Pokazywanie postów oznaczonych etykietą michnik. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą michnik. Pokaż wszystkie posty

sobota, 7 listopada 2009

[7 XI 2009] Forum Frondy upada, a prof. Krzemiński się nawraca?

upadek Forum
na Forum Frondy zwykło się narzekać na jego upadek. Że to niby kiedyś rozmawiało się poważnie, roztrząsało fundamentalne kwestie, było nieco mniej chamstwa, i w ogóle ludzie jacyś tacy bardziej inteligentni. Przyzwyczaiłem się zatem do wspólnej mitologii nt. upadku i do niej przywykłem, w głębi ducha zachowując jednak pewien zdrowy do niej dystans.
Później mit się przepoczwarzył w wydaniu niektórych zawodowych pesymistów w nową formę - oto FForum zaczęło upadać ze względu na start portalu Fronda.pl. Ci najlepsi użytkownicy wzięli i sobie poszli, ot po prostu. Ten już nie pisze, tamten nie pisze. O! Macie co chcieliście!
Ostatnio (w tym przypadku ostatnio oznacza przynajmniej ostatni kwartał) zdarzyły się jednak dwie rzeczy, które przekonały mnie ostatecznie o nietrafności tego typu twierdzeń. No, może trzy rzeczy.

Po pierwsze - mit Złotego Wieku
jedną z ciekawostek, które można wynieść z lektury książki Myśleć jak milionerzy Cebulskiego (którą szerzej omówiłem na Pogadankach Inwestorskich) jest uwaga na temat mitu Złotego Wieku. Otóż, dowodzi Cebulski, że ludzie zazwyczaj sytuują lepsze czasy o kilka-kilkadziesiąt lat wstecz (pamiętam, że miał ku temu lepszą przesłankę, niż przypuszczenie!), co średnio sytuuje je w wieku respondenta ok. 16-24 lata. Co charakteryzuje ten wiek, a może mieć związek z mitem? Otóż, w tym czasie zazwyczaj człowiek nie musi sam się utrzymywać, ani pracować, przez co nie doświadcza bezpośrednio wielu trudności, które zaczynają trapić go w tzw. dorosłym życiu.
Ot i mamy tajemnicę gadki kiedyś to było lepiej.

Po drugie - gdzie podział się X?
drugim wydarzeniem była rozmowa z kilkoma FForumowiczami, podczas której zastanawialiśmy gdzie podział się jeden z nas, od pewnego czasu nie piszący. Na podorędziu była oczywiście teoria upadku FF... okazało się jednak, że kolega ożenił się i po prostu musi zachrzaniać, a żona nie ma sentymentu do FForum. Ot i cała tajemnica. FForum ma ok. 10 lat - wystarczająco dużo, by cykl życiowy zaznaczył się odpływamy legendarnych userów. Co bynajmniej nie oznacza spektakularnych powrotów - jakich ostatnio FForum było areną (co potwierdza ten trop).

Po trzecie - upadek forum Parkietu?
trzecią przesłanką było deżawi, jakiego doświadczyłem na moim ulubionym forum inwestycyjnym, czyli forum Parkietu. Otóż, któryś z użytkowników starszych stażem założył wątek (widzę taki po raz pierwszy) na temat tego gdzie podziali się aktywni niegdyś forowicze, którzy - w przeciwieństwie do dzisiejszych - pisali na temat i w ogóle było jakoś bardziej merytorycznie i bez chamstwa.
No tak, forum Parkietu jest młodsze niż FForum, dlatego ma jeszcze czas na wykształcenie i umocnienie mitu Złotego Wieku. Jestem przekonany, że takie wątki zaczną pojawiać się częściej.

wychodzi na to, że jestem siurem!
a skoro wspomnieliśmy już o Kamilu Cebulskim, muszę pochwalić się małym sukcesem. Otóż, okazało się, że kolega zakupił Myśleć jak milionerzy tego ostatniego i zaczytuje się w niej, mimo iż nie ma na to dużo czasu (żona i dziecko na głowie). Rozmawialiśmy na jej temat, na temat zdroworozsądkowości i zadziwiającej prostoty pomysłów, które sprzedaje Cebulski, a które mogą płynąć jedynie z otwartej, rzutkiej osobowości Autora (do której posiadania i ja się przyznaję). Kolega stwierdził na koniec, co jest chyba najlepszą rekomendacją:
"Kurczę, z tej książki wychodzi jedno - że jestem siurem! Nigdy o tym w ten sposób nie myślałem, a to przecież oczywiste!"
Nic dodać, nic ująć.

prof. Krzemiński robi woltę!
tymczasem nasz ulubieniec blogowy, prof. Krzemiński, którego temat mieliśmy okazję już poruszyć ogłosił niedawno (dziś mamy wywiad w Rzeczpospolitej na ten temat), iż Radio Maryja nie jest takie złe, jak Mu się zdawało (chodzi o najnowszą książkę - raport z badań pt. Czego nas uczy Radio Maryja?).
Moi mili, wywiad przeczytajcie koniecznie, nie będę go tutaj paznokciowo rozbierał, bo sama jego struktura tego nie wymaga - Robert Mazurek stworzył bowiem kolejny majstersztyk! Dodam od siebie jedynie parę uwag.

Sobór Watykański II
po pierwsze, chciałem pogratulować prof. Krzemińskiemu umiejętności przekreślenia i sprostowania dużej części swojej publicystyki i działalności publicznej po 1989 roku. Brawo! Nie każdy ma wystarczająco cojones, by tak zrobić.
Po drugie - mimo całego wątku religijności Pana Profesora, wciąż nie jestem przekonany, czy lekcja została odrobiona do końca. Nic to jednak - stanięcie w prawdzie w tej kwestii (mam nadzieję) jest jedynie preludium wyciągania dalej idących wniosków z deklarowanej wiary. Dlaczego o tym piszę? Dlatego, że nie chodzenie do kościoła ani nawet odprawianie liturgii godzin nie są do zbawienia koniecznie potrzebne! Do zbawienia koniecznie potrzebna jest Łaska, a tę uzyskujemy będąc po pierwsze w łączności z Kościołem. A ta łączność z kolei wymaga przede wszystkim akceptacji Doktryny. Ta zaś akceptacja wymaga zgody z Tradycją - i Soborem Watykańskim II w duchu Tradycji interpretowanym.
Nie wiem w jakich innych celach, niż polemicznych może katolik czytać kontrowersyjną antykościelną gazetę brukową. Tymczasem Krzemiński utrzymuje, że wciąż Gazeta Aborcza cieszy się jego sympatią.
I tylko w tym kontekście - bycia raczej posoborowcem, niż katolikiem (vide mój tekst nt. pp. Czaczkowskiej i Turnaua) - można zrozumieć zdziwienie Profesora, że Radio Maryja nie ma nic do obowiązującej interpretacji Vaticanum II. Tylko obłąkańcy, miglance i laicy z Czerskiej tak myśleli i miazmaty swoje rozprowadzali po okolicy, podczas gdy każde katolickie niemowlę wiedziało, że Radiu Maryja raczej bliżej niż dalej do modernizmu.

to jak było wcześniej?
najciekawsze zaś jest to - jak to możliwe że przez kilkanaście lat można było wygłaszać na najwyższych tonach wiążące dla wyznawców Michnikowszczyzny tezy na temat Radia Maryja? Opiszmy ten konformizm grupowy, którego parę tajemnic wyjawił Michał Cichy w wywiadzie dla Dziennika, opiszmy przydupasostwo i cynglostwo do końca!

a rok temu
http://maciejgnyszka.blogspot.com/2008/11/7-xi-2008-czy-nekrofile-s-w-polsce.html

myśl na dziś
Kiedy przyjmiesz Pana do swego serca i zakosztujesz szaleństwa Jego Miłości, obiecaj Mu, że postarasz się zmienić tok swego życia, na ile to będzie konieczne, by nieść Go tłumowi, który Go nie zna, któremu brak ideałów, który niestety żyje w zezwierzęceniu.
św. Josemaria Escriva, Kuźnia, nr 939


niedziela, 22 marca 2009

Michał Cichy o "cynglach"

Cezary Michalski: Nie trafił pan do "Gazety Wyborczej" ze środowisk postkomunistycznych czy lewicowych, żeby krzewić historyczny kompromis w obronie własnych interesów biograficznych czy fascynacji ideowych.
Michał Cichy*: Oczywiście, że nie. To w ogóle nie był klucz naboru do "Wyborczej". Wręcz przeciwnie - takimi kluczami były "Tygodnik Mazowsze", opozycja... A moje życiowe zaangażowanie zaczęło się od tego, że w roku 1981 jako 14-latek dostałem się do liceum im. Rejtana, gdzie zaraz zapisałem się do słynnej warszawskiej drużyny harcerzy, Czarnej Jedynki. Udzielali się w niej kiedyś bracia Kijowscy, Antoni Macierewicz, Piotr Naimski czy Ludwik Dorn. Z Dornem byłem nawet kiedyś na obozie harcerskim. Podczas tego obozu okazało się, że konserwy wypełnione rzekomo sardynkami dla harcerzy zawierały tak naprawdę miniaturowe wydanie pisma trockistowskiej Międzynarodówki. Nigdy nie zapomnę tego uczucia zawodu, jakie głodny harcerz odczuwa na widok pisma Międzynarodówki trockistów. Dodatkowo moim nauczycielem polskiego był Ireneusz Gugulski, słynny "Gugul". 13 grudnia został internowany i od tego się zaczęło. Wcześniej w domu była "Wolna Europa" i jakieś numery "Zapisu". Moja rodzina miała kontakty z opozycją, ale polegały one wyłącznie na tym, że byliśmy odbiorcą niektórych, bardziej elitarnych pism podziemnych. Może nie tyle podziemnych, co nieoficjalnych, bo tak chyba należałoby klasyfikować np. "Zapis". Od tego się zawsze zaczynało. W 1981 roku wszystko było bardziej intensywne. Kiedy dostałem się do liceum, było już po Bydgoszczy i wydawało się, że zaraz dojdzie do wojny domowej. Na korytarzach sprzedawano nielegalne pisma. To był rzeczywiście karnawał.
---
Jak pan spędził lata 80.?
Trochę knując, trochę romansując z dziewczętami, za którymi ciągnęła się legenda, że pracują dla podziemia. Jeszcze w latach 80. współpracowałem ze środowiskiem Macierewiczowskiego "Głosu". A także z "Przeglądem Katolickim", gdzie poznałem m.in. Leona Bójkę, którego później spotkałem w "Gazecie Wyborczej". Fascynowałem się ucieczką Narożniaka, ukrywaniem się Bujaka, wszystkim, co miało w opozycji taki bardziej wojskowy charakter. Choć jednocześnie fascynowała mnie także druga część tradycji KOR-owskiej, ta związana z nazwiskami Jacka Kuronia i Adama Michnika.
---
Chodził pan na manifestacje?
Oczywiście. 3 maja 1982 roku zamiast na lekcje angielskiego do hrabiny Zofii Dembińskiej poszedłem pobawić się z milicją w ganianego. Swoją torbę z książkami zostawiłem w oknie mieszkania na parterze przy ulicy Mostowej na Nowym Mieście. Pamiętam jak pani, u której zostawiłem tę torbę, zapytała mnie przerażonym głosem: "Synku, ale nie ma tu granatów?". Z jednej strony podobało mi się to, że jest zadyma, a ja jestem taki odważny. Natomiast skandowanie "Gestapo! Gestapo!" wydawało mi się nie na miejscu. Naprzeciwko nas stali chłopcy z poboru w naszym wieku. Ja stałem na placu Zamkowym, gdzie wjechała armatka wodna polewająca nas lekko barwioną wodą, żeby można było później rozpoznawać manifestantów. Pałowania tam jednak nie było, był tylko gaz. W pewnym momencie, kiedy uciekaliśmy przed tym gazem, trafiłem na Rynek Starego Miasta i zobaczyłem oblężenie komisariatu na Jezuickiej, w którym rok później zabito Przemyka. Kiedy ci milicjanci znaleźli się pod dużym naciskiem i nie mieli odsieczy, zaczęli strzelać na wprost czerwonymi i zielonymi racami. Odbijały się one od bruku i koziołkowały w nieprzewidywalnych kierunkach. Wtedy zdałem sobie sprawę, że można tam zginąć. Doszedłem do wniosku, że tego typu manifestacje nie są dla mnie.
---
Mijają kolejne lata, zadymy się kończą, trzeba zacząć dorastać. Jaki pan ma pomysł na siebie?
Uważałem się za niedokształconego, więc postanowiłem pójść na studia, na których mnie wreszcie wszystkiego nauczą. Wybrałem historię. Mój wybór nie miał żadnego związku z planami zawodowymi. Nie zamierzałem wtedy pracować, tylko spędzić życie na walce z "czerwonym". Nie obchodziły mnie żadne perspektywy "zawodowego awansu". Na studiach szybko ściąłem się jednak z kolegami z Niezależnego Zrzeszenia Studentów. Pierwszym przedstawicielem tej organizacji, będącej wtedy jeszcze w powijakach, dopiero odbudowującej się po stanie wojennym, był niejaki Piotrek Ciompa. Bardzo miły człowiek, ale poszło o to, że zgłosiłem swoją kandydaturę na starostę roku. Tymczasem NZS postanowił, że to ich kandydat ma wygrać. Po raz pierwszy pokazano mi tam wyraźnie, że nieważne jest, kim jesteś, ale z kim trzymasz. Bardzo chętnie bym się do nich wówczas zapisał, ale nikt mnie nie zaprosił. W związku z tym Ciompa wygrał.
---
I dlatego NZS panu podpadł?
Nie dlatego. Zawsze i wszędzie przynależność natury ekskluzywnej, a zwłaszcza tajnej, źle się kończy. Takie organizacje są dobre na czas wielkiego kryzysu, ostrej walki, ale w warunkach wolnościowych przekształcają się w koterie, powodując zidiocenie swoich członków. Nie dopuszczają głosów z zewnątrz i trzymają się tylko coraz bardziej kurczowo swojej ortodoksji. Zajmują się przede wszystkim pilnowaniem spójności. Taki los spotkał wszystkie tego typu środowiska, jakim się przyglądałem. Zarówno wiele środowisk prawicowych, np. pampersów, jak i środowisko "Gazety Wyborczej", które przeżyło swoją wielkość w latach 1989 - 1996, a potem był już tylko zjazd. Obecnie to, co się nazywa "Gazetą Wyborczą", jest już tylko wydmuszką. Rynek ich wycenił. I płaci dzisiaj za akcję Agory już nie ponad sto złotych, ale złotych dwanaście.
Jak pan trafił do "Wyborczej"?8 maja 1989 roku, po wyjściu z zajęć na uniwersytecie, szedłem Krakowskim Przedmieściem, próbując kupić pierwszy numer "Gazety Wyborczej", ale wszędzie była już wykupiona. Szedłem w stronę domu na Sobieskiego i kiedy byłem już na Belwederskiej, pomyślałem, że z tego miejsca do siedziby tej mitycznej redakcji na ulicy Iwickiej jest bardzo niedaleko. Wszedłem do budynku redakcji, otoczył mnie niesamowity rejwach i atmosfera gorączkowego podniecenia. Bardzo mi się to spodobało. Poszedłem do sekretariatu, gdzie spotkałem panią Małgosię Wołyńską i panią Zosię Floriańczyk, i zapytałem, czy mógłbym gdzieś dostać pierwszy numer gazety. Nagle jak spod ziemi wyrósł jakiś malutki, rudy, brodaty człowiek. Popatrzył na mnie z dołu bezczelnym wzrokiem i powiedział: "Nie mamy żadnego egzemplarza". Wówczas, nie wiadomo czym podkuszony, zapytałem: "Mam w takim razie drugie pytanie - może wam w czymś pomóc?", na co ten człowiek odpowiedział: "Trzeba było zacząć od pytania nr 2". Był to Grzegorz Lindenberg, pierwszy szef wydawnictwa "Gazety Wyborczej", później wyrzucony stamtąd po konflikcie z Heleną Łuczywo, twórca "Super Expressu", pierwszego polskiego tabloidu, który odniósł sukces bez kopiowania obcych wzorów. Lindenberg przyjął mnie w charakterze pomocy redakcyjnej. Moje pierwsze zadanie polegało na kupieniu dwóch kwiatów doniczkowych do sekretariatu. Drugie zlecenie polegało na zawiezieniu listu do PAP, a trzecie - na zawiezieniu artykułu do cenzury. Potem spotkałem na korytarzu Leona Bójkę. Kiedy Bójko zorientował się, że posługuję się dość płynnie pięcioma obcymi językami, zostałem przyjęty do działu zagranicznego do zdzierania teleksów z maszyn i sortowania ich według języka. Dziennikarze działu zagranicznego zbierali te kupki i pisali na ich podstawie notki. Z biegiem czasu zacząłem je pisać sam. Potem zacząłem je redagować i szybko zostałem redaktorem prowadzącym w dziale zagranicznym. Po kilku miesiącach zostałem wchłonięty przez sekretariat redakcji i prowadziłem już całe numery. W tamtych czasach nie ograniczało się to do opieki nad pierwszą stroną. Było to faktyczne redagowanie numeru od kolumny pierwszej, przez wszystkie wewnętrzne, aż do kolumny sportu na stronie 16 czy 24 - nie pamiętam, ile stron miała wówczas "Gazeta". Do tego dochodziły nocne wycieczki do Domu Słowa Polskiego na Miedzianą 10, gdzie nadzorowaliśmy metrampaży i zecerów, którzy składali to w ołowiu i drukowali. Początki mojej kariery były błyskawiczne.
---
Kiedy poznaje pan Michnika i zaczyna pisać teksty ważne dla linii redakcyjnej "Gazety"?
Adama poznałem stosunkowo późno. Oczywiście obserwowałem go na kolegiach. Na początku zachwyciłem się jednak Heleną Łuczywo. Pierwszy raz zetknąłem się z nią po 2 - 3 dniach od rozpoczęcia pracy. Wówczas redakcja mieściła się w sławnym żłobku na Iwickiej, który miał strukturę amfilady. Najbardziej cenione były więc te dwa krańcowe pokoje, które w amfiladzie nie były. Można się tam było zebrać wokół dużego stołu i knuć w pewnej izolacji. W jednym z tych pokojów był sekretariat redakcji, a w drugim archiwum. Większość najważniejszych kolegiów na pierwszym etapie istnienia "Gazety" odbywała się w archiwum. Mnie tam strasznie ciągnęło. Pewnego dnia drzwi do pokoju były uchylone. Wetknąłem głowę i nagle koło mnie pojawiła się jakaś kobieta, której nigdy wcześniej nie widziałem i która powiedziała krótko "Nie wchodź tu". Tak po raz pierwszy spotkałem Helenę Łuczywo i od razu poczułem, że jest to ktoś wielki, od kogo nauczę się wszystkiego. Adam Michnik nigdy nie był redaktorem naczelnym "Gazety". Należy to wydrukować wersalikami. On był ideologiem "Gazety", jednak jego wpływ zarówno na pracę redakcji, jak i na kształt gazety ograniczał się wyłącznie do stron publicystycznych, do komentarzy i działu politycznego. Całością "Gazety" zawsze zarządzała Helena.
---
Zaczyna się wojna na górze i "Gazeta Wyborcza" staje po jednej ze stron, mimo że powstała jako pismo całej "Solidarności".
To był nasz wybór. Oczywiście ludzie, którzy się z tym wyborem wtedy nie zgadzali, prędzej czy później z redakcji odchodzili. Moim zdaniem zupełnie niepotrzebnie. Przyjaźniłem się z Krzysztofem Leskim, który był dla mnie wspaniałym autorytetem przede wszystkim jako pistolet z czasów podziemnego "Tygodnika Mazowsze" (po drugie wiedziałem, że jest synem legendarnego generała Kazimierza Leskiego, który jako generał Hallman przejechał całą okupowaną Europę i zrobił inspekcję wału atlantyckiego dla AK). Miałem dla Krzyśka wielki szacunek i bardzo żałowałem, że poróżnił się z Michnikiem i Heleną w sprawie wojny na górze. Uważałem i nadal uważam, że lepiej byłoby dla niego pozostać w "Gazecie" i wpływać na nią swoim pisaniem od środka, niż urządzać jakąś demonstrację, której nikt nie zauważył. Leski był jednym z reporterów numer jeden w "Gazecie". Teraz ma jakieś programy w TVP Info, ale, prawdę mówiąc, mało kto wie, że taki reporter istnieje.
---
To jest argument siły. W rodzaju słynnego dzieła "Nim będzie zapomniany".
Nie zgadzam się. Obozy warowne tworzyły się wtedy po obu stronach. Trzeba było zrobić tak, jak zrobił Wojtek Załuska, który miał poglądy podobne jak Krzysiek i został w "Gazecie Wyborczej" aż do ostatniej rzezi, czyli zwolnień grupowych w 2009 roku. Dzięki temu, że nadal pisał teksty w dziale politycznym (który od końca lat 90. był zdominowany przez sztampę intelektualną najgorszego rodzaju) można tam było przeczytać coś, co znamionowało ślady samodzielnego myślenia. Uważałem i uważam, że wolność i demokracja zasadniczo zmieniają reguły gry. Wolność słowa zobowiązuje nas do rozmawiania z każdym. Zgadzałem się z Michnikiem zarówno co do konieczności historycznego kompromisu, jak i co do lustracji. Ale w jednej sprawie Michnik myślał inaczej. Uważał, że ktoś, kto go "nikczemnie atakuje" - słowo "nikczemnie" było używane często - nie zasługuje na podanie ręki i rozmowę.
---
Wojna na górze jednak się zaostrza i obozy warowne powstają przez całe lata 90.
Młoda prawica - także pańskie ówczesne środowisko - uważaliście "Gazetą Wyborczą" za taki obóz warowny, więc wystawialiście naprzeciwko niej własne obozy. Na przykład telewizję Walendziaka. Napisałem kiedyś tekst o środowisku pampersów, ale nie został puszczony do druku jako nazbyt koncyliacyjny. Do napisania tego tekstu w wersji, która już została w "Gazecie" opublikowana, wyznaczono więc "cyngla" Michnika, czyli Pawła Smoleńskiego, który zawsze potrafił w lot odgadnąć, jaki tekst ma napisać, by podobał się szefowi. Drugim z tych "cyngli" jest Agnieszka Kublik, która dysponuje podobną zdolnością jak Smoleński. Paradoks sposobu redagowania "Gazety" przez Michnika polegał na tym, że ludzie atakujący nas uważali, że Michnik wydaje swoim "cynglom" określone polecenia. Nawet pan, gdy pisał swój artykuł "Zniewolony umysł III RP", napisał, że "Alfa otrzymał od redaktora polecenie napisania artykułu o Żydach mordowanych przez żołnierzy AK podczas Powstania Warszawskiego". Nikt mi nigdy nie wydał żadnego polecenia, bym napisał jakiś tekst.
---
Ale dla nas, na zewnątrz, naprawdę nie było istotne, czy Smoleński pisze swoje teksty, żeby się Naczelnemu przypodobać, czy dlatego, że Naczelny mu kazał. Krążyła anegdota, że po pierwszym tekście Smoleńskiego na temat motłochu popierającego Wałęsę Michnik podziękował mu wielkim bukietem róż wręczonym w obecności reszty redakcji.
Adam zawsze jest czarujący wobec ludzi, których lubi, i pełen agresji wobec tych, na których się zawiódł. Jest postacią dwuwymiarową. Podkreślanie tylko jego demonicznej strony i pomniejszanie go przez takich jego adwersarzy jak Rafał Ziemkiewicz czy Piotr Semka jest dla niego krzywdzące i źle świadczy o nich.
---
Wie pan, że "miłość" czy "uwodzenie" Michnika może się komuś nie podobać jeszcze bardziej, niż jego ataki wrogości.
Ale cóż poradzić na to, że Michnik jest uwodzicielem. Zawsze lubił uwodzić kobiety i intelektualistów. W obu wypadkach był bardzo skuteczny, chyba nawet bardziej skuteczny niż Don Giovanni. Bardzo lubił także używać ludzi. Mówiło się o nim często "manipulator". Owszem, manipulowanie nie jest specjalnie przyjemną cechą charakteru, ale ta historia ma dwie strony. Do tego, żeby kogoś uwieść, potrzeba jego zgody. Michnik niesłychanie twardo testował odporność duchową i psychiczną wszystkich polskich inteligentów, którzy dusze mają miękkie jak kisiel. Kto najbardziej nienawidził Michnika? Porzucone przez niego kochanki płci męskiej: Herbert, Burek, Rymkiewicz...
---
Wróćmy jednak do pana drogi w "Gazecie". Czy pana Michnik uwodzi?
Imponuje mi, a potem przyjaźnimy się ze sobą. Ale w "Gazecie Wyborczej" miałem zupełnie innego mistrza, płci żeńskiej, czyli Helenę Łuczywo. Dla mnie Helena jest postacią rangi historycznej, nie można jej porównywać ze współczesnymi postaciami. Ze znanych mi ludzi, którzy w XX wieku żyli w Polsce, mogę ją porównać tylko do Celiny Lubetkin, która była żoną Antka Zukiermana, dowódcy ŻOB. I faktyczną dowódczynią powstania w getcie. Misja Heleny, która jest stuprocentową Żydówką, polegała zawsze na chronieniu polskich Żydów przed jakimkolwiek złym losem. To zadanie wykonała w stu procentach. Była komendantką ŻOB w latach 90. Nie można się dziwić, że ona ze swoim zapleczem kulturowym i genetycznym nie była specjalnie wrażliwa na to, że mordowano księży po 1981, czy że generał Fieldorf był ofiarą mordu sądowego, w którym brała udział sędzia Wolińska. Misją Łuczywo było ratowanie sędzi Wolińskiej i wszystkich, obojętnie jak zapisanych w historii Polaków żydowskiego pochodzenia przed jakimkolwiek nieszczęściem. Także przed naprawdę istniejącym tutaj antysemityzmem.
---
Rozumiem tę interpretację, ale nie do końca się z nią zgadzam. W Polsce jest antysemityzm, ale nie każda krytyka komunizmu, nawet w wykonaniu prawicy, miała podtekst antysemicki. I nie każdy polski Żyd miał za sobą uwikłanie w komunizm. Choć rozumiem powody, dla których Żydzi komunizm akceptowali. II RP nie była dla nich rajem, a Jedwabne jest znakiem czegoś jeszcze bardziej obrzydliwego. Ale Mieczysław Grydzewski to przecież także był Żyd, w dodatku jako redaktor "Wiadomości Literackich" był prawdziwym polskim liberałem, a później, w Londynie, był jednym z najbardziej zajadłych antykomunistów, nienawidzącym PRL i lojalnym wobec II RP. Było bardzo wielu takich Żydów. A największa emigracja Żydów z Polski to nie rok 1968, ale druga połowa lat 40., kiedy zamiast komunizmu wybierają Izrael. Doświadczenie komunistyczne to tylko jedno z doświadczeń Żydów w Polsce, a "Gazeta Wyborcza" czyniła je doświadczeniem najważniejszym, najbardziej reprezentatywnym, w związku z tym antykomuniści mogli obrywać z paragrafu antysemickiego, nawet jeśli antysemitami nigdy nie byli i nawet się reaktywnie nimi nie stali.
W zasadzie ma pan rację. Ale proszę jednocześnie pamiętać: problem polega na tym, że każdy widzi dookoła siebie tyle, ile może. Bardzo istotne jest to, kto się skąd wywodzi, jakie ma doświadczenia i czym nasiąka przy rodzinnych herbatkach i śniadaniach. Nie można mieć pretensji do Heleny Łuczywo, która była córką funkcjonariusza komunistycznej cenzury, Ferdynanda Chabera, że jej punkt odniesienia obejmował to środowisko, z którym miała do czynienia.
---
Pokolenie stanu wojennego, nawet jego prawicowa część, nie było Leszkami Bublami, więc mieliśmy prawo wtedy powiedzieć, że się w tę zabawę bawić nie chcemy i nie będziemy utożsamiać Agory ze sprawą żydowską. A problem komunistycznej przeszłości to tyleż problem żydowski co polski. Mnie etniczne kryteria wcale nie kręcą.
Ale jak pan ich nie bierze pod uwagę, to pan nic nie zrozumie. Tak się składa, że ludzie Agory byli w większości pochodzenia żydowskiego. Nie było to ani żadnym przypadkiem, ani żadnym powodem do wstydu. Ale nie można oczekiwać od ludzi z takim backgroundem, że nagle staną się piewcami Narodowych Sił Zbrojnych.
---
Ja też nie jestem piewcą Narodowych Sił Zbrojnych i nie widziałem powodu, dla którego "Wyborcza" miałaby uznawać każdego swojego polemistę czy przeciwnika za NSZ-owca. Widziałem też, jak na prawicy zaczyna się szeptanka na temat "żydokomuny" i tolerancja na tę szeptankę. I to też było złe. Nie rozumieliśmy rozmiarów traumy marcowej. O tym wszystkim należało rozmawiać, ale się nie dało.
O tym, kim się jest, decyduje środowisko, w jakim się żyje. Instynktownie przejmujesz pewne zachowania, myśli i sformułowania. Naczelnym pragnieniem każdego człowieka jest, po pierwsze unikanie problemów, a po drugie uzyskanie pochwały od stada swoich szympansów. To bardzo silny mechanizm wzbudzania pozytywnego konformizmu, bez którego umieramy.
---
Czasami zmieniamy lojalność.
Ale to wiąże się z wyklęciem z dotychczasowej grupy.
---
Czasem dzięki temu powstaje poczucie, że się jest jednostką.
Ja jestem przeciwko indywidualizacji. Uważam, że każdy z nas powinien być indywidualnie wolny, ale każdy z nas powinien mieć także świadomość swojej przynależności i tego, jaką formę to nakłada na nasze życie. Dobrze, że wspomniał pan o wydarzeniach Marca ’68. Pozwolę sobie wygłosić krótką definicję tego, co znaczy pokolenie. Pokolenie to coś takiego, co formuje się pod wpływem zwrotnego punktu w historii, w momencie kiedy mamy mniej więcej 22 lata. Michnik i Helena w marcu 1968 roku mieli dokładnie 22 lata. Byli w sytuacji rocznika Krzysztofa Kamila Baczyńskiego czy Tadeusza Różewicza w roku 1944. Nie ma się co dziwić, że powstańcy warszawscy do dziś nimi pozostają i do dziś toczą walki na barykadach. Tak samo nie można się dziwić, że Michnik ciągle mentalnie jest w marcu 1968 roku. Zdziwiłbym się, gdyby on był w stanie się od tego uwolnić. Trauma, której wtedy doznał, nie polegała na tym, że państwo komunistyczne wzięło się za komandosów. Polegała na tym, że państwo komunistyczne za pośrednictwem Mieczysława Moczara sięgnęło po kombatantów Armii Krajowej i zyskało sobie wśród nich autentyczne poparcie na glebie antysemityzmu. To jest przerażenie, które Michnika po dziś dzień nie opuściło.
---
Uderzenie przez "Gazetę Wyborczą" w powstanie jako pogrom na Żydach było więc reakcją na…
...na Moczara, to ciągle jest walka z Moczarem. AK-owcy, kombatanci ze zgrupowania "Radosław", poszli wówczas za Moczarem. Więc za to dostali. Istnieje prawda faktów i prawda faktów jest taka, że wszyscy Żydzi zastrzeleni przez ludzi z opaskami AK i NSZ, o których pisałem, rzeczywiście zostali zastrzeleni. Jest także prawda duchowa i symboliczna, która jest następująca: nie należało tego tekstu publikować w 1994 roku w "Gazecie Wyborczej". Na 50. rocznicę wybuchu Powstania Warszawskiego.
---
Mamy pokolenie 1968 roku z jego traumą marcową i mamy pokolenie stanu wojennego z jego traumą. Michnik obsługuje traumę własną, ale niespecjalnie jest czuły na traumę młodszych. Nie tylko uprawia politykę z generałami - co bym nawet zrozumiał - ale musi się popisywać swoimi wobec generałów uczuciami. Na nas to działa tak jak na Michnika zadawanie się kombatantów ze zgrupowania "Radosław" z Moczarem. Zaczynamy na Michnika psioczyć. Michnik udaje, że tego nie rozumie, a jego "cyngle" coraz bardziej w pokolenie stanu wojennego - szczególnie w jego prawicową część - nawalają. Efekt jest taki, że zamiast rozmowy, a nawet polityki, mamy przepychankę traum i wrażliwości, która daje w efekcie piekło. A dzisiaj moi rówieśnicy są gotowi symbolicznie dekomunizować SLD, a nawet Agorę, choćby pod wodzą Kryżego, Karskiego czy Wassermanna, bo wierzą, że to będzie akt sprawiedliwości za pałowania w latach 80. i za artykuły "cyngli" Michnika z lat 90.
Albo pod wodzą Kaczmarka, Kornatowskiego, dowolnego oportunisty, który się zasłużył. Ale nadzieja, że Michnik uszanuje emocjonalne potrzeby młodszego pokolenia, była nierealna. A to z prostego powodu: nie może pokolenie młodsze stawiać warunków pokoleniu starszemu.
---
Dlaczego?
Bo jest słabsze. Bo jest z natury słabsze, ma mniej pieniędzy, mniej znajomych, mniej kontaktów, mniej doświadczeń. I w takim konflikcie oberwie.
---
Faktycznie, pokolenie stanu wojennego obrywało od "marcystów", ale też oddawało. Zabawa zrobiła się głupia i jałowa. "Wyborcza" też jej nie wygrała.
Ja w tym nie uczestniczyłem, miałem kolegów także po drugiej stronie. Nie byłem "cynglem". Grześ Górny z "Frondy" był swego czasu naszym kolegą z działu reportażu, znałem go. Znałem Jacka Łęckiego, kiedy przyjechał z Lublina i pracował w "Gazecie", wiedziałem, że to jest porządny człowiek. Nigdy nie przyłożyłem ręki do żadnego ataku ani nie pozwoliłem nikomu, kto pracował pod moim parasolem w moim dziale, przyłożyć ręki do jakiegokolwiek ataku na was. Kierowałem przez 5 lat działem kultury i dodatkiem książkowym, kiedy jeszcze istniał. Kiedy byłem redaktorem działu kultury w latach 1993 - 1998, na łamach "Gazety" drukowani byli zarówno Wisława Szymborska ze swoimi "Lekturami nadobowiązkowymi" czy Sławomir Mrożek ze swoimi felietonami i rysunkami, jak i "brulionowcy". Był Andrzej Stasiuk publikujący recenzje i eseje, które złożyły się później na "Tekturowy samolot", moim zdaniem najciekawszy jego tom esejów, a może w ogóle najciekawszy od czasu "Ziemi Ulro" tom esejów, jaki się po polsku ukazał. Ale ponieważ dotyczył popkultury, więc intelektualiści go po prostu nie zauważyli. Publikował wtedy w moim dziale swoje wiersze Jacek Podsiadło, sam robiłem z nim wywiad, gdy dostał Nagrodę Kościelskich. Kontaktował się z nami Marcin Świetlicki, chociaż z nim nigdy nie miałem "dobrej chemii".
---
Mówi pan trochę tak jak poczciwy sekretarz od kultury w KC PZPR. Jak jakiś Tejchma: "Ja wybitnych pisarzy z mojego pokolenia ratowałem". Ale przy okazji wykańczano resztę jako fanatyków, a jak Jerzy Sosnowski nie chciał pisać o "bruLionie" czy "Frondzie" jako o "prawicowych dziarskich chłopcach", tylko w sposób nieco bardziej skomplikowany, to mu cykl tych recenzji zabrano.
Jerzemu rzeczywiście odebrano ten cykl. Ale prawda jest taka, że Jerzy chciał być wtedy nadwornym publicystą "Gazety Wyborczej" i nie chodził do mnie, tylko działał bezpośrednio przez Michnika. Ponieważ chciał być kochany przez Naczelnego i jego afiliacja była bezpośrednio przy Naczelnym, to w związku z tym zależał od Jego decyzji i kaprysów. A co do wykańczania prawicowej części pokolenia stanu wojennego, to po pierwsze ono nie było bezbronne - o telewizji Walendziaka już powiedziałem, a przecież było wiele innych instytucji. A po drugie ja w tym nie uczestniczyłem, pracowałem jedynie w "Gazecie", na której łamach w innych działach ukazywały się niesprawiedliwe artykuły was wykańczające. Wiem, że to może brzmi nieco dwuznacznie, ale taka jest prawda. Na łamach działu kultury i na łamach "Gazety o Książkach", kiedy nią kierowałem, nigdy nie ukazał się żaden niesprawiedliwy tekst o pampersach, "bruLionie" czy kimkolwiek innym. Drukowałem ludzi, którzy wyszli z "bruLionu", ludzi, których uważałem i uważam nadal za wybitnych artystów i pisarzy. I wielokrotnie natykałem się na rozmaite uśmieszki Michnika, który pytał, czy chcę zrobić w "Gazecie" jakiś "bruLion bis".
---
My wtedy widzimy, polemizując z "Gazetą Wyborczą", że sami jesteśmy rzeźnikami, i piszemy ostro, ale oni też na pewno są rzeźnikami. Czemu zatem jedna ze stron ma uchodzić za moralistów? Także w oczach inteligenckiego salonu, który nie widzi trupów zamiatanych pod dywan, ale jak z nami rozmawia, to pyta zdumiony: "Skąd w was tyle nienawiści do Adama? Przecież on wszystkich kocha".
Jeśli chodzi o moralizm, Michnik naprawdę uważa się za moralistę. To jest wielowymiarowa postać, którą da się opisać tylko przy użyciu wyrafinowanych oksymoronów. On jest wyjątkowo oksymoroniczny, bo jest skrajnie amoralnym moralistą. Moim zdaniem źródłem największej nienawiści do Michnika jest to, że uważa się go za kogoś w rodzaju fałszywego proroka, za faceta, który zachowuje się jak kaznodzieja, mówi innym, jak należy się zachowywać, co jest moralne, a co nikczemne. Najpiękniejszy oksymoron opisujący to, o czym mówimy, na który natknąłem się w swoim życiu, brzmi: "otyły dietetyk". Michnik jest otyłym dietetykiem. Wszyscy to widzą poza nim samym. Michnik wygłosił kiedyś zdanie, które mi się bardzo mocno wryło w pamięć: "Nie jest bez znaczenia, kogo udajesz; nawet jeżeli jesteś hipokrytą, to jeżeli udajesz świętego, a masz naturę węża i lubisz tylko syczeć uwodzicielsko, a później dusić albo gryźć, to jeżeli udajesz świętego, mając taką naturę, to i tak jesteś troszkę lepszy, niż gdybyś nie udawał". Istnieją pewne pożytki nawet z hipokryzji. Adam potrafił ją wykorzystywać także do dobrych celów. Na przykład do ucywilizowania SLD.
---
Absolutna zgoda co do hipokryzji. Powinno się udawać lepszego od siebie, bo to zawsze człowieka podnosi. Ale jak się udaje Chrystusa i jedną ręką pokazuje stygmaty, a drugą kogoś dusi, to taka dwulicowość już standardów moralnych, a nawet politycznych, w niczym nie poprawia. Wytwarza tylko konflikty w miejscach niepotrzebnych.
Ja to doskonale rozumiem, chcę panu tylko powiedzieć, że gdyby Michnik był postacią tak jednoznacznie padalcowatą i nikczemną, jak maluje go polska prawica, nigdy w życiu nie stworzyłby wokół siebie takiego środowiska wiernych i wpatrzonych w niego wyznawców.
---
Czemu nie udało się panu pańskiej strategii relatywnej miłości i względnie czystych rąk upowszechnić w innych działach "Gazety", gdzie pisano o "ciemnogrodzie", wywlekano wrogom sprawy osobiste, a chłopców z "Frondy", istotnie pokręconych tak jak prawie wszyscy tutaj, od razu wciskano w buty faszystów?
Na głupotę starszych nie ma lekarstwa. Możesz wpływać tam, gdzie sięgają twoje kompetencje. Moje kompetencje były takie, jakie były, ja byłem wtedy zaledwie dowódcą kompanii w tej gazecie. Owszem, Michnik mówił ze łzami w oczach, że zrobi mnie swoim następcą, ale wyszło z tego tyle, ile ze wszystkich jego obietnic pod adresem wszystkich, to znaczy dwa lata później przestał się do mnie odzywać, ponieważ odmówiłem wykonania jego polecenia zaszlachtowania amerykańskich Żydów za to, że Hannah Arendt oskarżyli o antysemityzm w związku z "Eichmannem w Jerozolimie". Dostałem plik kartek po angielsku, czyli w języku, którego Michnik nie zna, z poleceniem napisania na podstawie tych kwitów szybkiego eseju. Powiedziałem, że po pierwsze muszę się przygotować, poczytać książki, bo nie mam wystarczających kompetencji w tej sprawie, a po drugie uważam, że oni trochę mieli rację, bo Hannah Arendt sama była wtedy za szybka.
---
To bardzo ezoteryczny powód rozstania się.
To nie jest ezoteryczny powód. Odmówiłem bycia "cynglem", choćby w takiej - jak to pan sugeruje - subtelnej sprawie. To był pierwszy raz, kiedy Michnik próbował mi coś w taki sposób zlecić, próbował ze mnie zrobić Smoleńskiego, a ja Smoleńskim zostać nie chciałem. On zaczął na mnie wrzeszczeć, że mam przynieść tekst, zaczął na mnie bluzgać. My zawsze bluzgaliśmy w redakcji, z Helenką i z Adamem, ze wszystkimi - to było środowisko, w którym ja się do pewnego momentu czułem rzeczywiście wolny. Dla mnie wolność polegająca na tym, że się chodzi w krawacie i w marynarce i nie używa brzydkich słów, to jest g..., nie wolność, natomiast w momencie, kiedy Adam zaczął na mnie wsiadać i zaczął mi grozić, że mnie ześle do działu internetu, gdzie Helenka ze mnie zrobi pracownika, który będzie zasuwał od dziewiątej rano do dziewiątej wieczór, ja mu powiedziałem: "Stary, ty mnie chyba masz za kogoś innego, ja nigdy nie piszę na zamówienie". On wtedy krzyknął do mnie "won!" i wyrzucił mnie z gabinetu, po czym przestał się odzywać, a przecież wcześniej byliśmy przyjaciółmi i ja go nadal uważam za kogoś w rodzaju swojego zastępczego ojca - trochę taką rolę w moim życiu odegrał, tylko przegapił moment, w którym sam zaczął tracić siły. Jest taki moment w życiu człowieka starzejącego się, którego nie można przegapić - moment, kiedy trzeba nauczyć się mieć sojuszników w młodszych. Michnik przegapił ten moment, bo on zawsze był tak silny, że wydawało mu się, że może zaszlachtować żyletką każdego. Przeliczył się i poniósł za to karę, która mu się należała.
---
*Michał Cichy, ur. 1967, historyk, specjalista od XVII i XX wieku. Wieloletni współpracownik Muzeum Holokaustu w Waszyngtonie. Dziennikarz i publicysta "Gazety Wyborczej" od chwili jej powstania. W latach 1993 - 1998 kierownik działu kultury "Gazety" i redaktor nieistniejącej już "Gazety o Książkach". W latach 1997 - 2002 współtwórca i sekretarz Nagrody Nike.
Informuje on czytelników DZIENNIKA, że na znak zaufania do rozmówcy zrezygnował z autoryzacji wywiadu.
(Powyższy tekst został zaproponowany przez Michała Cichego)



[22 III 2009] Niedziela Laetare - ciąg dalszy tyrady o przydupasach i klientelizmie

lance do boju, szable w dłoń
niestety, nie udało mi się w piątek przed odjazdem zrealizować planu napisania ciągu dalszego mojej tyrady – niestety, „życie to nie je bajka, życie to je bitwa”, jak mawia inż. Kopczewski. Udało mi się natomiast napisać bardzo dobrze kolokwium z semiotyki logicznej, do którego przygotowanie i samo napisanie zajęło mi tyle czasu, że nie wyrobiłem się z innymi zamierzeniami.
Więc jestem ci ja pod Warszawą, na quasi-rekolekcjach, wspaniale odpocząłem regenerując zarówno ciało, jak i ducha wraz z umysłem, więc w to niedzielne popołudnie, po porannej medytacji i Mszy, po śniadaniu i spacerze połączonym z przeganianiem gąsiora z ogrodu, po dawce nauki... zasiadam do zakończenia swojej tyrady. Nadchodzi bowiem dzień gniewu i krwawej pomsty...

rekapitulejszyn
zrekapitulujmy to, co już ustalilismy. Otóż, napisaliśmy, iż w każdej grupie ujawnia się lider, opierający swoją supremację na jakiejś własnej przewadze, bądź przewagach. Uznaliśmy, iż jest to naturalne. Zauważyliśmy następnie podwójne ryzyko: z jednej strony zależności intelektualnej, z drugiej zaś – klientelizmu. Tu należy się errata, otóż zdanie brzmiące: „Pryncypał musi lansować swojego przydupasa, bo kto gardzi przydupasem, ten gardzi przydupasem”, winno brzmieć: „Pryncypał musi lansować swojego przydupasa, bo kto gardzi przydupasem, ten gardzi pryncypałem”. Kończąc rozważanie, stwierdziliśmy, że skutkiem procesu uzależnienia i klientelizmu, jest rozrost kompetencji spijania z dzióbka oraz włazidupstwa kosztem prawdziwych kompetencji – tj. kompetencji przyrodzonych i nadprzyrodzonych, czyli cnót. Nie mówiąc o utracie wolności – jak bowiem człowiek może być wolny, gdy Bogiem staje się dla niego albo Pryncypał, albo Instytucja Pryncypała, albo Idea Pryncypała.

klientelizm jako bałwochwalstwo
dochodzimy więc do prostego wniosku, że klientelizm jest formą bałwochwalstwa – siłą rzeczy musi więc rodzić zatrute owoce. Do owoców należą wspomnianie już utrata wolności, erozja kompetencji i cnót, ale nie tylko. Zarówno empiria, jak i droga dyskursywna prowadzą do poznania kolejnych skutków opisywanego procesu. Są to kolejno: cynizm, podwójne życie, wypalenie, ideologizacja, bądź żądza prestiżu jako proteza braku wiary, etc.

aleossochozi_vol.2?
dlaczego to piszę? Ten, kto wie, ten wie, ten kto nie wie – albo się dowie, albo nie. Niektórzy bowiem mogliby się zgorszyć stanem rzeczy, który opisuję. Ale ujmijmy sprawę nieco jaśniej – nie jest dobrym stanem organizowanie jakiejkolwiek instytucji jedynie w oparciu o kult jednostki. Po pierwsze jest to bałwochwalstwo. Po drugie niesie zgubne skutki dla ludzi przy instytucji zaangażowanych. Po trzecie zaś – tego typu instytucja, z natury rzeczy jest niestabilna i zależy od amplitudy poruszeń duszy lidera. Na tym nie koniec – po czwarte bowiem instytucja przeżywa kliniczny kryzys po śmierci lidera. Po piąte z kolei, nawet gdy nie upadnie, wkracza w fazę stangacji, gdyż władzę przejmują najwierniejsze przydupasy, czyli cyngle, którzy z natury rzeczy mają skłonność do miernoty – ćwiczyli ją w końcu przez lata. Ta faza albo trwa i kończy żywot instytucji, albo przeradza się dziwnym zbiegiem okoliczności w rządy kolejnego Pryncypała, najczęściej zzewnątrz (przy takiej deprywacji intelektualnej wątpliwe jest, aby lider narodził się w łonie instytucji) – historia wówczas zatacza koło.
Jedynym wyjściem jest przedefiniowanie uniwersum symbolicznego, o które instytucja opiera się w rzeczywistości (najczęściej to uniwersum rzeczywiste różni się w istotnych punktach od deklaratywnego). To zaś nie zdarza się samo z siebie, tylko albo poprzez przewrót i zmianę lidera, albo poprzez śmierć instytucji i powołanie nowej, albo przemianę lidera, co jest przypadkiem najrzadszym.

pół-kontrrewolucjonista
stan, w którym uniwersa symboliczne deklarowane oraz rzeczywiste nie pokrywają się odpowiadają stanowi rzeczy, który Plinio Correa de Oliveira przypisał duszy pół-kontrrewolucjonisty, kwitując opis stwierdzeniem: „Pół-kontrrewolucjonista” jest również synem Rewolucji. (Correa de Oliveira, Rewolucja i Kontrrewolucja, Kraków 2001, s. 79).
klucz
stanowi rzeczy, które opisałem w obu częściach tyrady, a który nazywam klientelizmem, przypisuję spektakularne niepowodzenia instytucji, które podają się za kontrrewolucyjne, katolickie, bądź prawicowe w Polsce. Nie chodzi więc jedynie o brak pieniędzy. Działa to na zasadzie następującej – ustrój klientelistyczny skutkuje w sferze organizacyjnej brakiem motywacji i obniżeniem skuteczności oraz innowacyjności osób zaangażowanych przy projektach, co przekłada się z jednej strony na brak woli, umiejętności a przez to skuteczności w pozyskiwaniu środków, z drugiej zaś – potencjalni darczyńcy, mniej lub bardziej świadomie unikają angażowania się w tego typu przedsięwzięcia. Tu prawdopodobnie tkwi owo dla mnie dotychczas tajemnicze „tak, ale jednak nie” przy próbach budowania wsparcia finansowego. Dotychczas myślałem, że chodzi jedynie o brak odpowiedniego spojrzenia na realne możliwości własnego środowiska. Myliłem się.
Tu dwie uwagi: po pierwsze, istnieją na szczęście instytucje, które nie tylko się podają, ale również są w istocie kontrrewolucyjne i na nadużyciu zwanym klientelizmem się nie opierają. Po drugie – samo zjawisko występuje ponad podziałami ideowymi, kulturowymi i religijnymi. Jest tak z tego względu, iż wynika z przyczyny uniwersalnej, nie przypadłościowej – ze względu na grzech, który występuje i kwitnie zarówno u konserwatystów, jak i ich przeciwników, u katolików, jak i schizmatyków, heretyków, i pogan. Skutki grzechu pierworodnego są uniwersalne.

połączenia poziome, czyli kokosy
brakuje zatem instytucji zarządzanych horyzontalnie i celem powinno być ich tworzenie. Jestem przekonany, że będą o wiele skuteczniejsze – dzięki czemu na „rynku” instytucji prędzej, czy później nastąpi selekcja.
Świetnym przykładem – z innego rynku – są portale pożyczkowe, social lending. Jednym z nich jest np. serwis kokos.pl, którego użytkownicy udzielają sobie nawzajem pożyczek na umówione oprocentowanie. Serwis obsługiwany jest przez firmę windykacyjną. Popatrzmy – dotychczas pieniądze pożyczało się albo od banku, albo najbliższej rodziny (z braku wystarczającego kapitału społecznego, czyt. Zaufania)... przy czym dzisiejsze banki poprzedzane są historycznie właśnie przez bankierów, czyli osoby prywatne, które z jednej strony przyjmowały depozyty, z drugiej udzielały z nich, bądź z własnych pieniędzy pożyczek (ciekawych odsyłam do
Rothbarda). Jednym słowem – historia zatacza koło...
Być może rozwój instytucji konserwatywnych i katolickich jest w Polsce możliwy z udziałem dzisiejszych liderów, którzy „tworzenie środowiska” pojmują jednak analogicznie do Michnika – a więc jako utrzymywanie dworu przydupasów oraz „cyngli”, o których tak barwnie opowiadał eks-cyngiel Michnika, niejaki Michał Cichy. Teoretycznie jest to możliwe – pod warunkami, które opisałem powyżej. Wydaje się jednak, że rozsądniej – zamiast zdawać się jedynie na potencjalny cud, zająć się rozbudowywaniem połączeń poziomych między pomniejszymi aktorami.
W ten sposób wracamy do tematu wspieractwa, który był tutaj wałkowany kilkakrotnie... nie mówię o tym jedynie ze względu na własnego bloga, bynajmniej. Dobrze byłoby otrzymywać pokaźne dotacje od Czytelników, czy osiągać wysokie przychody z reklamy klikalnej... ale jeśli rynek zdecyduje inaczej, to nie ma co z werdyktem uparcie polemizować. Chodzi tu o świadomość, która powinna rozciągnąć się na setki małych jednostek, czy kilkuosobowych podmiotów.

margines?
czy w byciu na marginesie, w niezrzeszeniu, tkwi wartość ex definitione? Bynajmniej. Idzie natomiast o to, że dążymy do doskonałości. Jeśli silne podmioty opierają się na niezdrowych zasadach... to na ich siłę należy spojrzeć nieco inaczej. Po pierwsze, w porównaniu z konkurencją zza barykady, jest częstokroć śmieszna. Po drugie zaś – nie będzie trwała wiecznie. Po trzecie – opiera się na złym fundamencie i rodzi, prócz kilku dobrych, wiele złych owoców.
I jeśli poprzednio przy okazji wałkowania tematu wspieractwa pisałem o częstym zjawisku wypalenia, frustracji u ludzi zaangażowanych w projekty, o których tu w ogólności piszę, to okazuje się, że same zasady organizacji tych przedsięwzięć (w sposób, który wyżej omówiłem) przyczyniają się do tego stanu rzeczy.
Nie osiągniemy niczego, albo bardzo niewiele dobrego, jeśli w werbalnej służbie idei, gardzimy i wykorzystujemy ludzi, bo nie interesuje nas konkretny człowiek, tylko Idea. Jeśli tak – wówczas de facto nie interesuje nas idea, a jedynie własna chwała. Instytucja będzie trwała siłą inercji, gdyż regularnie wraz z wypluwaniem ludzi, pojawiać się będą nowi, ujęci wizerunkiem Pryncypała, Instytucji którą stworzył... a im więcej – mimo wszystko – dobrych owoców będzie rodziła, tym mniejszą uwagę będą przywiązywać do zła, którego sami doświadczają, im dłużej zaś będą działać, tym ciężej będzie zrezygnować.
Niewolnik także przyzwyczaja się, może nawet i zdobywa na pewną tkliwość wobec swojego pana...

ciach!
w tym momencie ucinamy z braku miejsca i czasu – niebawem nastąpi trzecia część tyrady.

a rok temu
http://maciejgnyszka.blogspot.com/2008/03/22-iii-2008-wielka-sobotawielka.html

myśl na dziś
Modlisz się, umartwiasz się, pracujesz w tysiącu spraw apostolskich..., ale nie uczysz się. — Nie będziesz pożyteczny, jeżeli się nie zmienisz. Nauka, formacja zawodowa, jest dla nas niezmiernie ważnym obowiązkiem.
św. Josemaria Escriva, Droga, nr 334





czwartek, 26 czerwca 2008

[26 VI 2008] gorący czwartek, św. Josemarii Escrivy!!!

antysemityzm - o co kaman?
oj, sprężam się dzisiaj, bo późno - wystąpiły pewne problema natury technicznej, dla których musiałem późno zasiąść do komputera.
Jeśli chodzi o antysemityzm, to mój nieoceniony Wspólnik dotarł do supertajnego, oficjalnego raportu ekspertów z PAN-u dla MSWiA nt. antysemityzmu. Co się z niego okazuje? Ano to, że wszyscy jesteśmy antysemitami i już! Choćbyśmy nie wiedzieli. Warto nawiązać polemikę z piśmidełkiem, ale ja teraz kompletnie nie mam na to czasu - wybaczcie, absorbują mnie zarówno nietajne, jak i tajne sprawy, o których później się dowiecie. Najbliższe sprawy - IMPREZA U GRZYZGI 2008.
Raport ekspercki, dla rozweselenia, dostępny jest tu:

byłem w seminarium i w PZPR - spotkania Grzyzgi na skrzyżowaniu o poranku
spotkaliśmy się z tym panem na skrzyżowaniu Marszałkowskiej ze Świętokrzyską. Stoimy, patrzymy jak jeden z samochodów, niepewnie prowadzony, staje na środku skrzyżowania, a reszta trąbi. Pan obok mnie, z brzuszkiem, walizką i w garniturze powiedział, że głupi ci Polacy - facet przyjechał z Ciechanowa, a ci trąbią, żeby mu pokazać jaki jest głupi - z zawiści. A 95% chodzi do kościoła co niedziela! (już po tym można wywnioskować, że nie czyta mojego bloga - Panie K.J. ze Sz. - proszę wybaczyć, żem się jeszcze nie ustosunkował do polemiki, zrobię to w wolnej chwili).
Poszliśmy razem prawie do Nowego Światu gaworząc o wszystkim. Co się okazało? Pan był w seminarium duchownym, potem w PZPR, ale się nie dorobił, a teraz pracuje w NOT-cie i choć Michnik był jego kandydatem na prezydenta, to jednak zgłupiał, a ta gnida Maleszka, gdyby miał honor - strzeliłby sobie w łeb i nie byłoby problemu. Chociaż o to tak naprawdę nie chodzi. Ale to byłoby honorowe wyjście. I pan już wie dlaczego zawsze był taki szum w sprawie Pyjasa - bo ich było trzech i jeden kapował, a trzeci przeżył.
Tak to sobie pogadaliśmy. Ja słuchałem, pan gadał.
Michalski, Michalski - grzebać w prywatności?
dostałem maila od znanego pisarza! Otóż, postuluje w nim, by nie wyciągać Michalskiemu brudów z życia, jeśli dla równowagi nie wyciąga się analogicznych brudów z żywota, np. Ziemkiewicza. Nie chcę pisać drugi raz, więc zacytuję co na ten temat odpowiedziałem:
(...) Co do symetrii. Wydaje mi się, że jednak w tej sytuacji jest to zasadne, z tego względu, że Michalski porusza problem Kościoła, przebywania poza Nim... który jest jego udziałem, wcale tego nie wyjawiając. Czytelnik odnosi wrażenie - "O, Michalski, mądry redaktor, on dzięki intelektowi i oczytaniu wie jak być powinno w Kościele". Prawda jest inna. Gdyby Ziemkiewicz, bądź Michalkiewicz zajęli się tego typu zabawami - przywaliłbym i im. A że cicho siedzą, to nie dostali jeszcze fangi w kinola.
Czarny Anioł - czyli czy Wanda Nowicka już nie podskakuje?
niestety nie mogę poruszyć tego tematu, bo Wanda Nowicka za wygraną nie dała. Jeśli to czyta, niechaj wie, że została zdekonspirowana. Więcej nic.
chciałem powiedzieć, że do końca czerwca możecie drodzy Czytelnicy kupować audiobooki z wydawnictwie Złote Myśli po cenach niższych nawet o 10 zł! Informacja o akcji jest tutaj:
Audiobooki to przede wszystkim dobry prezent dla dziecka (słucha sobie książki), ale też i dobra sprawa jako nauka dla zabieganych. Jeśli mogę doradzić, to w Złotych Myślach mają moim zdaniem najmocniejsza ofertę jeśli chodzi o książki nt. przedsiębiorczości i inwestowania.
Dużo dla dzieci jest w Gnyszkokiosku: http://maciejgnyszka.nexto.pl/ksiazki_audio_c1033.xml
nexpresso

wracając do Gnyszkokiosku, to chciałem powiedzieć, że dla klientów zarejestrowanych w Klubie Nexpresso (obecność w klubie polega na tym, że na po wstąpieniu teraz dostaje się 200 pktów, a kolejne punkty za kolejne zakupy, które to punkty wymienia się później albo na produkty, albo na zniżki) - do tego dochodzi nowa rzecz - co tydzień dla klubowiczów 3 wybrane produkty tańsze jeszcze o 10%.

Nexto ewidentnie nabiera rozmachu - kto jeszcze nie był, bądź nie było go dawno - myślę, że powinien zajrzeć. A nuż wesprze później jakimś zakupem gnyszkobloga?


wojna z Iranem
wojna chyba wisi na włosku - Jurek Busz dziś mówił, że umowa ws. nieprowadzenia badań nuklearnych została złamana... Ropa crude dziś liznęła magiczną barierę 140 dolarów za baryłkę... Co to znaczy? Wojna bardzo prawdopodobna. Co to oznaca? Ostry zjazd na giełdach. Co to oznacza? Odbicie po tym zjeździe, tak jak przy okazji rozpoczęcia poprzedniej wojny. Co to oznacza? Czas potężnych zakupów blisko. Co to oznacza? Np. to, że warto otworzyć sobie konto w Supermarkecie Funduszy Inwestycyjnych mBanku - http://adserwer.intercon.pl/kreacje/165,3,57722462.html?bid=165&cid=3&idp=57722462&page=18
Pamiętać bowiem należy, że kupuje się wtedy, gdy ludzie dają sobie w łeb z powodu taniości akcji... Ten moment, po niemal roku spadków - jest bliżej i bliżej. Rozpoczęcie wojny może być punktem zwrotnym.
myśl na dziś
Jestem coraz bardziej przekonany, że szczęście w Niebie jest dla tych, którzy potrafią być szczęśliwi na ziemi.
św. Josemaria Escriva, Kuźnia, nr 1005

piątek, 23 maja 2008

[23 V 2008] piątek, Oktawa Bożego Ciała, 366 post!

o gazetach
wracam do tematu gazetowego z ostatnioweekendowych dysput. Pytanie, na które nie odpowiedziałem dotyczyło tego, czy rzeczywiście należy sobie cenić np. Gazetę Polską, bądź Najwyższy Czas! wyżej niż Gazetę Wyborczą. Dlaczego moim zdaniem odpowiedź brzmi: Oczywiście!?
Autor sugerował, że Wyborcza, choć jest rzeczywiście wybiórcza, to jednak dopuszcza na swoich łamach głosy przeciwne - vide słynny artykuł ks. Oko na temat pederastii. W przeciwieństwie do wspomnianej reszty. Moja odpowiedź brzmi następująco.
Rzeczywiście w Najwyższym Czasie! nie widziałem jeszcze artykułu umiarkowanego keynsisty, ale nie oznacza to, że w piśmie nie ma polemik. Po pierwsze - NCz! czytam niedługo, ledwo kilka miesięcy. Po drugie - pamiętam artykuł jednego z Czytelników (!), który uznał, że program gospodarczy UPR wymaga poważnych poprawek (rzecz jasna nie w kierunku, który wymarzyłby dobie Keynes), więcej - w numerze kolejnym pojawiła się odpowiedź któregoś z profesorów ekonomii, którego teza brzmiała tak, iż zarówno UPR, jak i autor artykułu nieco się mylą w kilku sprawach.
Jednym słowem - ciężko mi uznać, że NCz! jest tubą ideologii, np. konserwatywno-liberalnej (zresztą wystarczy przejrzeć jak różni autorzy tam pisują - oczywiście mieszczą się w nurcie, który można by jakoś ogólnie nazwać, ale tak jest w każdej redakcji, inaczej spędzaliby czas na kłótniach).
Ale jest jeszcze inna sprawa - Najwyższy Czas! jest pismem nieco innym, niż Gazeta Wyborcza. Nie tylko pod tym względem, że jest tygodnikiem, nie dziennikiem (skupia się więc na pogłębianiu kwestii), ale że nazywa sam siebie tygodnikiem konserwatywno-liberalnym. To ostatnie oznacza, że pismo zajmuje się czymś bardzo konkretnym - skupianiem oraz wyrażaniem poglądów ludzi, którzy nazywają sami siebie konserwatywnymi liberałami. Co to znaczy? Bynajmniej nie to, że ludzie ci zamierzają kłamać, albo udawać, że nie mają żadnych gotowych przesłanek - przeciwnie, twierdzą że w pewnych sprawach mają rację i potrafią ją wyłuszczyć, oraz jej nie kryją. To się w artykułach czuje - tę transparentność.
Co innego Wyborcza, nie dość że udaje, iż jest medium, tj. przekaźnikiem jedynie informacji (poza Świąteczną), to jeszcze udaje, że przekaz który podaje nie odwołuje się do żadnych założeń. Wprawdzie każdy uważa, że jego założenia są oczywiste, przeto i wnioski, które z nich wyciąga też - w związku z czym, w Wyborczej używa się epitetu oszołom, a w NCz! socjalista, bądź lewak, ale różnica między dwiema gazetami jest ta, że GW swoje polemiki prowadzi na emocjach i erystyce, w NCz! zaś w oparciu o rozum. Szczerze - gdy czytam NCz!, częściej myślę, gdy zaś czytam GW, czuję się jak debil, któremu się mówi, co ma myśleć.
Po latach czytania GW odkryłem u siebie tyle nieudowodnionych przeświadczeń, uprzedzeń, przesądów, że głowa mała...
Co zaś się tyczy Gazety Polskiej - ją potraktuję krócej. Po pierwsze - jak można za jednolitą uznać gazetę, którą tworzą tak różni ludzie jak Lisiewicz, Sakiewicz, Kwieciński, Ziemkiewicz, Terlikowski, Grzybowska, Rybiński... Więcej - sami autorzy nie raz (gazetę czytam od 2004 roku) polemizowali ze sobą na łamach (co zresztą skończyło się odejściem Łysiaka, który uznał, że nie zdzierży obecności bodajże Ziemkiewicza). Po drugie - proszę wybaczyć, ale pojawić się na łamach GP to obciach - nikt nie zamierza tam się pojawiać, ponieważ A.Michnik zarządził przemilczanie gazety, więc proszę nie liczyć na wielkie polemiki Blumsztajn-Terlikowski, czy Michnik-Isakowicz-Zaleski. Adam kazał o nich nie mówić - ich nie ma.
Kolejną sprawą - i już ostatnią, bo pora późna - jest to, że GW samodzielnie przyłapałem na kilku ordynarnych kłamstwach, które nawet oprotestowałem - ze skutkiem rzecz jasna mizernym. Choć P. Pacewicz dostał tysiąc maili, sprostowania nie było żadnego... Skądinąd wiem, że pomyłki te zdarzyły się w gazecie specjalnie, co było omawiane nawet na Kolegium. No, ale w szczegóły nie wnikam, bo informatorów się nie ujawnia.
Jednym słowem, jeśli profesjonalizm ma oznaczać skuteczną, prymitywną i ordynarną propagandę wydaną ładnie - to ja dziękuję za taki profesjonalizm, wolę Gazetę Polską na kiepskim papierze, albo Najwyższy Czas!, kierując swoje pieniądze co tydzień do ludzi, którzy nie próbują mi wmówić, że rzeczy nieoczywiste są jak najbardziej oczywiste.
Inną sprawą jeszcze jest to, że Wyborcza to jawnie antykatolickie medium.
dwa spotkania z czytelnikami
w ostatnią środę - dla odmiany - spotkałem dwóch czytelników Najwyższego Czasu!. Zeszły tydzień należał do dwojga czytelników Gazety Polskiej. Miło jest ich widzieć. Jakoś nie pasują do kliszy... młodzi, ładnie ubrani, pod krawatami. Hmmmm...
W środę spotkałem też Czytelnika tego bloga - Piotrka! Spotkanie bardzo miłe i dzięki niemu kolejny głos ws. zawartości bloga. Kolejny mówiący, by nie pisać - także dla swojego dobra - o sprawach prywatnych. Miło, gdy się czytelnicy o człowieka troszczą (co bynajmniej nie oznacza, że jestem nieskromny, albo że mam wysokie mniemanie o tej pisanince - vide ostatni komentarz anonima - przeciwnie, mniemanie o pisanince mam takie, jakie docierają do mnie myśli Czytelników).
draka za draką
no i stało się - już niedługo z dawna wyczekiwana książka o Lechu Wałęsie. Sprawa śmieszna - książki jeszcze nie ma, a autorów oskarża się o kampanię nienawiści. Ciekawe... Strategia Wałęsy się rzeczywiście zmieniła - aby nie zostać uznanym za winnego, już nie rzuca mięchem i nie szaleje jak na Plusach dodatnich, plusach ujemnych (poniżej słynne sceny) - tylko spokojnie czeka aż tu autorytety moralne (hahaha) wyślą pełen oburzenia list w jego obronie i będą Go broniły - nasz skarb narodowy. Oj, coś nie chce mi się wierzyć, że ten list to taki pełen spontan... Dziwi mnie to, że red. Lesław Maleszka z GW nie podpisał.
Oskarżenia o kampanię nienawiści dotarły aż na forum Parkietu, gdzie któryś z miłujących pokój i PO użytkowników założył wątek o wymownym tytule - Dwie kurwy z IPNu napisały książkę o Lechu.
Jaki pan, taki kram.
Żydzi po raz kolejny
ostatnio sporo było o Żydach. Jeszcze kilka myśli.
Pytanie: Skąd mamy w Polsce tylu zawodowych filosemitów, z których większość nigdy nie poznała żadnego Żyda?
Odpowiedź: Nie wiadomo, ale warto sprawdzić korelację między ich liczbą a nakładem Gazety Wyborczej.
W odróżnieniu od etatowych filosemitów, ja miałem okazję poznać paru Żydów (tzn. jednego i cztery Żydówki). Wnioski stąd płyną niemiłe - pogłoski o antypolonizmie i chrystianofobii wśród Żydów nie są nieprawdziwe. Świadczą o tym nie tylko doświadczenia moje, czy ludzi żyjących z Żydami przed wojną, ale i chociażby współczesne innych ludzi. Mam pewnego kolegę w USA - pracuje jako prawnik w żydowskiej kancelarii (te są jak wiadomo najlepsze). Musi się kryć z tym, że chodzi do kościoła.
pogadanki-inwestorskie vol. 1
już jutro! Zainteresowanym przypominam adres: http://pogadanki-inwestorskie.blogspot.com/
myśl na dziś
Jeśli nie obcujesz z Chrystusem na modlitwie i w Chlebie, jakże chciałbyś Go dać poznać innym?
św. Josemaria Escriva, Droga, nr 105

niedziela, 3 lutego 2008

[3 II 2008] niedziela, post właściwy

miała być wolność słowa...
a tu każdy gada to, co chce! Widzę, że muszę ankietę zamknąć, a w przyszłych edycjach sond dać tylko pozytywne opinie, co? Hie hie... dziadzia Gnyszek tylko żartował. Chociaż z drugiej strony, może powinien ograniczyć pisaninę - wziął sobie do serduszka wezwanie lektora z filmu o niedzieli czynu partyjnego i robi 400% normy pod względem ilości postów, a tu wskaźnik klików w reklamiszcza od Gugla na dziś (do tej pory) na poziomie... 16,8%... Panie złoty, toż to grubo powyżej średniej, a gdzież tu myśleć o rekordach (rekordy popularności wprawdzie bijemy, ale z klikaniem cieniej)? Nie powiem, żeby miecz boleści przenikał moje serce, ale śniło mi się co innego...

Gross ma stracha
no, to przechodzimy do merytum. Wczoraj zapodałem film o niejakim bajkopisarzu nazwiskiem Gross. Dziś powtarzam go dla tych, którzy nie widzieli:



a poniżej jeszcze wystąpienie guru warsiawki, pana Adama:



Co by tu powiedzieć? Może zacznę od Grossa. Sąsiadów nie czytałem. Strachu też nie. Głupi jestem i ciemny, co? Gdzie tam, nie taki głupi, bo i Lolity Nabokova nie czytałem - bo rynsztokowej literatury nie lubię i szkoda mi na nią czasu. Jak widać po zestawie tytułów - jestem w tym konsekwentny. Z Sąsiadami było tak. Wyszła książka, jurgielt na Czerskiej u Michnika jak w jakie święto, bałwochwalcze artykuły, rach-ciach, Kwaśniewski pojechał do Jedwabnego przepraszać (do dziś nie wiem za kogo przepraszał - za panów pokroju Bermana, Różańskiego i Stanisława Michnika?), od tej pory każdy Polak wiedział, że wcale na wojnie Żydów nie ratowaliśmy, bo dziady i goje złamane jesteśmy i antysemici. Przyjechał w międzyczasie pan Gross, chorąży pokoju i budziciel polskich sumień, nasz Sokrates narodowy, Żeromski XX wieku; przyjechał, poszedł na Wydział Historii UW... a tu... za przeproszeniem... zj*bka. Jeden z obecnych profesorów demonstracyjnie opuścił salę, inny powiedział z mównicy, że gdyby student napisał mu coś w stylu Sąsiadów dostałby pałę za niechlujstwo i brak warsztatu, kto inny jeszcze inaczej się oburzał... Niestety nie mogę przytoczyć źródła, bo nie pamiętam w którym z numerów NCz! (http://nczas.com/) o tym czytałem - może Czytelnicy przypomną.
Jeśli chodzi o Strach - zarzuty są dokładnie te same, a formułuje je najgłośniej (bo i ma najwięcej wejśc do mediów) prof. Jan Marek Chodakiewicz z Institute of World Politics. Facet - jak już pisałem wczoraj - na stosunkach polsko-żydowskich zjadł zęby, jako pierwszy napisał na ten temat pracę naukową po angielsku, wydaną w USA. Oprócz tego, że polecam wywiad z Nim na temat książki Grossa pt. Gross wyssany z palca (http://www.viddler.com/explore/najwyzszyczas/videos/2/0.843/). Naprawdę polecam wysłuchać w całości, bo sprawa jest ważna, a wywiad zahacza przy okazji o inne sprawy, jak np. Margaret Mead, naukowczynię która ssała z palca tak jak i Gross (nota bene, na polskich wydziałach humanistycznych jej książki czyta się wciąż jak prawdę objawioną...). Z zarzutów wymienianych, przytoczę dwa, które wydają mi się właściwe dla postmodernizmu, czyli socjalizmu na terenie tzw. nauki.
Po pierwsze, Gross nie bierze pod uwagę literatury naukowej powstałej na ten temat. Może nie wszyscy studiują wśród naszych Czytelników, chociaż nie trzeba studiować, by się domyślać rzeczy oczywistej. Ponieważ jest oczywiste, że jeśli ktoś bierze się za jakiś temat w sposób rzetelny, powinien wówczas - jeśli tym samym tematem zajmował się już kto inny - się do innych tez odnieść, jeśli ma się tezy odmienne. Gross nie tylko tego nie robi, ale i mówi, że książki Chodakiewicza nie zna, ba! nie bierze pod uwagę innych prac na ten temat. Po prostu propaganda. Coś jakby spotkać panią na targu, która teraz Wam wszystko wyjaśni, bo ona już wszystko wie. Czort z tym, że już wielu się nad tym tematem biedziło - ona ich rewelacji nawet nie komentuje. Na tym nauka nie polega. Ani ścisła, ani humanistyczna.
Po drugie - Gross wykonuje operację, o której mówi Lisicki w Warto rozmawiać..., a mianowicie na podstawie kilku przypadków (które zresztą w tendencyjny sposób opisuje) buduje bardzo silną tezę na temat Polaków. Mogę zrobić to samo. Mam dość dobre kontakty z Rzeczpospolitą, napiszę książkę na temat tego, co mi opowiadał mój Dziadek, a mianowicie o bandach żydowskich w czasie wojny, które napadały na chłopów i walczyły z polskimi partyzantami, a potem przeszły na stronę ruskich (skąd większość potem znalazła sobie zatrudnienie w UB - vide Różański, Michnik, Berman...). Napiszę zatem książeczkę o tym, jak to w powiecie Gózd żydowska banda zabiła paru chłopów, okraszę ją dramatycznymi pytaniami w stylu jak to możliwe, że członkowie prześladowanego narodu zabijali z zimną krwią tych, którzy im pomagali? etc. Potem zrobimy wielką promocję, jubel na całego, będę książkę podpisywał w EMPiKu, Lisicki zaprosi mnie do sali konferencyjnej, gdzie będzie wygłaszał dytyramby w stylu Michnika, załatwimy wykłady na zaznajomionych uniwerkach... gotowe. Goebbels by lepiej tego nie zaplanował.
Nie jestem antysemitą. Jestem Polakiem, którego denerwuje to, że co którego Żyda spotka (a zna już ich ponad 6 osobiście - swoich rówieśników), albo usłyszy w telewizji, to zaraz czuje, to czego doświadczał osobiście... a mianowicie żydowskiego szowinizmu wobec Polaków. Tak moi mili, niestety tego doświadczałem i nie dziwię się, gdy inni mi o tym opowiadają (np. mój Dziadek, czy inni starsi ludzie, którzy z Żydami mieszkali) i nie traktuję ich jak czytelnicy Gazu jako cymbałów ex definitione. Czytelnicy wspomnianej gazeciny myślą tak, ponieważ w życiu Żyda nie widzieli. Nie mówię, że każdy Żyd jest taki - ale musi być to częste zjawisko, skoro wszyscy, których spotkałem tacy byli (a nic na to nie wskazywało - byli ateistami i moimi rówieśnikami)... oraz skoro Talmud definiuje goja dość niemiło... Proszę sobie poczytać.
Co do filmu z Michnikiem. Mogę nie komentować rozwlekle? Krótko - większych głupot nie słyszałem od dawna, tj. od ostatniej rozmowy z którymś z kolegów z monachijskiego wydziału.

pantusk i jego wizerunek
rozpisałem się o Żydach, zawsze poruszając ten temat, czuję się jak antysemita - co za piętno i wypranie mózgownicy... Nawet, gdy używam terminu Żyd czuję się antysemitą... Chore.
Dobra, Donald Tusk chce zmienić wizerunek, zatrudnił w tym celu speców od wizerunku. Cóż, gratuluję Panu Premierowi, że w końcu zaczął oglądać dobranocki u mnie na blogu...
http://wiadomosci.onet.pl/1685176,11,item.html

spekulanty
nigdy nie wiedziałem, co to jest ta spekulacja... Może ktoś z prawników obecnych u nas na blogu może mi wytłumaczyć jak spekulację definiuje odpowiednia ustawa? Czytałem, ale niezbyt zrozumiałem. Bo czymże może być spekulacja giełdowa? Kupienie jednej akcji na fixingu, które podniesie kurs na zamknięciu o parę procent? Zwalanie kursu wywalając akcje jak szalony po to, by wywołać panikę? Nie rozumiem. Przecież skoro mogę kupnem jednej akcji podnieść kurs akcji o parę procent, to oznacza to, że nie ma wcale podaży (odpowiedniego popytu także, czyli mamy duży spread pomiędzy siłami rynku - wówczas wystarczy spojrzeć na przebieg sesji i obroty, by wiedzieć, że zamknięcie jest sztuczne i nie należy go brać pod uwagę). Z drugiej strony, jeśli wywalam akcje po każdej cenie i przynosi to odpowiedni skutek, oznacza to, że popyt był słaby. Gdyby był silny - wchłonąłby moje akcje i popędził wyżej, a ja zostałbym z myślą: Gupi jesteś grzyga, trza było nie kombinować.
Piszę o tym przy okazji afery w Societe Generale, gdzie jakiś facecik (nawet nie makler) zawierał transakcje na rynku terminowym, na których Towarzystwo traciło. Potem czytam w internecie, że facet spekulował... Ludzie, albo głupi jestem, albo miglance z gazety nie rozumieją o czym piszą. Przypomina mi to pseudofachową nomenklaturę z archiwalnego filmu propagandowego o spekulantach.



był już kto w gnyszkokiosku?
był już ktoś u mnie w kiosku? Fajna oferta? Pytam, bo nie ma statystyk dotyczących sklepu (http://maciejgnyszka.nexto.pl). Ciekaw jestem jak to się będzie rozwijało, jeśli chodzi o mnie, to z e-booków mam tylko co tydzień prenumeratę Najwyższego Czasu na komputerze. Zresztą drukuję sobie, bo nie lubię czytać na ekranie. No, ale może jacyś entuzjaści już się znaleźli.

czym grozi zabawa w Unię Europejską
o tym napiszę jutro, bo już blogger mi się wiesza - tyle tekstu i filmów! Widzicie jak się staram dla Kochanych Czytelników? Pińcet procent normy zaraz będzie!

Oleńka jedzie!
poproszę o zdrowaśkę w intencji Oleńki podróży, która skończy się jutro rano, gdy o 8:30 odbiorę Ją z Dworca Autobusowego Monachium-Froettmaning. Od jutra pewnie ciężko będzie znów wyrabiać 400% normy w blogowaniu.

myśl na dziś
Na ciebie - niezależnie od twoich namiętności - spada odpowiedzialność za świętość, za chrześcijańskie życie innych, za ich skuteczność.
Ty nie jesteś oderwaną częścią. Jeśli się zatrzymasz, iluż ludzi możesz zahamować bądź skrzywdzić!?
św. Josemaria Escriva, Kuźnia, nr 470

środa, 7 listopada 2007

[7 XI 2007] środa, czarna środa przed czarnym czwartkiem

w USA niemal panika, zobaczymy co na to Azjaci... u nas na pewno od rana będzie rzeź, chyba, że TFI rzucą się do obrony Częstochowy...

Ale nie o tym chciałem pisać - idę już wprawdzie spać, ale dostałem przed chwilą SMSa od Oleńki:

Jejku, Maciurku, nie wchodź na bloga, bo blaszka miażdżycowa na pewno Ci się odklei - Google dał reklamę "Adam Michnik poleca - dobra literatura"!

Hahahaha... a ja właśnie myślałem o panu Adamie i chciałem zamieścić na blogu pewien rysunek komentujący ostatnie dwa lata. Widzę, że jest to konieczne, skoro takie osoby mie się tu po blogu szwendajo...
Aha - niektórzy mnie pytali, więc poświadczam - jest prawdą, że kliknięcia rzeczywiście dają pieniądze. Małe, bo małe, ale za 117 lat moja rodzina będzie miała z bloga Lexusa SL. Dlatego proszę nie ustawać

środa, 24 października 2007

[23 X 2007] wtorek po poniedziałku - nocka

zabalował pangrzyzga, wrócił na piechotę, bo Lexusa nie ma!
no, wszystko już na jutro gotowe. Jako, że jest późno, a od paru dni - przez tłumaczenie opisu technicznego instalacji tryskaczowej (kto to tak nazwał?) - chodzę co rano nieco śnięty, sprężę się dziś maksymalnie! Dziś nie będzie hiperpłodoności. Aha, co zrobiłem? Byłem na parterze, w Bierstube, tj. po naszemu po prostu kanciapa z piwem, miejsce gdzie schodzą się monachijczycy, piwo popijają, frytki i kiełbaskę jedzą, w karty grają, na mecz okiem rzucą i feerię dziewcząt z importu sobie przeglądną... Spotkałem się tam z Simonem, żeby pogadać o naszym moście mieszkalnym. Ja zrobiłem w komputerku model, Simon pozastanawiał się nad rzutem. Powiem tak: Zaha Hadid nie powstydziłaby się naszego projektu. Po części dlatego, że sama pewnego razu zapojektowała podobny...

no i co?
no i to, że później pogaworzyłem ci ja na Skajpeju z Oleńką, potem z Rodzicmi i tak minęła godzinka 22:00, wówcza pangruszka wziął się za warianty elewacji loftu, który przeprojektowuje z dziewczynami. Skutek tego taki - że pomimo wyraźnego obiecania Oleńce pójścia spać o 24:00, pójdę spać godzinę później. Przepraszam mojego Bejbia słodkiego, ale nie dało się... To znaczy - dało, ale musiałem trochę posuszyć Tacie głowę opowieściami, które zaraz poczytacie. Jak panagruszkie coś męczy i już zdecyduje się na coming out, to koniec. Siedź i słuchaj!

rethinking space
pisałem już o zajęciach na socjologii, prawda? Bardzo miło, bardzo fajnie, profesor z Londynu, przemiła pani doktor z Polski (nisko się kłaniam, jeśli to czyta) i zajmujemy się rethinkingowaniem przestrzeni, czyli jej ponownym skonceptualizowaniem. Zajęcia porządnie prowadzone - wyborny skrypt, wyborni prowadzący. Problem z jednym. Mianowicie z socjalistycznym paradygmatem...
Zdjęcie z korytarza mówi samo za siebie, prawda? Zaiste, gdyby na dzisiejsze zajęcia przyszedł Hayek, Mises, albo rodzimy Korwin-Mikke, to by się przewrócili, poturlali tak, że nikt by nie pomyślał, że nie brali lekcji break-dance'u. Otóż, dowiedziałem się dzisiaj, że kapitalizm jest przebrzydłym ustrojem, który powoduje biedę i należy z nim walczyć. Co więcej, o przedsiębiorcach mówi się per "Oni", są zmitologizowani, nieomal wszechwładni, Thatcherowa zaś była dyktatorką, otaczają nas macki globalizacji, urbanizacji...
Nie będę się tu odnosił szczegółowo do tych tez, podzielę się ogólnym spostrzeżeniem. Istnieje pewna tendencja na świecie, wg której ludzie wychowani w dobrobycie mają skłonność do przyswajania koncepcji socjalistycznych. Nagle się okazuje - po doznaniu olśnienia - że system ekonomiczny, oparty na braku przymusu, cnotach i talentach przedsiębiorców, największej znanej efektywności - powinien być zastąpiony przez ingerencję państwa w możliwie wiele rzeczy. Czort z tym, że tysiąckroć praktyka wykazała, że np. płaca minimalna podnosi bezrobocie, ceny minimalne również, w dodatku pogarszają jakość produktów, etc.
Rzecz ma się podobnie jak z fizyką relatywistyczną - nie jest intuicyjna. Takie rzeczy jak np. skrócenie Lorentza nikomu się nie mieszczą na zdrowy rozum w głowie. Podobnie z prawami ekonomii - tylko dyletanci snują podobne rozważania.

giełda
no, nasłuchałem się troszkę o giełdzie. Krótkie spostrzeżenie: giełda jest zawsze owiana tajemnicą, szczególnie dla dyletantów, którzy mają socjalistyczne recepty na każdą biedę. I dziś np. się dowiedziałem, że podczas krachu w Azji w połowie lat 90., z szanghajskiej giełdy wyparowało tyle a tyle pieniędzy. Łoooo! Wy-pa-ro-wa-ło!!! A czy nie można po prostu powiedzieć, że wyceny spółek się urealniły, głównie z powodu bankructwa jednej z nich (któregoś z wielkich banków) i ceny akcji spadły. Nic nie wyparowało. Czy jeśli jestem sprzedawcą jabłek na targu w Pruszkowie, albo handluję śliwkami, lub testami DNA, to jeśli jednego dnia wszyscy chcą moje produkty kupować po 100,00zł za sztukę, a drugiego po 50,00zł to znaczy, że coś mi wyparowało? Chyba mózg temu, kto tak mówi... hie hie... Po prostu cena spadła i potencjalna wartość tych dóbr zmalała. Jeśli zdecyduję się je sprzedać po tej cenie - zaliczę pewnie stratę (nie wiadomo po ile kupowałem, załóżmy, że po 70,00zł). I tyle. Mechanizm znany od tysięcy lat - spadek ceny. Różnica tylko jest taka, że gdy studentom opowie się po angielsku bajeczkę o oparach, będąc przy okazji profesorem - wówczas każdy sobie myśli: Jejku, ci spekulanci pitoleni, tylko by spekulowali a ludziom przez nich wyparowują pieniądze! Lepiej wprowadzić zakaz wszystkiego.
A na marginesie - kto ma głowę, nie idzie spać bez ustawienia stop-lossów (automatycznych zleceń do cięcia strat), zajmuje przy spadkach krótkie pozycje i zarabia sobie pieniążki, gdy inni klną na kapitalizm.

rynek mieszkaniowy
o cenach, rynku mieszkaniowym - bo te tematy też były poruszane, napiszę jutro, bo już po pierwszej, a ja co innego chciałem poruszyć.

kościół św. Urszuli
wychodzę sobie wymięty i półżywy z socjologii, za parę minut 18:00, wiem że nie zdążę na Mszę do św. Michała, stan psycho-duchowy opłakany (proszę pozwolić, że nie będę się nadto wywnętrzał), świadomość roboty po powrocie do domu... a tu słyszę bicie dzwonów! Jak po sznurku, za rączkę Anioła Stróża, zawędrowałem do kościoła św. Urszuli. Piękne wnętrze, piękny Pan Jezus wewnątrz, wspaniałe dzisiejsze czytania, Komunia Święta pod obiema Postaciami... i wielka radość, że chodź dziad ze mnie kalwaryjski, to jednak Pan Bóg o swoim panugrzyzdze pamięta i umie do niego przemówić.

śmieszności IV RP
wbrew pozorom nie chodzi mi tu o jakieś arcyzabawne wpadki Premiera, czy innych ludzi kojarzonych z hasłem "IV RP" (choć skądinąd wiadomo, że hasło rzucił Paweł Śpiewak). Chodzi mi o zebranie wszystkich tych wydarzeń, które ci, których na blogu nazywam miglancami z telewizorów, rozdmuchali do niebotycznych rozmiarów rozmiarów, nadając im nieprawdziwy sens i głosząc to z zadęciem oraz koturnami na stopach! Tzw. debata publiczna ostatnich dwóch lat urągała moim zdaniem rozumowi. Propaganda defetyzmu. Nie pamiętam, aby którykolwiek gabinet miał tak przewalone od samego początku... co zresztą bardzo dobrze o tym rządzie świadczy.
Nie pamiętam wszystkich takich wydarzeń - jeśli ktoś ma coś fajnego w pamięci, niech przyśle mi mailem - zweryfikuję wówczas sprawę i zamieszczę na blogu.
Pierwsze wydarzenie - pamiętacie jak w połowie pierwszego roku rządów PiSu jakiś anarchista dostał nożem po żebrach od skina? Niemiła sprawa. Natomiast o wiele bardziej zabawne były komentarze, m.in. posła Rokity (mąż Nelly), który stwierdził (przytaczam z pamięci) - Nasze miejsce jest teraz tu, przy łóżku anarchisty X, który dostał w żebra kosą od skina, bo w Polsce szerzy się dyktatura i Premier powinien przyjechać tutaj do szpitala w Suwałkach...ple ple
Pamiętam, że to mówił Rokita, choć lepiej taki nonsens pasowałby do posła Komorowskiego.

Panadam i Pantadeusz
mamy w Polsce dwa guru silnie ze sobą walczące i się nawzajem kreujące. Adama Michnika i o. Tadeusza Rydzyka. Obaj dla swych wyznawców są guru. Ten pierwszy scedował troszkę swoje obowiązki na Tomasza Lisa, bo od czasu afery Rywina poszedł trochę w odstawkę (podupadł na zdrowiu).
Szymon Hołownia powiedział na jednym ze spotkań, że strategia o. Rydzyka polega na mówieniu swoim zwolennikom - jesteśmy zagrożeni, musimy dać odpór, jest źle, może być gorzej! Mój ulubieniec z ul. Czerskiej stosuję tę taktykę znacznie dłużej - wykształciuszki wy moje, grozi nam iranizacja, klerykalizacja, a ostatnio kaczyzacja! Nasze jedyne słuszne eurosocjalistyczne wartości są zagrożone przez pełzający zamach stanu, jesteśmy otoczeni!

myśl na dziś i spanko
Nie opuszczaj mnie, Panie mój, czyż nie widzisz, w jaką bezdenną przepaść może popaść Twe biedne dziecko?
- Matko moja, ja też jestem Twoim synem.
św. Josemaria Escriva, Kuźnia, nr 314


ciekawostki:

Pierwsze w Polsce profesjonalne szkolenie giełdowe!
Aktualny PageRank strony maciejgnyszka.blogspot.com dostarcza: Google-Pagerank.pl - Pozycjonowanie + SEO