Pokazywanie postów oznaczonych etykietą tygodnik powszechny. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą tygodnik powszechny. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 12 marca 2009

[12 III 2009] śmierć przydupasom, czyli niekrótka tyrada przeciw klientelizmowi (cz. 1)

ratujta sześciolatki
no, i Prezydent zawetował ustawę o obniżeniu obowiązkowego wieku poboru szkolnego. Bardzo mi miło, ale lepiej byłoby, gdyby Pan Prezydent czytał gnyszkobloga uważniej – tzn. nie wystarczy ustawę zawetować, trzeba to jeszcze poprawnie uzasadnić. Tymczasem Lech Kaczyński mówi, że ustawę zawetował ze względu na nieprzygotowanie infrastrukturalne polskich podstawówek. Hola, hola... albo to jest zmyłka dla publiki (wówczas od biedy można Kaczyńskiego pochwalić), albo nasz Profesor rzeczywiście w to wierzy. Wówczas możemy uśmiechnąć się z politowaniem.
Dlaczego? Ano dlatego, że konserwatysta powinien sprzeciwić się ustawie z innych pobudek – ideowych. Nie jest w interesie rodziny jej rozbijanie poprzez poddawanie o rok wcześniej obowiązkowi szkolnemu i urzędowemu praniu mózgu dzieci! To po pierwsze. Po drugie zaś – miałoby się to odbywać pod przymusem, co koliduje z kolei z umiłowaniem wolności obywatelskiej. Jednym słowem – Prezydent ma na biurku ustawę zgoła faszystowską, słusznie jej nie kontrasygnuje... a potem mówi, że nie zrobił tego... bo prawa nie dałoby się idealnie wprowadzić. Wolne żarty!

poza tym... popuśćmy wodze fantazji!
jestem w stanie sobie wyobrazić sytuację, w której cała akcja Ratujmy Maluchy! byłaby sterowana. Dlaczego nie? Skutek, jaki dzięki temu władza by odniosła byłyby bardzo dobre – społeczeństwo odczułoby własną podmiotowość, poczucie wpływu na rzeczywistość, rząd nie musiałby się kompromitować brakiem pieniędzy i kadr, równocześnie nie musiałoby świecić oczami przed brukselskimi kacykami... a sprawa przeszłaby parę lat później – wszak wszyscy byliby już „przekonani”, że jedynym zarzutem wobec pomysłu był brak realności.
No, to tyle rozumowania na zasadzie „qui bono?”, która ma oczywiście ograniczoną skuteczność, toteż powyższych uwag nie należy brać zupełnie na serio – jest bowiem wiele koherentnych ciągów rozumowania, które nie muszą być prawdziwe.

TP chyli się...
ku upadkowi! Nie chodzi bynajmniej o Telekomunikację Polską SA, lecz o „Tygodnik Powszechny” - krakowskie piśmidełko dla postkatolickiej postinteligencji. Upadek TP obserwowałem od wielu lat – a czytać zacząłem już w wieku lat piętnastu. Już wtedy od czasu do czasu zdarzały się wyskoki np. Józefy Hennelowej nt. aborcji. Ale co tam – zgodnie z uwagą prof. Legutki o wielkiej popularności owczego pędu wśród tzw. intelektualistów – uważałem, że tak najwidoczniej być musi. Tzn. wyobrażałem sobie, że rzecz się ma w taki sposób: jest sobie Kościół oficjalny, reprezentowany przez Papieża i Kurię Rzymską, ten który musi mówić tak-a-tak, no i ten nasz, inteligencki – mamy paru swoich biskupów, którzy czają bazę, paru jest głupkowatych, ale... bądź co bądź, Papież i tak wie o co biega i prędzej czy później będzie krakał, jak „nasi”. No, bo wicie, rozumicie, ci „nasi”, to z Papieżem na kajaki jeździli i z nim obiady raz do roku jedzą, więc ten, no... rozumicie! Prawda je po naszej stronie.
No, i za którymś razem już tego nie przełknąłem i z Tygodnikiem się rozstałem. Aż do ostatniego tygodnia, kiedy to znalazłem na uniwerku porzucony egzemplarz ostatniego numeru. To już nie ten sam Tygodnik, tylko produkt walterowskiego ITI'a... no i we wstępniaku ks. Boniecki rozpaczliwie prosi o pomoc, pieniędzy starczy bowiem na kilka numerów! Uczucia miałem mieszane, ale gazecinkę przejrzałem... wśród autorów same znakomitości – Sierakowski, Krzemiński... bardzo dziękuję, więcej nie trzeba. Giń Tygodniku, truchło zgłupiałe, siarką śmierdzące!

klientelizm
dotknijmy przy okazji innego problemu, który łączy się ze „środowiskami” - to luźne nawiązanie do tematu TP. Otóż, tak to już bywa, że łatwiej działać w grupie, niż w pojedynkę. Także „intelektualistom”, którzy mają ambicję zmieniania opinii publicznej, czy duszy narodu (a co, jak patos, to patos!). Bardzo dobrze, zawsze ujawnia się lider, który swoją supremację opiera np. na wiedzy, inteligencji, szczególnym umiejętnościom, albo np. możliwościom finansowym (oczywiście istnieje możliwość łączenia źródeł tej legitymizacji). Tego typu osoba skupia wokół siebie innych, wyznacza cele i środki do ich osiągnięcia, zarządza działaniem grupy – na swój sposób.
Tu istnieje odwieczne ryzyko – klientelizmu. Klientelizm, to pewne wypaczenie intelektualnego poddaństwa, przeciwko któremu wystąpił Arystoteles, pisząc, że „Platon jest przyjacielem, ale większą przyjaciółką jest Prawda”, a który obserwujemy w każdej „szkole” w naukach społecznych – od filozofii, przez prawo, aż po socjologię. To wynika z konformizmu, jasne. I jest naturalne – jasne.
Jednak to, co jest naturalne, nie musi być pożądane! I ani zależność intelektualna pożądana nie jest (oczywiście poza definicjami dogmatycznymi), ani klientelizm, który tym się różni od zwykłej zależności, że wplata w zjawisko apsekt finansowy. Oto np. pracujemy u pryncypała, który „tworzy środowisko”, jest geniuszem... Istnieje pokusa, by spijać mu z dzióbka, by zbierać pochwały, być przez niego lansowanym – później przeradza się to w dwustronną zależność! Pryncypał musi lansować swojego przydupasa, bo kto gardzi przydupasem, ten gardzi pryncypałem. Przydupas obrasta wówczas w piórka jeszcze silniej. Ta pokusa powiększa się z chwilą, gdy w grę wchodzą pieniądze...
Bycie przydupasem ma to do siebie, że człowiek staje się coraz bardziej niesamodzielny, w związku z czym zależność od pryncypała powiększa się, im dłużej trwa! Człowiek traci więc polot i kreatywność w zarabianiu pieniędzy, tworzeniu wartości i usług... cała para idzie w zadowalanie pryncypała, który – jak demiurg – decyduje o wysokości zarobków. Jedyną konkurencją, w której się człowiek specjalizuje, jest... spijanie z dzióbka.
Jak wynika z moich obserwacji, towarzyszy temu ciągła chęć znajdowania potwierdzenia własnych komeptencji, które – obiektywnie rzecz ujmując – sukcesywnie się kurczą. Napędza to oczywiście cały mechanizm uzależnienia...

aleossochozi?
dlaczego o tym piszę? Oj, zainteresowani wiedzą... a zainteresowani znajdą się w większości miejsc, gdzie „tworzy się środowisko”, gdzie istnieje marszand wraz ze swoją aurą, opartą o którekolwiek źródło legitymizacji... Nie, nie chodzi tu tylko o Michnika – swoich michników mają inne środowiska, zgoła nie lewicowe, nie postmarksistowskie, nie antykatolickie...
ucinamy!
posta ucinamy, rzecz jasna! Niestety, dziś nie będę w stanie zakończyć swojej tyrady ze względu na czas, ale skończę ją jutro! Będzie miała cztery podrozdzialiki, których tytuły podaję przed myślą na dziś, natomiast jako zajawkę proponuję dwie lektury z zacnego wydawnictwa Fijorr Publishing.
Siła woli autorstwa słynnego ekonomisty, Henry'ego Hazlitta

oraz

Od nędzy do pieniędzy - Tada Witkowicza, polskiego emigranta w USA
Musimy utwierdzać się w przekonaniu, że Bóg znajduje się przy nas bez przerwy. — Żyjemy tak, jak gdyby Pan przebywał hen daleko, wśród blasku gwiazd, a zapominamy, że również jest stale u naszego boku. A jest obecny jako miłujący Ojciec — każdego z nas kocha mocniej, niż wszystkie matki na świecie zdolne są kochać swoje dzieci — wspierając nas, dając nam natchnienie, błogosławiąc... i przebaczając. Ileż to razy zdołaliśmy rozpogodzić zasępione oblicza rodziców, przyrzekając po jakiejś psocie: „nigdy więcej tego nie zrobię!” — Być może tego samego dnia ponownie nabroiliśmy... — A wówczas nasz ojciec udawanym srogim głosem, z poważną miną karci nas... a równocześnie kraje mu się serce, gdyż zna nasze słabości i myśli: „Biedactwo, jakże się stara być grzecznym!”. Konieczne jest, byśmy się przepoili, byśmy się nasycili świadomością, iż Ojcem, prawdziwie Ojcem naszym jest ten nasz Pan, który znajduje się przy nas i w niebiosach.
św. Josemaria Escriva, Droga, nr 267




niedziela, 2 grudnia 2007

[2 XII 2007] Pierwsza Niedziela Adwentu - czekamy

co się stało się?
wczoraj pracowaliśmy z Danielem i Tawfiqiem rano na wydziale i co - i zostawiłem kabel w pracowni. Przymusowe zatem nicnierobienie w kwestiach projektowych choc zaowocowało najpierw złością moi mili, to jednak po natemperowaniu przez Oleńkę, przyniosło radość z wolnego od komputera weekendu, zająłem się modlitwą, spaniem, socjologią, umacnianiem obronności Państwa dziś po południu. Jednym słowem - nie ma panie tego złego, co by na dobre nie wyszło nam!

pytania kulturowe
tak, jak mówiłem - byłem w czwartek na medytacji na Schackstrasse. Bernd mi podupadł na zdrowiu, zaopiekowałem się chorym jak trza (akurat Michael musiał gdzieś pójść, a ja chciałem pogadać o planach na najbliższe tygodnie). No więc sobie tokujemy o przyszłotygodniowej imprezie niedzielnej, o rekolekcjach za dwa tygodnie (będę tylko od piątku wieczorem do niedzieli), gdy Bernd prosi o szklankę ciepłej wody. Pytam więc skąd jej w kuchni nalać, jak ciepła ma być, etc. a Benrd na to, że wystarczy że przekręcę kurek z czerwonym kółeczkiem i będzie ciepła. Można pic z kranu? Jasne. Okazało się, że było to jedno z pytań ujawniających różnice kulturowe. Otóż, dla Niemców to rzecz oczywista, że z kranu płynie niemal źródlana woda (poza byłym NRD). Inna interkulturowa rzecz, którą zaraz przypomniał sobie Bernd, to obecność w kościele na Josephsplatzu na polskiej Mszy ogromnej ilości młodych matek z dziećmi. Teoretycznie to jest możliwe, żeby kobieta była matką, ale odzwyczaiłem się od takiego widoku - powiedział z zadumą Bernd.

piekarnia piecze pieczywo
wielu Niemcy kojarzą się z pieczywkiem. Słusznie - pieką tutaj z nie lada zacięciem! Istnieją także sieci piekarni/cukierni, które ze sobą konkurują, pakując wypieki we własne torebeczki, z których można się dowiedzieć, że np. beczkokształtny pan z Dietlinderstasse piecze bułeczki z miłością, że Wimmer Baeckerei istnieje już ponad sto lat, że piekarnia pana Muellera kontroluje jakość i używa najlepszych składników, i tak dalej. Wypieki nieco droższe niż w Polsce - choć zdarzają się i takie okazje jak u nas np. na Centralnym - Daniel pokazał mi ostatnio piekarnię, która importuje pieczywo z Polski, dzięki czemu w cenie jednego ciacha, kupujemy sobie dwa. Nie są to wprawdzie lukrowane pączki za 50 groszy z Centralnego, ale zawsze ma się satysfakcję ze zrobienia dobrego interesu!

artykulas a sweterki
obiecałem, że będę kontynuował komentarz do artykułu pt. Zawodowcy z Tygodnika Powszechnego. Jak na moje oko, stanowi on doskonały przykład na niemal niewerbalne przekazywanie treści w tekście. Otóż, myśl przekazywać można także poprzez tworzenie atmosfery, poprzez opis - np. szczegóły otoczenia, dobór słów, które kojarzą się w odpowiedni sposób.
Przykładem takiego zastosowania opisu, jest fragment z artykułu, gdzie autorzy rozpływają się nad ubiorem uczestników dnia skupienia w krakowskim Barbakanie (http://barbakan.sicom.pl/). Otóż, jak donoszą autorzy, uczestnicy owych dni, studenci i licealiści, a także numerariusze Opus Dei - ubierają się elegancko! Yyyyyyyyy! Gwałtu rety! Mało tego! Jeśli nie garnitur, to w najgorszym razie sweter i koszula! Skandal, prawda? No, no... niezłe ziółka z chłopaków... Krawaty i koszule... no, no...
Jak to działa? Ano tak, że czytelnik który nie ma bladego pojęcia o Dziele (albo wie to, co każdy o Opus Dei wie z Kodu Leonarda... oraz wieści gminnej), myśli sobie - ho, ho, podejrzana sprawa, ubierają się jakoś dziwnie, garnitury, swetry. To rzeczywiście jakaś masoneria. No i gotowe - panowie miglance nie skłamali - a już wszyscy wiedzą wszystko.
Ale, ale - zadajmy sobie pytanie pomocnicze - a dlaczego to takie dziwne, że ludzie ubierają się na dzień skupienia elegencko? Spieszę z odpowiedzią: jeśli ktoś się odpicowuje na spotkanie z dziewczyną, to dziwne byłoby, gdyby nie odpicował się na spotkanie z... Bogiem. Nie wiem, czy redaktorzy TP wiedzą, ale katolicy wierzą w realną obecność Pana Jezusa w Eucharystii, z której wynikają nie tylko procesje i nabożeństwa eucharystyczne, ale właśnie osobista pobożność! To jedna sprawa - a druga, chyba głupio by było, gdyby mówiono o nas katolikach, że jesteśmy fleje i nie umiemy się ubrać. I wbrew pozorom, by schludnie i elegancko wyglądać, nie trzeba wydać fortuny, co również w paru miejscach sugeruje artykulas.
Wstyd Panowie miglance, wstyd. Sprawa przypomina podstawówkę, gdzie dzieci obraziły się na Kazia, bo Kazio słucha mamy, chodzi w lakierkach i dobrze się uczy. Dzieci wobec tego będą stwarzały wyssane z palca historie o tym, jak to Kazia leją w domu gdy przyniesie pałę, albo jak to go mama ubiera, albo steruje jego czasem.

rezerwa się szkoli!
tak sobie pangruszka pomyślał, że przygoda z wojskiem wcale się nie zakończyła - wszak niewykluczone, że WP zaprosi jeszcze parę razy kpr. Gnyszkę na weekendowe szkolenie. Co wtedy? Wówczas pangruszka pocałuje Żonę, pocałuje dziateczki i pojedzie do jednostki, by umocnić obronność Państwa. A gdy wróci, ucałowawszy Żonę, weźmie syna (-ów) na kolana i powie jak to było z innymi rycerzami się spotkać. Oczywiście - dwie osoby tego dramatu są już doskonale znane - nowych Czytelników odsyłam do archiwalnych postów ze zdjęciami moimi i Oleńki z października. Bo Żonę mieć i dzieci mieć, to nie takie pitu-pitu, ani w kij dmuchał, tylko powołanie. Małżeństwo zaś, to ani spółka świadcząca usługi podnoszące ciśnienie w narządach ograniczonemu gronu konsumentów, ani też spółka rozrodcza, ani też nawet spółka facility management opiekująca się wspólnym mieszkaniem i lodówką. Małżeństwo to sakrament. I to jak każdy sakrament - kosmiczny!
Skąd taka myśl? W Damestiftskirche mam przyjemność podpatrywać paru ojców, jeden obstawiony przez dwie małe córki, które stają po jego obu stronach gdy przyjmuje Komunię Św., a po Mszy idą z nim do obrazu Najśw. Serca Pana Jezusa, by się pomodlić modlitwą św. Piusa XI. Inny Pan - ojciec córki i dwóch bardzo podobnych przedszkolakowych synków, z których jeden służy do Mszy. Ministrant to mój ulubieniec - od razu byście go polubili!

dowcipas
wyszło na jaw, że Tawfiq - rodowity Syryjczyk - nie lubi Żydów! Wprawdzie pożegnaliśmy się per Shalom ale`kum, ale gdy żegnaliśmy się tak po raz drugi - zrobił minę obrzydzenia. Ja tam do samych Żydów nic nie mam, choć paru miałem nieszczęście poznać i zepsuli moje mniemanie o owym narodzie. No, ale opowiedzieć dowcipas o Żydach zawsze można, szczególnie gdy jest śmieszny.
Otóż:
- Dlaczego Żydzi mają duże nosy?
- Bo powietrze jest za darmo.
-----------------------------------------------------------------
Hahahahahahaha! Dobre, nie? Oj, ja to jestem figiel-migiel...

A opowiadałem Wam kiedyś jak to chcieliśmy z Oleńką kupić we Wrocławiu garnitur i opowiedziałem wtedy żart życia? Nie pamiętam, a nie chcę się powtarzać...

myśl na dziś

Iluż nerwic i histerii można by uniknąć, gdyby - zgodnie z doktryną katolicką - uczono ludzi żyć prawdziwie po chrześcijańsku: kochac Boga i przyjmowac przeciwności jako błogosławieństwo z Jego rąk!

św. Josemaria Escriva, Bruzda, nr 250

fotoloto

piątek, 30 listopada 2007

[30 XI 2007] piątek, kończy się listopad, Andżeje świętują!

Afganistan
jak już niektórzy wiedzą, lub nie - z wojskiem miałem ostatnio nieco wspólnego. I wciąż mam - bo jak inaczej określić fakt, że zdarza mi się tęsknic za jednostką, w której odbywałem służbę? Ale nie pora by się tu wywnętrzać, chcę bowiem napisać o sprawie naszych żołnierzy z Afganistanu, którzy ostrzelali wioskę. Nie znam ostatnich szczegółów, zresztą pewnie i tak poza samymi oskarżonymi i prokuratorami nikt ich nie pozna, ale mam parę uwag natury ogólnej, bez względu na szczegóły.
Po pierwsze - jest kosmicznym skandalem, że żołnierzy potraktowano jak bydło. Przypomnijmy kim jest żołnierz - żołnierz jest obywatelem, który nie tylko wyzbywa się części własnej suwerenności na rzecz przełożonego, ale i ryzykuje zdrowie lub życie, by wypełnić wolę przełożonego (jeśli w oczywisty sposób nie narusza ona prawa). Można by zatem powiedzieć, że co jak co, ale żołnierzom w społeczeństwie należy się wybitny szacunek. Tego nie widziałem. Nie wspominam już o zasadzie domniemania niewinności, którą najwidoczniej pogwałcono.
Po drugie - są trzy możliwe wersje wydarzeń. Pierwsza - żołnierze pojechali sobie na przejażdżkę i dla jaj ostrzelali wioskę, żeby pozabijać ludzi. Druga - żołnierze realizowali rozkaz przełożonego, który wydał go z czystego chcenia. Trzecia - bezpośredni dowódca oddziału realizował rozkaz przełożonego. Nie analizuję tu tego, czy rozkaz był słuszny. Pierwsza możliwość jest niemożliwa - każdy patrol ma dowódcę, jego wyjazd i uzbrojenie są rejestrowane. Zostają zatem druga i trzecia. W ich kontekście warto się zastanowić nad słusznością rozkazu. Jeśli rozkaz był słuszny - nie ma sprawy, żołnierze wykonali obowiązek. Jeśli rozkaz był niesłuszny - żołnierzom mamy coś do zarzucenia wówczas, gdy w oczywisty sposób naruszał on prawo. Jeśli nie naruszał - dowódca popełnił błąd i robimy postępowanie dyscyplinarne, żeby facet na przyszłość nie popełniał błędów. Jeśli w oczywisty sposób naruszał - winni są żołnierze i dowódca. Tyle w temacie. Jak było? Parę artykułów i od razu spektakularne, iście norymberskie zatrzymanie bandytów.
Po trzecie - zastanówmy się czy żołnierz w warunkach wojennych, tym bardziej w warunkach wojny z terroryzmem w Azji ma szansę na dogłębną i celną analizę prawomocności rozkazu. Odpowiedź brzmi - niezbyt. Warunki wojny z terroryzmem, gdzie przeciwnik nie różni się od cywila, nie nosi munduru, nie ma miejsca zgrupowania, jest wszędzie i nigdzie, może być małym chłopcem, lub stetryczałym afgańskim dziadkiem, nie sprzyjają trafności tego typu analiz. Jasne jest więc, że nie może być zbyt często mowy o oczywistym naruszeniu prawa.
Po czwarte - tego typu wojna stanowi ogromny wysiłek psychiczny dla żołnierzy. Ciężko jest bowiem nie zwariować w wyżej opisanych warunkach... w kontenerku na kurczaki z paroma kolegami w środku, a wokół tylko piasek i góry, z których strzelają nie wiadomo kto i nie wiadomo kiedy...
Jeśli ktokolwiek odczuł satysfakcję widząc zdjęcia z zatrzymania i myśląc o zapijaczonych rezerwistach w pociągu - niechaj się potężnie stuknie w łeb.

Twój samochód już jest tutaj od dawna!
jak to cudownie jest wiedzieć, że odkąd ruszyła historia, wszystko ma swoją przyczynę, a każda przyczyna ma swój skutek. I gdy tak sobie ostatnio z Simonem pożartowałem, że mam chrapkę na jego samochód, pomyślałem również o tym, że jeśli prawdą jest że Polacy kradną samochody, to prawdą jest także i to, że gdyby nie było agresji Hitlera, a potem 50 lat kołchozu, a przedtem jeszcze rozbiorów, to by samochody nie znikały... Polaczki hobbystycznie samochodów nie kradły.


wybierzmy przyszłość
brzydkie i głupie hasło, szczególnie w wykonaniu Niemców. Użyjmy porównania z pojedynczą osobą. Jak można za mądrego uznać ucznia, który oblewa wszystkie klasówki pod rząd, wierząc za każdym razem, że kolejna pójdzie dobrze. Wybierzmy przyszłość - może tym razem się nam uda, choć z braku namysłu nad przeszłością nie zmieniliśmy się ani o jotę!

Opus Dei - 25 lat prałatury personalnej i różne miglance
zasmucili mi Oleńkę wczoraj dwaj miglancowie, oj zasmucili. W tej sytuacji wyzwałbym normalnie na pojedynek na moździerze, ale że nie ma mnie w Heimacie, to sobie odpuszczę.
Co się stało się? Ano, 28 listopada 1982 roku umiłowany Jan Paweł II nadał Opus Dei formę prawną prałatury personalnej (czyli takiej ogólnoświatowej diecezji - idzie za tym posiadanie własnego biskupa, czyli Prałata Opus Dei - obecnie bp Echevarria) http://www.opusdei.pl/art.php?p=25536. No i co? No i fajnie, było co świętować, za co Panu Bogu dziękować, co dostrzegły także media, a wśród nich kontrolowany w 49% przez koncern ITI, Tygodnik Powszechny. Katolickie pismo społeczno-kulturalne, które w szczenięcym wieku miałem w zwyczaju czytywać z wypiekami na twarzy. Całe szczęście człowiek się jednak rozwija i zgubny ów zwyczaj porzuciłem, ograniczając się jedynie do sporadycznej lektury w dniach z niskim ciśnieniem i negatywnym biorytmem (wie ktoś co to ten biorytm?) - żeby pobudzić nieco senne ciało.
No i napisali w ostatnim numerze właśnie 28 listopada, niejaki Mueller i Kuźmiński tekst pod tytułem Zawodowcy (http://wiadomosci.onet.pl/1454609,240,kioskart.html). Artykuł na żenującym poziomie, koneserom dziadostwa polecam lekturę w całości. Nie będę od razu komentował co lepszych fragmentów, powiem tylko tyle, że w Barbakanie miałem okazję parę razy być, mam tam paru znajomych, na opisanych tajemniczo medytacjach i dniach skupienia bywam regularnie... i co? I śmiałbym się do rozpuku, czytając takie artykuliki. Sęk jednak w tym, że artykuł jest nacechowany i szkodliwy.
Hmmm... bo to tak jest, moi mili - napiszmy artykuł o kapłaństwie. Zbierzmy relacje kapłanów, którzy ze swoim stanem się rozstali, o tym jaki to homoseksualizm, chciwość i podwójność życia panuje wśród kleru, a potem popytajmy księży z drugiej strony. Jako, że z opiniami jest tak jak z pieniądzem - gorsze wypierają lepsze w tym znaczeniu, że sensacja, ohyda, cielesność i przemoc wydają się nie tylko atrakcyjniejsze, ale i bardziej prawdopodobne. Normalny ksiądz musi się tłumaczyć, że nie jest wielbłądem. Ks. Soler z Krakowa też musi tłumaczyć się z jakichś komicznych zarzutów. W ostatecznym rozrachunku mamy sytuację, że czytelnik wychodzi z przekonaniem następującym: noooo... jakieś tam ktoś zarzuty ma, tajemnicza sprawa, ziarenko prawdy jest w każdej plotce. Tamten niby zaprzecza, ale co ma powiedzieć? Sprawa śmierdzi.
Oleńkę jednak sprawa po prostu zasmuciła. Jak można pisać takie brednie? No właśnie, jak można?

wojny mogło nie być
pomyślałem sobie ostatnio, przy okazji lektury biografii Doktora Plinio, że wojny w 1939 roku mogłoby nie być. Wystarczyłoby, że Mussolini, Chamberlain i Roosvelt zwołaliby nową konferencję w jakimś Monachium i czymś innym, i oddaliby Polskę Hitlerowi w prezencie, tak jak Austrię i Czechosłowację. Albo jeszcze inaczej - gdyby 3 września nie wypowiedzieli wojny III Rzeszy. Traktaty o kant tego i owego można przecież potłuc - nikt nie miałby im za złe - uratowaliby Europę i Świat przed okropną wojną! Ciekawe co się stało, że jednak - po paru dniach postanowili nie dać za wygraną.

UFO? nietoperz? salami...
na niemieckich uczelniach panują dziwne zwyczaje, moi mili. Jednym z nich jest przyklejanie salami do sufitu. Na zdjęciach dokumentacja zjawiska. Występują - Kasia i Daniel.





chorowitki
Bernd zachorował! Pomódlcie się za Niego drodzy Czytelnicy, poopiekowałem się chorowitkiem wczoraj po medytacji. Biedaczek, kiepsko wyglądał. Poznałem za to nowego księdza w Monachium - również latynosa (jak wspomniany wyżej ks. Soler). Śmiesznie mówił po niemiecku.


myśl na dziś
[Jezus] Klęcząc na twardej skale, trwa w modlitwie... Wylewa łzy za ciebie... i za mnie. Przygniata go ciężar ludzkich grzechów. (...) Tak, jesteśmy tchórzami: podążamy za Nim z daleka, ale przebudzeni i rozmodleni.
św. Josemaria Escriva, Różaniec święty, Katowice-Ząbki 2004, s. 62-63

ciekawostki:

Pierwsze w Polsce profesjonalne szkolenie giełdowe!
Aktualny PageRank strony maciejgnyszka.blogspot.com dostarcza: Google-Pagerank.pl - Pozycjonowanie + SEO