzinie gospodarki i sadzenia roślin ozimych, p. Pawlak Waldemar dba o obywateli. Ostatnio wsławił się niecodziennym wygłupem – nawet jak na rządowo-europejskie standardy – twierdząc dumnie, że będzie postulował unieważnienie umów na opcje walutowe, na których potraciło wiele pieniędzy wiele polskich firm. Przez „polską firmę” rozumiemy tu rzecz jasna „sponsora polskiej biurokracji”. Można by po pijacku zapytać: „aleossochozi?”.
Chodzi o to mianowicie. Istnieje sobie firma, dajmy jej na imię Kapeć-Pol. W zakładzie w Ciechocinku produkuje ona kapcie góralskie, które eksportuje do Hiszpanii. W związku z tym, że ponosi ryzyko walutowe (zapłatę otrzymuje w euro, które wymienia później na złotówki – za każdym razem po innym kursie) rozpoczyna karierę na rynku kontraktów terminowych i innych instrumentów pochodnych od walut – po to, by straty spowodowane niekorzystną zmianą kursu waluty, zbilansować zyskiem z operacji na kontraktach. Jest wprawdzie teoretycznie świadoma, że jest to bardzo ryzykowne, gdyż instrumenty pochodne opierają się o dźwignię finansową, przez co drobna zmiana kursu skutkuje sporą zmianą stanu posiadanego kapitału, ale co tam! W raporcie będzie można napisać, że „transakcje zagraniczne są zabezpieczane przed ryzykiem kursowym”,a przy okazji szwagier, co to opcje polecił, bo ma kumpla w biurze maklerskim, też zarobi. Wszystko jest pięknie, dopóki kursy walut zmieniają się w przewidywalny sposób w ramach trendu... nagle przychodzą dni, gdy trend się załamuje, nie wiadomo, czy tymczasowo, czy trwale, wieszcząc zmianę trendu na przeciwny... firma traci krocie na kontraktach, niebawem okazuje się, że trzeba uzupełnić depozyt na kontraktach w związku z astronomicznym spadkiem ich wartości... a suma, którą należy wpłacić jest wyższa, niż cały majątek firmy! Normalnie byłoby tak, że sprawa kończy się upadłością, lekkomyślni menedżerowie są napiętnowani, sami zresztą uczą się na przyszłość nie lekceważyć ryzyka, instytucja, która opcje sprzedała i lekkomyślnie nimi zarządzała – też dostaje po łapkach, bo z upadłości może nie udać się wyciągnąć tyle, ile by się chciało. Nie ma też na opłacenie podatków, ani w ogóle na nic nie ma, bo produkcja się kończy wraz z upadłością.
W takiej sytuacji przychodzi p. Pawlak i z miną, jaką musiał mieć mityczny Filip z Konopii mówi: „Dobra, Panowie. Ja tu jestem od koszenia kasiorki z podatków, jak podatków ma nie być, na co mnie się działacze PSLu lokalni wkurzo, to ja się tak nie bawię i unieważniam te wasze pieprzone opcje toksyczne walutowe.”
Brawo premieru Pawlaku! Banki jakoś tam się zawsze z rządem ułożą (ktoś musi kupować obligacje rządowe, prawda?), menedżerowie niczego się nie nauczą (zawsze będą wyglądać Pawlaka na białym rumaku – pardon! - w białym polonezie!)... a za opcje zapłaci podatnik! Brawo, premier Pawlak uratuje nas naszymi pieniędzmi przed toksycznymi opcjami, których „toksyczność” (czy tzw. „dziennikarze ekonomiczni” coś z tego kumają?) polega na tym, że jakiś baran wtopił na rynku terminowym pieniądze własnej firmy.

wobec powyższego...
apeluję do premiera Pawlaka o anulowanie moich strat w paru krajowych i zagranicznych TFI oraz wykupienie ode mnie toksycznych jednostek uczestnictwa i certyfikatów inwestycyjnych w/w instytucji. Proszę także o wykupienie ode mnie paru innych toksycznych aktywów, przez posiadanie których nie mogę prowadzić ożywionej konsumpcji np. napojów alkoholowych, przez co cierpi nie tylko pos. Palikot i jego bimbrownia, ale i Ministerstwo Finansów, w postaci niższych przychodów z akcyzy.

czasy wyjątkowe
istnieje przekonanie, że żyjemy w czasach wyjątkowych – w których nic złego się nie dzieje. Chciałem przypomnieć – a robię to na gnyszkoblogu regularnie – że w czasach nadzwyczajnych nie żyjemy (przynajmniej w porównaniu z ostatnim stuleciem). Tak, jak w PRLu kilka razy nastąpiła dewaluacja pieniądza (a w systemie fiducjarnym, w którym żyjemy jest to łatwe – pisałem o tym np. na Pogadankach Inwestorskich), tak i dziś premier Pawlak może przyjść i powiedzieć z dnia na dzień, że anuluje te bony z NBPu na rzecz innych, które wymienimy sobie w stosunku takim-a-takim, przez co ciułane przez lata pieniądze na mieszkanie, starczą jedynie na bułkę (bez masła). „Walka z kryzysem” przeniesie nas do czasów dekretu PKWNu o reformie rolnej, walki ze „spekulantami” i „szkodnictwem gospodarczym”... dlaczego nie? Skoro „walka z kryzysem” umożliwia anulowanie prywatnych umów... Wszystko może być uzasadnieniem wszystkiego.

podróżujemy
dziś pobudka o 5:00, by zdążyć na pociąg o 7:15 z Wrocławia do Warszawy! O 13:00 lądowanie na czerwonym dywanie na Centralnym i jazda do domu. Oj, jak miło się podróżuje... zje sobie człowiek kanapki, kawki napije się w CoffeeHeaven na Dworcu Głównym, wąsy z pianki obliże, gazetki ulubione kupi w kiosku (tak, tak – dziś wychodzą – jak co środę! - „Gazeta Polska” i „Najwyższy Czas!”), o tym i o owym pomyśli, bloga w spoju napisze...
podatki? Kurczę blade!
ostatnio, jak co roku przeżyłem traumatyczne zaskoczenie! Dlaczego? Zdałem sobie sprawę z tego, że choć płacę tylko 19% podatku... to znaczy to, że jestem okradany z jednej piątej moich zarobków! Jedna piąta dla urzędasa, za przekładanie papierków z jednego biurka, na drugie po to, by rozwiązywać moje problemy, które on sam wygenerował. Na tym rzecz jasna nie koniec, bo na co dzień płacę VAT w cenach produktów, które nabywam... Głowa od tego boli... efektywnie opodatkowanie wynosi 50% (tak, tak – liczyliśmy ostatnio na „Ekonomice procesu inwestycyjnego” opłacalność projektu i w dziale „Pensje” pisaliśmy średnią krajową razy 1,5, bo te 50% idzie na różne opłaty dla „państwa prawa i dobrobytu”, czyli na tłok w szpitalu i burdel w policji)...
Śmieszni są ci miglance w garniturach ze szklanego okienka, zwanego telewizorem, którzy na mój koszt ubiegają się o moje głosy, by mnie golić. Kreatury, które dawno temu – jeśli w ogóle kiedyś, zarabiały normalnie – miały styczność ze zwykłą pracą, która polega na wytwarzaniu dóbr i usług. Chociaż... przemysł rozrywkowy, a do niego należy również polityka, to też pewna usługa. Gawiedź ma się czym bawić i emocjonować, dzięki czemu szybciej płynie czas!

Kippleyowie dają czadu
Oleńka zabrała się niedawno za lekturę „Sztuki naturalnego planowania rodziny" Kippley'ów. Sam ją kupiłem w prezencie... wprawdzie jeszcze sam nie czytałem w całości, ale z własnego podczytywania i zachwytów Oleńki, mogę tylko potwierdzic ogólne piania i pochwalne recenzje na jej temat!


myśl na dziś
Wzywaj Najświętszą Maryję Pannę; nie przestawaj prosić Ją o to, by zawsze okazywała się twoją Matką: monstra te esse Matrem! aby za łaską Swego Syna oświeciła twój umysł zdrową nauką wiary a serce napełniła miłością i czystością po to, byś znał drogę do Boga i prowadził do Niego wiele dusz.
św. Josemaria Escriva, Kuźnia, nr 986


środa, 17 grudnia 2008

[17 XII 2008] środa... parę zdań o rewolucji i końcu świata...

wtorek, oj, wtorek
Czytelnicy raczą Panugrzyzdze wybaczyć wczorajszy brak wpisu, ale z wielu przyczyn był on niemożliwy do napisania. W związku z tym – zresztą jak w każdą środę – dzisiejszy wpis jest obszerniejszy! Proszę się rozsiąść wygodnie w fotelikach...
czy starsi zgłupieli?
jadąc ostatnio do Warszawy, miałem okazję spędzić dużo czasu w towarzystwie pewnej starszej damy, która pozowała na damę nad wyraz obytą i kulturalną (bywa na wystawach, prelekcjach, koncertach, etc.). Poprzebywałem, poprzebywałem... i po raz kolejny zauważyłem, że chyba nam starsze pokolenie pogłupiało. Dlaczego? Otóż, cielęco wręcz zakochana jest w Słońcu Peru (Mistrzu Bajeru) i jego ludziach. Struchlała, gdy przeczytała na pierwszej stronie mojej Gazety Polskiej, że nad marszałkiem Komorowskim gromadzą się czarne chmury. „Jak to? Przecież on jest dobry!”. Nie, on dobry nie jest, to wyobrażenie o nim jest dobre. A wyobrażenie powstaje w wyniku propagandy.
Ja nie wiem czego tu brakuje – czy ludzie tamtego pokolenia po prostu nie mają intelektualnych narzędzi nie tyle do obrony, co nawet do zdawania sobie sprawy z warstw przekazu, który codziennie odbiera? A może w kazdym czasie ludzie potrafiący abstrahować od bieżącej sytuacji są w mniejszości? Pewnie tak. Ale to mimo wszystko lekko gorszące – od siwizny wymaga się więcej. No, chyba, że rzeczywiście na starość się dziecinnieje – bez względu na to, kim było się za młodu. Przypomina mi się w tym kontekście słynny
„Czas wrzeszczących staruszków” Ziemkiewicza...

rewolucja u bram...
w Grecji wrzenie. Studencka hołota szaleje, lewica zaciera ręce. Przyznam, że jestem nieco zaniepokojony... bo w całej Europie stopień zlewiczenia młodzieży i podstarzałych Piotrusiów Panów jest wysoki. Boję się, że z Grecji – w zależności od tego, jak się tam sytuacja rozwinie – nastroje mogą przenieść się do innych krajów Europy... Hiszpania... Niemcy... Francja... obawiam się, że naprawdę siedzimy na beczce prochu. Wczorajsze dane o bezrobociu w Wielkiej Brytanii napawają pesymizmem (prawie dwa razy więcej zgłoszeń o zasiłek, niż przewidywała prognoza – swoją drogą i tak zakładającą wzrost zgłoszeń)... niezadowolenie może chyba tylko rosnąć, szczególnie, że spada popyt globalny, firmy mają problemy z kredytami, a w związku z obniżkami stóp procentowych rosnąć może i inflacja.
Uwzględnijmy w tym także obecność ludności afrykańskiej i arabskiej – nadreprezentowanej właśnie w wyżej wymienionych krajach. Dlaczego to ważne? Z prostej przyczyny – szczególnie muzułmanie nas po prostu nienawidzą. Z definicji. Niewiernych należy albo nawrócić, albo zabić. Przypominam to, co pisałem na blogu we wrześniu, po spotkaniu z gen. Pietrzykiem. Dżihad nie ma przerw... chyba, że taktyczne.
Zwróćmy jeszcze uwagę na to, że lewica sympatyzuje ze środowiskami emigranckimi i pewnie bardzo chętnie sprzymierzy się z nimi dla budowy „lepszego” świata. Szczególnie, że lewe szeregi zasilają naiwniacy... którzy nawet nie zauważą, że pełnią rolę pożytecznych idiotów, którzy wiążą węzeł na sznurze, za pomocą którego uduszą ich towarzysze rewolucji.
czujność kontrrewolucyjna...
nie wiem na ile moje analizy znajdą potwierdzenie w rzeczywistości, ale myślę, że warto tego typu rozważania snuć... lepiej przygotować się na najgorszy scenariusz, by później miło się zdziwić. Zająłbym się jednak obserwowaniem działalności lewicowych wywrotowców z jednej, z drugiej zaś strony – ośrodków kontrrewolucyjnych, które mogą być ostoją albo oporu, albo odbudowy normalności po niepokojach. Polecam w tym kontekście zainteresowanie się działalnością np. takich organizacji, jak Stowarzyszenie Kulturalne FRONDA, oraz SKCh im. Ks. Piotra Skargi.

św. Malachiasz a obecny czas
w tym kontekście warto przypomnieć proroctwo św. Malachiasza. Ja go nie przypomnę, bo go nie czytałem (muszę sobie kupić, Czytelnikom też polecam). Otóż, rozmawiałem dziś z osobą, która je czytała i wedle jej relacji św. Malachiasz opisał losy Kościoła w czasach ostatecznych... i wiele wskazuje na to, że jego proroctwo się wypełnia. Jednym słowem – wedle mojego rozmówcy – opisał kogoś takiego jak kard. Ratzinger i po nim przewiduje papieża, który przybrawszy imię Piotra, umrze śmiercią męczeńską, po czym wrócimy do korzeni... czyli do katakumb.

czy przyjdzie czas na danie świadectwa?
co by się z tym wiązało? Ano... będzie chyba czas na danie świadectwa. Nie to, że wejdzie mi na bloga 6000 osób, nabluzga i podeśle parę pogróżek, nie to, że wylecimy z pracy... może nie areny i lwy, ale np. to, co dzieje się teraz w Indiach i w parudziesięciu miejscach na świecie. Katolicy i inni bracia odłączeni są zabijani na potęgę. Czy będzie trzeba dać głowę za Wiarę? Obyśmy byli na to gotowi.
wszystko już było?
zasadnicze pytanie, które się nasuwa, brzmi następująco – czy dzisiejszy kryzys, w istocie swojej wielowątkowy i wielopłaszczyznowy – będzie ostateczny, czy jedynie przejściowy, a świat po nim wróci do normalności. Niezależnie od tego, co będzie – wciąż opłaca się inwestować. Jeśli czeka nas kataklizm – pieniądze i tak będą nic nie warte, nie wymienimy już ich na złoto. Jeśli nie czeka – tym lepiej dla tych, którzy powiększają pozycję na rynku. Ot, taki ekonomiczny wymiar niespokojnych czasów.
Jeszcze dwie uwagi. Widać już, że historia się nie skończyła, o czym pisałem tu wielokrotnie – wszystkie potworności historii mogą się powtórzyć. Jestem o tym przekonany. Żadne duperele w rodzaju ustaw, konwencji, uchwał nas nie obronią przed tym, co sprowokowało ich nadprodukcję tak, jak i Liga Narodów przed II wojną światową. A po drugie... domyślam się, że podobne myśli chodziły ludziom po głowie w czasie poprzednich kryzysów, o czym dziś zapewniał mnie dr Chmielewski, człowiek wiekowy.

Bóg kocha nas nieskończenie więcej, aniżeli ty sam kochasz samego siebie... Pozwól Mu więc, aby od ciebie wymagał!
św. Josemaria Escriva, Kuźnia, nr 813




wtorek, 30 września 2008

[30 IX 2008] o Simonie Zapylaczu i innych sprawach we wspomnienie św. Hieronima

wprowadzonko
nie wiem, czy wiecie, ale piszę bloga w pociągu relacji Warszawa Centralna-Kraków Główny, 6:05 ze stacji początkowej. Co to oznacza? Po pierwsze, że jestem krańcowo niewyspany – wczoraj przyszło mi posiedzieć do wieczora. Po drugie – jest piękna pogoda. Po trzecie – pomyślałem, że w obliczu ostatniej blogowej niefrasobliwości, należy się Czytelnikom sążnisty wpis. Po czwarte – że pani po przekątnej, rodem z Niemiec (sądząc po klawiaturze laptopa), straszy mnie swoimi czarnymi biustonoszani, łabędzią szyją i ramionami wypływającymi zza luzackiego swetra. Nie wódź nas na pokuszenie... No właśnie, droga damo, proszę się ubrać!

biedne sześciolatki
dali mnie w pociągu do czytania jakąś szmatkę z czerwonym prostokątem (swoją drogą, w pociągach Aborcza nie cieszy się najdrobniejszą popularnością – wszyscy wybierają Rzepę i Ziewnik), ale wybrałem Ziewnik – z braku Rzplitej. Przejrzałem, literówki spostrzegłem, milutką buziulkę red. Michalskiego zobaczyłem i przeczytałem... o kłótni w Sejmie odnośnie sześciolatków mających iść do szkół.
Sytuacja w skrócie wygląda tak, że PiS zaprosił rodziców z akcji Ratuj Maluchy (o której zresztą pisałem ostatnio) na posiedzenie odnośnej komisji sejmowej. Jej przewodniczący – nie pamiętam nazwiska, ale poewiak – posiedzenie otworzył i od razu zamknął, burząc się na obecność obywateli.
No, nie ma co się dziwić – gdy Bierut wydawał dekret wywłaszczający, nie prosił do gabinetu posiadaczy gruntów, więc nie ma co mieć za złe, że w przypadku zwiększenia nacjonalizacji dzieci rzecz ma przebiegać inaczej.
Niepokoi mnie jednak sama akcja Ratuj Maluchy. Jej przywódcy argumentują, że szkoły nie są przygotowane na przyjęcie sześciolatków. Nie mają zatem nic przeciwko samej idei wyrywania dzieci z objęć rodziców, umieszczaniem ich w edukołchozach, a rodziców pędzenia do roboty, by na to wszystko zarobić. Jednym słowem – albo stosują metodę małych kroków, albo są baranami, z którymi należałoby utrzymywać okresowy sojusz, by sabotaż propozycji rządu okazał się skuteczny.

Simon Zapylacz
mam nadzieję, że wszyscy Czytelnicy mają za sobą lekturę wywiadu z damesą zarażoną przez Simona Mola. Pewnie refleksji macie na ten temat więcej ode mnie, więc ograniczę się tylko do jednej – a propos sugestii nt. Jego związków z islamem.
Otóż, jeśli jest to prawda – a niewiele wskazuje na to, że jest to fałsz (poza wiele mówiącymi reakcjami niektórych – Eeeeeee... no co Ty? Nie chce mi się wierzyć.) - znajdujemy się w poważnej sytuacji. Jestem o tym tym bardziej przekonany, mając w pamięci spotkanie z gen. Pietrzykiem (były ambasador Polski w Iraku, znajomy mojego dowódcy z wojska – swoją drogą, w zeszłym roku byłem już po wojsku, w Monachium!).
Otóż, gen. Pietrzyk stawia tezę (coraz bardziej zresztą popularną), iż islam nie jest żadną religią, tylko systemem rządzenia. Co więcej – systemem cwanym, który wypuszcza publikacje na swój temat dostosowane do odbiorcy – chrześcijanom wypisy z Koranu nt. Pana Jezusa, Maryi, etc. Po to, by wykreować pogląd: Islam, to wspaniała religia, większość muzułmanów, to bardzo fajowi ludzie, margines stanowią jacyś tam szaleni ekstremiści. Gen. Pietrzyk twierdzi, że tak nie jest – co więcej, uważa, że tezę tę lansują sami muzułmanie z przyczyn czysto strategicznych.
Dżihad istnieje odkąd żył Mahomet, a Koran rzecze (proszę wybaczyć, że nie podaję numeru sury, gen. Pietrzyk podawał – gdy przeczytam cały Koran, to będę cytował ściśle), że dżihad to walka o to, by nie było na ziemi człowieka, który nie powie, że Allah jest jedynym Bogiem, a Mahoment jego prorokiem. Narzędziem jest tu nawrócenie, lub śmierć. Tertium non datur. Pierwsza faza ekspansji islamu (z fluktuacjami, jak np. bitwa pod Poitiers, rekonkwista w Hiszpanii) trwała od jego początku, aż do bitwy pod Wiedniem, kiedy to dostali takiego łupnia, po którym podnosili się aż do końca XX wieku! Dlatego też – mówi gen. Pietrzyk – zamach na WTC miał miejsce dzień przed kolejną rocznicą Wiktorii Wiedeńskiej. Pamięć o nie jest ponoć silna wśród muzułmanów.
W związku z tym wszystkim, a także innymi informacjami, którymi – zwyczajowo – podzielić się nie mogę, na wieść o tym, że Mol był muzułmaninem i zarażał z pobudek religijnych.... wprawdzie doznałem szoku, ale i nieodpartego wrażenia, że wszystko układa się w jedną całość. Resztki otuchy odebrały mi wiadomości z Francji i Wielkiej Brytanii o uznawaniu przez państwo wyroków sądów islamskich (wydających je na podstawie szariatu), zakazie wystawiania ciastek na posiedzeniach rady gminy którejś z brytyjskich gmin ze względu na ramadan, oraz zablokowaniem konferencji w Kolonii – zlotu przeciwników budowy meczetu w Bonn. Zjednoczone Emiraty Europejskie niedługo staną się faktem, jeśli nie ruszysz się Ty. I ja.
Idzie wojna, do roboty.

w Ziewniku o Kryzysie
Dziennik zwyczajowo się kompromituje. Dzisiaj piszą o tym, że w związku z upadkiem kapitalizmu kraje Unii Europejskiej muszą sięgnąć do kieszeni podatników, by ratować swoje banki (ostatnio w tarapatach jest Fortis). Klasyczne Radio Erewań. Niniejszym prostuję: kapitalizm nie upadł, nie ma żadnej UE, tylko Wspólnoty Europejskie, które do żadnej kieszeni podatników sięgać nie muszą, a banków tak naprawdę nie ratują, tylko działają na ich szkodę, umacniając w przekonaniu, że mogą robić co chcą, bo rząd wykupi od nich trefne aktywa.

w Ziewniku o Euro
a w Dzienniku (oj, dziś tej gazecince się dostanie...) piszą dziś o przyjęciu Euro. Z jednej strony zamieszczają opinię dra Sadowskiego z Centrum im. Adama Smitha, z drugiej Marka Zubera z Dexus Partners (ekhm...). Jeden mówi o konkretach, drugi o tym, że jeśli euro nie przyjmiemy, to się skompromitujemy i wyjdziemy na wsioków. Tak argumentuje ekonomista, proszę Państwa. Co jeszcze? Ano, inwestorzy się przestraszą i uciekną z polskiego parkietu – w efekcie spadki na giełdzie potrwają dłużej.
Czyli co? Istnieje grupka panów, która sobie ubrdała, że oni mają prowadzić politykę monetarną innych państw (coś jakby FED dla stanów USA – kiedyś były one jak państwa). Bez względu na to, czy to się opłaca, czy nie – jeśli ktoś nie zechce, jest wsiowym ćwokiem i ma u nich przerąbane.
Czy polityka monetarna jest ważna? W systemie fiducjarnym – nieomal najważniejsza, wobec czego własna waluta, jeśli nie myślimy o jednym państwie europejskim – musimy my decydować o jej parametrach. Chyba, że nie myślimy o federacji państw, tylko o państwie paneuropejskim – a jak wiadomo, do stworzenia takiego bytu pociąg jest coraz większy (vide – upadła eurokonstytucja).

dwie opowiastki o podróżowaniu
opowiem Wam dwie bajki – dla rozluźnienia.
Pierwsza dzieje się w autobusie do Frnakfurtu. Obok mnie siedzi rosły pan w dresie. Za nami – Rosjanka z dwojgiem młodych synków (końcówka szkoły podstawowej), którzy uparcie słuchali jednej, rosyjskiej piosenki. Rzecz jasna – głośno. Wytrzymaliśmy dwie godziny – mój towarzysz patrzył w szybę i cicho klął, dzieląc się co jakiś czas ze mną uwagami nt. różnic między narodami, ja zaś czytałem. Minęły te dwie godziny, a towarzysz podróży mówi do panagruszki:
- Zaraz mnie szlag trafi z tymi gnojami.
- No, wie Pan, mnie też się ta piosenka znudziła, może Pan im powie, żeby ściszyli muzykę, Pan siedzi bliżej.
- Dobra.

Odwraca się i słyszę:
- Ile mam jeszcze słuchać tego g***a?
Muzyka umilkła momentalnie.

pętla się zaciska!
przed panemgrzyzgą najcięższy rok życia. Serio. Wprawdzie każdy kolejny jak dotąd, był cięższy od poprzedniego, ale ten będzie rekordowy. Mam na głowie nie tylko dwa i pół kierunku studiów (w pełnym wymiarze, a nawet z naddatkiem), ale i projekt inżynierski oraz parę nowych zobowiązań...
Jednym słowem – jeszcze intensywniejsza praca, niż w zeszłym roku. Ci, którzy ze mną obcują na co dzień, domyślają się już, co to może oznaczać. A w związku z planowaną przez panagruszkę żeniaczką, wysuwa się też na przedni plan aspekt ekonomiczny własnych działań... Jaki stąd wniosek? Mam pewien pomysł dla Czytelników, ale zanim go przedstawię – proszę kliknąć w bannerek pod postem o nazwie Wspieraj bloga. Jest to w tej sytuacji baaaaaardzo mile widziane.

św. Josemaria
2 października o 19:00 w katedrze praskiej Msza Święta z okazji 80. rocznicy założenia Opus Dei. Serdecznie zapraszam wszystkich. Tym bardziej zapraszam, że jestem świeżo po lekturze wywiadu biograficznego na temat Założyciela. Wspaniała, inspirująca lektura - rozmowa z następcą św. Josemarii - don Alvaro del Portillo. Polecam!

FForumowy zjazd
Centralny Zjazd Forum Frondy w Kazimierzu Dolnym n. Wisłą zakończył się wielkim sukcesem i radością wszystkich! Wczoraj mieliście próbkę zdjęć... ach, wspaniale było poznać tych, z którymi zżyłem się przez internet niejednokrotnie bardziej, niż z niektórymi osobami spotykanymi w świecie fizycznym. To się nazywa – braterstwo broni...

myśl na dziś
Myśl o śmierci pomoże ci pielęgnować cnotę miłości, gdyż może ta konkretna chwila, kiedy spotykasz się z tym czy tamtym, jest ostatnia: ich, ciebie, albo mnie może zabraknąć w każdej chwili.
św. Josemaria Escriva, Bruzda, nr 895


ciekawostki:

Pierwsze w Polsce profesjonalne szkolenie giełdowe!
Aktualny PageRank strony maciejgnyszka.blogspot.com dostarcza: Google-Pagerank.pl - Pozycjonowanie + SEO