Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zakotwiczenie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zakotwiczenie. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 6 sierpnia 2009

[6 VIII 2009] co powinna robić Prawica, czyli śmierć gównozjadztwu!

Kontynuujemy podjętą swego czasu myśl na temat sposobów finansowania lewicy – tym razem przechodząc do pytania o to co w takim razie powinna zrobić strona przeciwna. Przypomnijmy, że dobre działanie (a więc i skuteczne) wg św. Tomasza z Akwinu za podstawę ma obserwację rzeczywistości, objaśnienie jej oraz podjęcie działania. Rzeczywistość już opisaliśmy, częściowo opisaliśmy. Nadszedł czas na dokończenie opisu... i przejście do opisu.

co rozumiemy przez prawicę?
Najpierw uściślijmy podział prawica-lewica. Jak wiadomo, za przedstawiciela prawicy podaje się nieraz ludzi, których inni widzą raczej po lewej stronie i na odwrót. Moim zdaniem – i z mojej perspektywy – prawica, to po prostu siły Kontrrewolucji oraz pół-kontrrewolucyjne wg definicji Plinio Correa de Oliveiry z „Rewolucji i Kontrrewolucji”. Jednym słowem decydujący sam w sobie nie jest ani stosunek do kwestii gospodarczych, ani obyczajowych... tylko do christianitas, cywilizacji chrześcijańskiej ukształtowanej z inspiracji Kościoła Katolickiego. Siły dążące do odbudowania mocno podupadłej christianitas nazywamy kontrrewolucyjnymi, a te, które na wielu odcinkach są z nimi zgodne, w mniej ważnych nie w pełni, nazywamy pół-kontrrewolucyjnymi. Te uważam za prawicę. I nie obchodzą mnie żadne inne – jedynie te uważam za godne uwagi, choć nie oznacza to, że i inne nie mogą skorzystać na poniższych uwagach.

jak działa lewica – co z tego?
Opisaliśmy niedawno jak działa lewica (czyli siły Rewolucji) pod względem finansowania. Z opisu tej sytuacji należy wyciągnąć wnioski dla strony przeciwnej, ale zanim je wyciągniemy, opiszmy krajobraz Kontrrewolucji, lub też podmiotów, które deklarują, że po jej stronie walczą.

kłody u prawej nogi
Prof. Marek Jan Chodakiewicz sytuację na prawicy (choć pewnie różnimy się w definicji) określił swego czasu w felietonie w Najwyższym Czasie! jako gównozjadztwo. Chodziło tu przede wszystkim o finanse – i nie uważam, by to kreślenie było dalekie od rzeczywistości! Sytuacja finansowa większości instytucji, które określilibyśmy jako prawicowe jest słaba, bądź katastrofalna. Często są również źle zarządzane i opierają się na wolontariacie, czyt. frajeracie, opisywanym już swego czasu przeze mnie. To powoduje często powstanie klientelizmu, które opisałem w tyradzie przeciwko niemu, czy fałszywej nieskończonej pogoni za profesjonalizmem, która pęta wszelkie działania. Wszystko to opisuję już od pewnego czasu – odkąd sam zaangażowałem się w pełni, aktywnie oraz instytucjonalnie po tej stronie. Pora prócz wspomnianych wyżej zjawisk wyróżnić jeszcze kilka innych grzechów, które mnożą się w instytucjach prawicowych. Są to:

- zakotwiczenie – opisywałem je już kilka razy – w tekście ogólnie o zakotwiczeniu, oraz o przejawach zakotwiczenia w poszczególnych dziedzinach. Na prawicy polega na przywiązaniu do status quo... większość ludzi prawicy nie wierzy w to, że sytuacja może być inna! Że mogą nadawać ton życiu publicznemu, szefować potężnym instytucjom, wydawać książki w nakładach idących w setki tysiące, mieć popularne media w rękach – owszem, o tym się mówi, że mamy rację tu i tu, słuszność, Bóg i historia są po naszej stronie, że mamy wizję przyszłości... tylko, że nikt przytomny nie powie, że tak będzie za kilka lat. Nikt nie wyobraża sobie, żeby tak mogło się stać już niedługo, w wyniku jego konkretnych działań. Przypomina mi się opowieść usłyszana od logopedy. Opowiadał o pewnej konferencji PZJ, na której prelegent zapytał licznie zgromadzonych, kto z nich chciałby przestać się jąkać w ciągu godziny. Z kilkuset osób tylko kilka podniosło ręce! Ludzie, którzy na terapię jąkania poświęcają kilka godzin tygodniowo... de facto nie wierzą w jej powodzenia. Podobnie i ludzie prawicy – swój sukces widzą... w niezdefiniowanej przyszłości. W ten sposób zamiast pracować skutecznie dla zwycięstwa, realizować cel po celu – bawią się w krzątaninę, lataninę z pustymi taczkami.

- błędy atrybucji – pisałem na blogu także i o błędach atrybucji. Widocznym problemem na prawicy jest jej rozdrobnienie. Celowo używam określenia „rozdrobnienie”, a nie „dywersyfikacja” - tutaj mamy bowiem do czynienia z dyspersją, która niczemu nie służy. Instytucje są izolowane, współpraca obejmuje zazwyczaj jedynie kilka sąsiednich instytucji, członkowie zaś mają skłonność do budowania bardzo zawężonych tożsamości, w opozycji do innych. Przedstawiciele instytucji X uważają, że ci z Y są tak naprawdę farbowanymi lisami, albo nieprawdziwymi reprezentantami idei abc, a ich lider spojrzał kiedyś krzywym okiem na naszego, więc nie może być mowy o współpracy, etc.

- indywidualizm i napoleonizm - opisana powyżej skłonność do popełniania błędów atrybucji wobec potencjalnych sojuszników prowadzi do wyobcowania (co w skali makro opisał też Putnam jako erozję kapitału społecznego w wyniku kontaktu społeczności z obcymi – podobnie jak w owych instytucjach bardzo często „obcości” szuka się na siłę), oraz indywidualizmu. W długim terminie każdy zaczyna mieć skłonność do działania na własną rękę (z różnych względów – od kiepskiego uposażenia, po animozje), co skutkuje napoleonizmem i pączkowaniem coraz to nowych przedsięwzięć kanapowych, w których każdy jest szefem działu, ale nie ma działaczy. Ilustruje to pewna opowieść o dwóch działaczach narodowych, którzy jechali pociągiem na któryś ze zjazdów nieboszczki LPR do Częstochowy. Podczas podróży wpadli jednak na pomysł utworzenia własnej partii, która lepiej realizowałaby postulaty im bliskie. Wymyślili nazwę, godło, zaczęli pisać szkic statutu... ale doszło do podziału stanowisk... obaj panowie tak się na siebie rozeźlili, że na najbliższej stacji wysiedli – nie tworząc ani partii, ani nie dojeżdżając na zjazd.

Napoleonizm czasem występuje jako klientelizm, o czym pisaliśmy wcześniej. Bez względu na odmianę, skutkiem tego są instytucje skupione wokół wodza, któremu się kadzi bez względu na to, czy odnosi sukcesy, czy nie... a ostatecznie kadzi mu się nieszczerze, bo czuje się nie miłość, lecz żądzę zastąpienia go i zostania samemu wodzem, Napoleonem.

- cierpiętnictwo – ciężko nie odnieść wrażenia, obserwując poczynania niektórych działaczy, że jedynym celem, bądź celem głównym jest przekonanie świata o swojej wyjątkowości. Przybiera to różne formy i jest pochodną indywidualizmu. Jako napoleonizm przybiera postać wyjątkowości poprzez geniusz, jako cierpiętnictwo zaś – wyjątkowość poprzez cierpienie. Nasz cierpiętnik cierpi zatem za miliony, ma skierowane przeciwko sobie wszelkie moce zła, walczy jako ostatni Mohikanin, jedyny sprawiedliwy. Paradoksalnie zatem cierpiętnikowi nie zależy na zmianie status quo – on pragnie cierpieć, dowodzić prześladowań swojej osoby, a wszelkie działania ofensywne najlepiej, gdy kończą się spektakularną porażką (inaczej skończyć się nie mogą, bo cierpiętnik zazwyczaj nie potrafi nic więcej, niż spektakularnie cierpieć – porządna organizacja nie wydarzeń, bądź instytucji jest poza jego zasięgiem). Cierpiętnik jest największym – choć pewnie nieświadomym – zwolennikiem istnienia i powodzenia bytów, z którymi walczy. Jeśli walczy z mediami w rodzaju AGORY, jak to już opisaliśmy – najbardziej zależy mu na dobrobycie tej instytucji.

agenci – są?
Wiele niepowodzeń po tej stronie mocy zwykło się wyjaśniać działaniem agentury – czy to państwowej, czy po prostu rewolucyjnej. Niestety, jest ona bardzo prawdopodobna, a sam miałem najprawdopodobniej okazję spotkać się z agentem którejś z agencji rządowych. Jest rzeczą oczywistą, że posiadanie agenta w środowisku, które dąży do zaburzenia status quo jest dla rządu kwestią wielkiej wagi, a i dla środowiska przeciwnego również. Wprowadzenie, czy pozyskanie agenta trudne najczęściej nie jest, bo ludzie są łatwowierni, a i samo bycie źródłem ważnych informacji do końca uświadomione być nie musi. Nie należy jednak popadać w przesadę – obecność agentów niszczy zaufanie wśród działaczy, co z kolei przekłada się na ograniczenie skali działań i spadek ich jakości. Jak tu bowiem podejmować wielkie przedsięwzięcia, gdy tak naprawdę jedyną osobą, której możemy zaufać, jest nasza osoba? W tym znaczeniu, by zneutralizować grupę wystarczy rozpuścić plotkę o jej infiltracji.

parasole once more
Teraz przejdźmy do strony pozytywnej – co by tu robić. Cmentarz inicjatyw prawicowych – najprawdopodobniej ze względów, o których było powyżej – jest bardzo liczny. Wśród nieboszczyków wielką grupę pełnią zaś media prawicowe.
Moim zdaniem należy powtórzyć strategię, którą wdraża lewica – stworzyć jak najwięcej instytucji. Tutaj uwaga – nie jest prawdą, że po naszej stronie istnieje pustka. Wręcz przeciwnie! Kapitał społeczny w Polsce wytwarza głównie Kościół i ludzie z Nim związani, jednak zasięg tematyczny jest ograniczony do kwestii związanych z formacją i dobroczynnością. Moim zdaniem należy wrócić do wzorców przedwojennych, czyli wywodzących się de facto z jeszcze wcześniejszych wieków, kiedy to inspiracja katolicka towarzyszyła całemu mnóstwu stowarzyszeń świeckich – od kół łowieckich, przez grupy paramilitarne, handlowe, producenckie, twórcze, etc. Tak – miejmy własne pozarządowe i pozakościelne (w sensie hierarchicznym) instytucje, które zajmą się dosłownie wszystkim (podobnie jak to ma miejsce na lewicy). Nie tylko rodziną, dobroczynnością i formacją duchową, bądź intelektualną – miejmy związki sportowe, stowarzyszenia akademickie, naukowe, organizacje zajmujące się ochroną środowiska, przedsiębiorczością, unie handlowe, instytuty, wydawnictwa, knajpy, teatry, stowarzyszenia biorące udział w dialogu społecznym! Są one potrzebne nie tylko do wpływania na to o czym się mówi i w jaki sposób się mówi na dużą skalę, ale i z jeszcze jednego powodu... są one generatorami prestiżu!

generatory prestiżu
Wróćmy jeszcze do opisywanej sytuacji na lewicy. Sieć instytucji ma nie pozytywny wymiar ekonomiczny, ale i generuje prestiż – organizacje te (jako byty pozarządowe) postrzegane są jako niezależne i eksperckie. Powołując się na siebie nawzajem, zlecając sobie ekspertyzy, wykonanie poszczególnych zadań – tylko umacniają swój autorytet. Pozycję dodatkowo buduje realizowanie celów zlecanych przez państwo – wciąż postrzegany jako bezstronny i fachowy. Dlaczego prestiż jest ważny? Dlatego, że działa pozytywnie na motywację, lojalność, skuteczność oraz zwykłe dobre samopoczucie działacza. Uważam, że na prawicy podstawowym problemem, z którym się borykamy jest właśnie brak generatorów prestiżu. Kurie biskupie mają ograniczone działanie pod tym względem, poza nimi tylko niewiele instytucji zyskało jakiś prestiż, a i nikt nie gra na prestiż sprzymierzeńców, chcąc dla siebie zagarnąć jego całość ze względów, które opisałem wyżej. W efekcie – po naszej stronie ciężko o prestiż, ludzie działają najczęściej w oparciu o wysokie motywacje, które w zderzeniu z szarą rzeczywistością kończą się frustracją po dwóch, trzech latach działania i zawieszeniem działalności. Polski działacz pro-life nie jest eleganckim, skutecznym lobbystą, który samym swoim prestiżem oddziałuje na rozmówcę. Polski działacz pro-life to najczęściej spocony gość, który działa za „Bóg zapłać”, ma do wykarmienia rodzinę i nie ma pojęcia o skutecznym działaniu. Ludzie na dłuższą metę nie lgną do naszej strony i często musimy obserwować spektakularne przejścia na ciemną stronę mocy – najczęściej właśnie w wyniku zachłyśnięcia się prestiżem! Idę o zakład, że gdyby po prawej stronie można było uzyskać poważne laury artystyczne, prestiż i pieniądze, Jan Klata nie odszedłby do środowiska „Krytyki Politycznej”. Gdyby po naszej stronie generował się prestiż, obecny naczelny „Rzeczpospolitej” nie wspominałby ze wstydem swojej twórczości we FRONDZIE, co wg poważnych źródeł ma miejsce. Najwyższy czas rozpocząć wielokierunkową współpracę, porzucić środowiskową izolację, profesjonalizować się i zadbać o finanse, porzucając kolesiostwo, które chętnie podczepiłoby się do jakiejkolwiek gotówki. Nasza praca, praca tylu ludzi, musi być wreszcie pracą idealną.

dwa cele
By tak było, należy podejść poważnie do realizacji dwóch celów. Po pierwsze budować dwa rodzaje struktur, które się uzupełniają – strukturę non-profit oraz biznesową. Po drugie zaś – formować rynek, w przypadku organizacji non-profit rynkiem są wszelkie finansowania i formowanie rynku oznacza budzenie i umacnianie skłonności do dobroczynności, skłonności do zaangażowania własnego portfela w działania! W sytuacji, w której coraz więcej celów biorą na siebie i je realizują Wspólnota Europejska i rząd – ludzie skłonni są uznać, że sytuacja nie wymaga ich zaangażowania ani w formie czasu, ani pieniędzy. To, co było podstawą społeczeństwa przez wieki, obumiera w dzisiejszych dniach coraz szybciej. Ale wspieranie tego typu postaw jest konieczne także z innego względu. Nie chodzi bowiem jedynie o to, że dobrze jest się dzielić z innymi, a samo to generuje kapitał społeczny, zaufanie, nowe relacje i podnosi jakość życia. Chodzi także o to, że nie zapowiada się, by na długą metę rząd polski, albo europejski były skłonne finansować działania prawicowe (w odróżnieniu od lewicowych, co oczywiste). Jeśli prywatna dobroczynność obumrze zupełnie – można przestać myśleć o czymkolwiek. Na tym polu widzę też swoją osobistą misję, którą zacząłem już realizować.

myśl na dziś
Niebo. „Ani oko nie widziało, ani ucho nie słyszało, ani serce człowieka nie zdołało pojąć, jak wielkie rzeczy przygotwał Bóg tym, którzy Go miłują”. Czyż te rewelacje apostoła nie dodają ci zapału do walki?
św. Josemaria Escriva, Droga, nr 751



wtorek, 4 sierpnia 2009

[4 VIII 2009] dlaczego prawicowcy kochają Agorę?

po co nam AGORA?
Nie jest tajemnicą, że AGORA SA to jeden z głównych graczy polskiego rynku medialnego. Nie jest również tajemnicą, że sytuacja rynkowa niekiedy ulega gwałtownej zmianie. Proponuję przypomnieć sobie spektakularne bankructwa takich gigantów, jak Enron czy Lehman Brothers z ostatniej i przedostatniej wielkiej bessy! Wydawało się, że są niezatapialni, a ich pozycja rynkowa spetryfikowała układ sił na lata. Przypomnę jeszcze, że AGORA to firma z 20-letnią tradycją, podczas gdy Lehman Bros. ponad pięciokrotnie dłuższą.
Dlaczego o tym piszę? Już wyjaśniam. Wielu ludziom istnienie koncernu wydającego Gazetę Aborczą spędza sen z oczu – czemu nie należy się dziwić, bo istotnie ma on dużą siłę rażenia i wielką moc manipulacyjną, dezinformacyjną i siłę polityczną (ostatni spektakularny przykład, to sprawa tzw. Agaty). Jednak dziwi mnie to, że wielu wyznawców Boga Jedynego i wszechmocnego tak bardzo martwi się istnieniem demiurga Michnika.

kochamy AGORĘ!
Obawiam się, że to przerażenie, Michnikofobia posunięta do granic zdrowia psychicznego, święte oburzenie... tak naprawdę wielu z nich (ludzi, których opisuję) są bardzo potrzebne! Dzięki swoim enfant terrible mogą spokojnie oddawać się cierpiętnictwu – organizować akcje, które w wyniku sabotażu AGORY odniosą spektakularne klęski, pisać apele, które Aborcza przemilczy, pikietować siedzibę, na co nikt nie zareaguje... mogą cierpieć za miliony, a swoje dobre samopoczucie czerpać z potęgi wroga. Bo kto ma potężnego wroga, nie jest byle kim...

wygoda
Zastanawiam się, czy to nie jest również kwestia wygody – ze względu na zakotwiczenie, ludzie owi nie są w stanie sformułować żadnego konkretnego (przez „konkretny” rozumiem tu niemal biznesplan, szczegółowy plan działania, porządną analizę nadziei i zagrożeń) planu alternatywnego, skupiając się jedynie na (słusznej) krytyce środowiska AGORY. Jeśli by jednak moloch upadł (co nieprawdopodobne nie jest)... w oczach ich zagości przerażenie – co tu robić?! Załamało się status quo, z którym się zżyliśmy... koniec świata.

Ostatecznie...
rola wielu środowisk sprowadza się do wydawania i sprzedawania książek oraz biadolenia. Dziękuję, nie wsiadam. Od roku – z sukcesami – buduję z wieloma innymi ludźmi alternatywę.

myśl na dziś
Daleko — tam, na horyzoncie — wydaje się, że niebo łączy się z ziemią. Nie zapominaj, że miejsce, gdzie rzeczywiście łączy się niebo z ziemią, jest w twoim sercu dziecka Bożego.
św. Josemaria Escriva, Bruzda, nr 309



środa, 15 lipca 2009

[15 VII 2009] zakotwiczenie - na czym polega?

zakotwiczenie – kambek
Kontynuujemy temat zakotwiczenia, który wypłynął nam już na początku maja! To bardzo ciekawe, ale od tego czasu (a w moim kalendarze temat widnieje pod datą 4 maja!) po prostu nie miałem czasu, by go ruszyć! Brzmi niewiarygodnie, prawda? Niestety, najpierw przygniotły mnie lądowanie z pracami nad projektem inżynierskim, równolegle sesje egzaminacyjne na UW i PW, później angaż w sprawy rodzinne. Był jednak jeden Czytelnik, który stale przypominał mi o temacie – myślę o „yeah-yeah” z portalu Fronda.pl. Dzięki Niemu temat nie pozostał czczą publiczną obietnicą daną na blogu (ciekaw jestem ileż takich obietnic tematycznych zdążyłem Czytelnikom już złożyć...) i zamierzeniem widniejącym jedynie w kalendarzu! Tym oto sposobem, w pociągu relacji Wrocław – Warszawa, pragnę kwestię zakotwiczenia i tego, co z niego wynika – szczęśliwie zakończyć!

zakotwiczenie a gnuśność
Powiedzieliśmy już w poście dotyczącym samego zjawiska zakotwiczenia, czym ono jest. Można w oparciu o to stwierdzić, iż owa skłonność umysłu, jeśli nie jest uświadomiona oraz świadomie kontrowana... przeradza się w liczne wady! Od zbytniej bojaźliwości, po zwykłą gnuśność, której przejawy w kilku interesujących mnie dziedzinach omówię poniżej.

zakotwiczenie i gnuśność w życiu religijnym
W życiu religijnym zakotwiczenie polega na utożsamieniu świętości z niedościgłym (sic!) ideałem. Człowiek, który za mocno przywiązał się do pewnego sposobu zarządzania (zakotwiczył się), nie potrafi poza ten paradygmat wyjść. Podobnie człowiek, który zakotwiczył swoje wyobrażenie nt. świętości na konieczności posiadania daru bilokacji, pachnienia fiołkami oraz poszczenia przez 40 dni i nocy, nie potrafi myśleć o niczym więcej w kontekście świętości. A przecież gdyby pomyślał, albo chociaż posłuchał świętych Pańskich (dziś Czytelnik może po prostu zapisać się na newsletter Bądź Święty!), doszedłby do wniosku, iż wielki i spektakularny gmach świętości buduje się z małych, wcale nie spektakularnych cegiełek... cierpliwości, umartwienia, pokory, trwałej, pełnej uporu modlitwy. Człowiek zakotwiczony podobny jest więc do nieopierzonej kury, która marzy o staniu się orłem w ciągu kiku sekund (podobną metaforę wysnuł chyba kiedyś św. Josemaria Escriva, założyciel Opus Dei). Przeglądając się w lustrze widzi się prawie orłem, stąpa dumnie i składa swoje skrzydełka a la KFC do dostojnego lotu... a nie potrafi poradzić sobie z małą glizdą, którą matka-orzeł musi mu wkładać do dzioba. Przełóżmy tę metaforę z powrotem na naszą materię. Człowiek zakotwiczony marzy o stanie ostatecznym nie dążąc do niego, gdyż dążenie to nie jest wcale atrakcyjne. Dla kogóż bowiem jest atrakcyjne cierpliwe skrobanie ziemniaków, jako droga do świętości? Albo powściąganie pychy po to, by się nie obrazić, nawet gdy ma się rację, wreszcie – zwyczajna, regularna analiza własnego sumienia, zwana potocznie jego rachunkiem. Po to, by dostać się na szczyt góry (duchowej), wszystkie kroki należy wykonać samodzielnie. Windy na tej drodze nie ma.
Efektem zakotwiczenia – ogólnie rzecz ujmując – jest więc marzenie o rzeczach wielkich przy równoczesnym lekceważeniu małych, które do nich prowadzą.

zakotwiczenie w przypadku organizacji i życia zawodowego
Tworzenie organizacji (bez względu na to, czy jest nią firma, instytucja państwowa, albo pozarządowa, partia polityczna, czy stowarzyszenie zbudowane na jakiejkolwiek idei) polega na tym, iż z jednostek nie działających w jednym celu powstaje zbiór jednostek realizujących wspólny cel. Mają one pewną wizję, opracowane sposoby jej realizacji oraz strukturę zarządzania, która weryfikuje realizację oraz na bieżąco dopracowuje zarówno zestaw celów, jak i sposoby działania.
Największy problem – o czym wie każdy, kto zaangażował się w cokolwiek większego, niż organizacja wycieczki szkolnej – polega na skłonieniu ludzi do uwierzenia w zasadność celu, jakość sposobów realizacji oraz kompetencji struktury zarządzania. Zakotwiczenie tutaj polega na niedostatecznym zinternalizowaniu wizji, która przyświeca strukturze zarządzającej i przyzwyczajeniu do niedziałania. Naturalną skłonnością człowieka jest maksymalizowanie zysku, a to najłatwiej osiągnąć przez dystans w stosunku do działania organizacji, zepchnięcia pracy na innych, oraz robieniu dobrej miny do złej gry i pobieraniu apanaży. Sytuację w takim razie traktuje się jako tymczasową i działa się tylko tyle, by nie wywołać zbytniej irytacji struktury zarządzającej. Przypomina to grę w kotka i myszkę. Na tym nie koniec skutków zakotwiczenia – ludzie zaczynają przejawiać wielką skłonność do pozornej działalności koncepcyjnej! Nie kończą się dyskusje na temat zasadności wspólnego celu, sposobów jego realizacji, etc. Organizacja zamienia się w kółko dyskusyjne.
Ponownie – człowiek marzy o przeniesieniu gór, zaniedbując drobne kroki na tej drodze! Zdobyciu władzy w przypadku partii politycznej (mamy na polskim podwórku kilka przykładów), zawojowaniu rynku w przypadku firmy, czy opanowaniu salonów kulturalnych, w przypadku grupy artystycznej. Wiele razy obserwowałem to z bliska, będąc zaangażowanym w przeróżne projekty. Nie chcę tu popełniać niedyskrecji, ale sytuacja w której proste czynności wykonywane jednak regularnie, z uporem maniaka, wręcz do znudzenia, przynosząc – szczególnie po dłuższym czasie – świetne wyniki finansowe, nie były prowadzone ze względu na ich małą spektakularność, w zamian jednak zespół wolał roić o milionach z Unii Europejskiej, pożyczce z banku, albo innych rycerzach na białych koniach... w sytuacji, w której wystarczyło jedynie zdobyć się na odrobinę cierpliwości i uporu. Jednym słowem – nie tylko Grzegorz Rasiak zaplątuje się o własne korzenie, jak na filmie, który wrzuciłem kiedyś na bloga.

zakotwiczenie a inwestowanie
Ostatni przykład, to inwestowanie. Każdy, kto ma pojęcie na temat inwestowania w wartość (a pojęcie o tym można zdobyć zarówno ze słynnej Małej książeczki... jak i mojego własnego artykułu na temat procenta składanego i Benjamina Grahama) zobaczy od razu na czym zakotwiczenie polega w tym obszarze. Nie każdy wytrzymuje napór własnych emocji pod wpływem wahań indeksów, mało kto trzyma się planu w obliczu zawirowań... każdy natomiast marzy o wyjściu z inwestycji z wielkimi zyskami! W związku z tym, jeśli spokojne, mało spektakularne regularne inwestowanie małych kwot po roku lub dwóch wyparuje z głowy, bo zyski na razie nie są wielkie, albo mimo wszystko notujemy straty – człowiek natychmiast chce stać się spekulantem! I skacze z kwiatka na kwiatek, traci tu, traci tam, dostaje coraz większej drżączki, aż po kapitale pozostaje tylko wspomnienie, albo wezwanie do uzupełnienia depozytu, jeśli działamy na rynku terminowym. Później zaś człowiek wraca do podstaw, zaczyna się zastanawiać od czego zacząć inwestowanie, zaczyna szukać odpowiednich lektur, poznawać psychologię inwestowania... aż wraca w końcu do starej, sprawdzonej koncepcji mozolnego pięcia się na szczyt góry małymi, lecz pewnymi kroczkami, o której słyszał na samym początku.
Co bardziej rozpala? Wpłacanie co miesiąc kilkuset, bądź kilkudziesięciu złotych na mocno zrównoważony portfel, czy raczej jednorazowe wejście na rynek z potężnym kapitałem i dynamiczne mielenie go? Podobnie w dziedzinie wojennej – co bardziej rozpala: zrzucenie bomby atomowej na Hiroszimę, czy wysłanie szpiega, który wstrzyknie truciznę dowódcy Japończyków? Jak już działać, to z pompą – oto dewiza większości ludzi. Ludzi zakotwiczonych.

a rok temu
http://maciejgnyszka.blogspot.com/2008/07/15-vii-2008-wtorek-w-bonawentury.html

myśl na dziś
To podporządkowanie się planowi życia, rozkładowi godzin jest tak nużące! — powiedziałeś. A ja odpowiedziałem: jest nużące z powodu braku Miłości.
św. Josemaria Escriva, Droga, nr 77



poniedziałek, 4 maja 2009

[4 V 2009] poniedziałek, NMP Królowej Polski a tu autokreacja i zakotwiczenie!

autokreacja
przejdźmy do tematu, który miał już być poruszony wcześniej, jest nim „autokreacja”. Spotkałem się parę razy u różnych nienawistników, którzy mnie nie znają, ale wydaje im się, że zjedli wszystkie rozumy oraz wgląd w zakamarki mej duszy posiedli, że jestem mistrzem autokreacji. Co przez to ten i ów (a było takich słownie: dwóch) rozumie, nie wiadomo, ale temat i tak wydaje się prosty.
Autokreacja to zjawisko powszechne – w toku interakcji ludzie wytwarzają sobie obraz partnera interakcji w oparciu o dwie rzeczy. Własną percepcję jego osoby oraz tego właśnie, co o sobie, swoich dokonaniach, ale przede wszystkim intencjach i przeszłych doświadczeniach widzianych z własnej perspektywy mówi. Jednym słowem: wizja drugiej osoby jest zawsze pochodną jej autokreacji (tym bardziej, że to, co wchodzi w zakres własnej percepcji także kontrolowane jest przez partnera interakcji).
Na czym więc polega problem? Nie mam pojęcia – prawdopodobnie rzeczone osoby o tym podstawowym fakcie zapomniały i zmieniły definicję autokreacji, uznając za nią działanie mające polegać na tworzeniu własnego wizerunku innym, niż jest on w rzeczywistości. Czyli na kłamstwie. W takim razie jest to zarzut.
Ewentualnie chodziłoby o to, że moja autokreacja (na bazie poprzedniej definicji) jest wyjątkowo wydajna w porównaniu z innymi. Wówczas mielibyśmy raczej do czynienia z komplementem, choć uwaga czyniona była z dezaprobatą.
Mamy tu dwie możliwości, albo było to rzeczywiście posądzenie o regularne kłamstwo, albo wydajność w jakiejś dziedzinie – jeśli nie jest osiągana przez samego siebie – wywołuje u rzeczonych osób dezaprobatę z zasady. W takim razie mielibyśmy do czynienia z zazdrością racjonalizowaną jako wyższość moralna, albo nie wiadomo co jeszcze.
Temat jest ciekawy. Zarówno samego wnioskowania po godzinie znajomości, jak i samej dezaprobaty w drugim wariancie, a także samej autokreacji. Podam przykład.
Jestem w stanie wyobrazić sobie sytuację, w której osoba jest w stanie zostać milionerem i robić za wzór do naśladowania dla innych dzięki temu, że podała się za taką osobę. Co więcej – mam nawet podejrzenia co do kilku osób półpublicznych, że implementują właśnie taką strategię. W tym wypadku jest to kłamstwo, które generuje sytuację, w której staje się prawdą.

komunizm
jak już pisałem, byłem ostatnio we Francji na konferencji organizowanej przez TFP Przez wzgląd na organizatorów nie zamierzam tu się rozpisywać na ten temat, ale muszę powiedzieć, że miło było spotkać się z kilkudziesięciona osobami z całego świata, w tym wieloma z Polski i we wspólnym gronie, bez najmniejszych ogródek mówić wprost to, co się myśli na temat ewolucji komunizmu po 1989 r., na temat Wspólnot Europejskich, rewolucji kulturalnej, a więc ekspansji ideologii opartych na zboczeniach i demontażu cywilizacji chrześcijańskiej. Szczególnie cenne były uwagi z Niemiec i Włoch – o przebiegu i kontrze wobec tych procesów w tych krajach. Myślę tu szczególnie o Włoszech, które znam słabo – nie wiedziałem dotąd np. że pierwsza wygrana clowna Berlusconiego przełamała tam nieprzerwaną passę rządów komunistów i różnej maści lewicowców oraz o arcanach stosunków państwo-Arabowie na przykładzie otwarcia meczetu w Rzymie i desancie policji na ten obiekt. Ciekawe społeczeństwo, bądź co bądź! Nie czytałem wprawdzie żadnej z książeczek słynnej i ponoć prześmiesznej serii o Don Camillo, ale coś czuję – także na podstawie opowiadań jej wielbicieli – że po II wojnie światowej we Włoszech nie musiało być z komunistami wcale tak różowo.
Na tym tle oczywiste jest wstrzymanie emisji „Katynia” przez włoskiego dystrybutora – przyczyny ideologiczne wychodzą ponoć na pierwszy plan (ciekaw jestem na jakich przesłankach opiera się E. Kabiesz z Gościa Niedzielnego, który w ostatnim numerze opisuje ten skandal inaczej).

F. Furet o elitkach
wciąż jestem pod wrażeniem filmu The Soviet Story – polecam go usilnie z całą mocą! Porusza wszystkie istotne sprawy związane z bezbożnym ustrojem komunistycznym – także zależności nazizm-komunizm oraz marksizm-komunizm radziecki (wypaczenie, czy konsekwencja?), czy zależność Wspólnoty Europejskie a ewoluujący ZSRR (tutaj cymes to wywiady ze słynnym Władimirem Bukowskim, którego książkę aż chyba sobie kupię). Film można kupić przez PayPal, kosztuje jakieś 18 Euro. Jeśli ktoś ma konto w PayPalu – zachęcam. Przy okazji można przesłać darowiznę na gnyszkobloga, ekhem...
Wróćmy więc do Fureta, na którym się wzorując Witold Morawski tak opisuje zadziwiającą uległość elit zachodnich wobec ZSRR:

„Rewolucja ta [bolszewicka] przez dziesiątki lat inspirowała zachodnich
intelektualistów, jak pisał Francois Furet, swoją „uwodzicielską siłą”. Potem
przyszedł czas na wiarę w metamorfozę pod wpływem rewolucji naukowo-technicznej,
a w końcu na iluzje związane z ideą uspołecznienia (źródłem stała się polska
Solidarność). Z drugiej strony często nie zauważano ewolucji, jakiej podlegał
system jako całość.”

zakotwiczenie – temat rzeka
jeśli istotnie było tak, jak to pisuje cytat, wówczas mamy do czynienia ze znanym z psychologii, a więc pożytecznym nie tylko w samej tej dziedzinie, ale i pokrewnych – np. zarządzaniu, marketingu, czy nawet inwstowaniu – zjawisku zakotwiczenia. Na czym ono polega? Powiedziałbym, że jest to zjawisko polegające na skupieniu uwagi na pewnym wyobrażeniu, bądź fakcie w taki sposób, że każde działanie w każdej ze sfer pokrewnych do wyobrażenia silnie uzależnione jest od niego. Czy jego znajomość jest ważna? Oczywiście - dlatego konsekwentnie każdej branży polecam liźnięcie psychologii społecznej!

zakotwiczenie w inwestowaniu
podam parę przykładów. Weźmy sobie inwestowanie. Przyjmijmy, że cena akcji firmy A przez długi czas wynosiła x PLN. Inwestor O od dłuższego czasu przymierza się do kupna akcji owej firmy, gdyż z jakichś względów wietrzy tu możliwość zarobku. Czeka tylko aż cena spadnie do rozsądnego poziomu, np. 0,8 x PLN – nie chce bowiem ryzykować. Czeka, czeka... tymczasem cena wzrosła do 1,2 x PLN, więc nasz inwestor przejawia tym mniejszą skłonność do wejścia w ten biznes. Mija rok, cena wzrosła do 2x PLN, nasz inwestor już odchorował stratę okazji do podwojenia kapitału, ale przynajmniej wie, że nie postąpił lekkomyślnie (2 x PLN, to i tak za wysoka cena!). Mija jednak troszkę czasu i cena sięga 100 x PLN! Nasz inwestor stracił okazję do zarobku 10 000% tylko dlatego, że chciał być „rozsądny” i kupić taniej o 20%. Gratulujemy.
Zakotwiczenie polega tu na zbytnim przywiązaniu do ceny x PLN, jako jakiegoś obiektywnego wyznacznika, punktu odniesienia. Jest to błąd.
Co w zamian? O tym oraz kolejny przykład już w następnym poście gnyszkobloga, dziś już nie zdążę ze względu na obowiązku pracowoinżynierskie!

a rok temu
http://maciejgnyszka.blogspot.com/2008/05/4-v-2008-uroczystoc-wniebowstpienia.html


myśl na dziś

Przedtem, sam jeden, nie potrafiłeś...

— A teraz zwróciłeś się do Matki Najświętszej, i z Jej pomocą... jakże to łatwe!


św. Josemaria Escriva, Droga, nr 513



ciekawostki:

Pierwsze w Polsce profesjonalne szkolenie giełdowe!
Aktualny PageRank strony maciejgnyszka.blogspot.com dostarcza: Google-Pagerank.pl - Pozycjonowanie + SEO