Pokazywanie postów oznaczonych etykietą polemika. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą polemika. Pokaż wszystkie posty

piątek, 6 lutego 2009

[6 II 2009] Marsz. Piłsudski do pp. Czaczkowskiej i Turnaua: "Wam kury szczać prowadzać, a nie Papieża pouczać!"

1. lefebryści, lefebryści... czyli wstęp

no, w końcu obiecany tekst o lefebrystach i cyrkowych popisach Ewy Czaczkowskiej z Rzepy i Jana Turnaua z Aborczej! Jestem już u Oleńki, Dolny Śląsk przywitał mnie miłym słoneczkiem... a w podróży odespałem część zaległości z poprzednich tygodni! Nie muszę chyba mówić, że podróżowało mi się wspaniale - jak zwykle zresztą!

2. ustalenia wstępne, czyli fakty i mity
zanim przejdziemy do komentarza obu tekstów, zajmijmy się dwiema sprawami pobocznymi. Czytelników tematem zainteresowanych głębiej, odsyłam do swojej Piguły informacyjnej na temat lefebrystów i innych stron, które tą tematyką się zajmują - np. Nowego ruchu liturgicznego.

2.1. ekskomunika a jej ogłoszenie
zacznijmy od tego, że ekskomunikę zaciągnęli na siebie abp Marcel Lefebvre oraz wyświęceni przez niego czterej biskupi z Bractwa św. Piusa X. "Zaciągnęli", tzn. że istnieje tu taki sam automatyzm, jak przy byciu wspólnikiem w aborcji - jest to ekskomunika laete sententiae. To, że Kongregacja ds. Biskupów wydała później dokument w tej sprawie - jest tylko potwierdzeniem faktu zaciągnięcia ekskomuniki.
Mówię to po to, by zdementowac po pierwsze pogłoski o tym, jakoby ekskomunika została "rzucona" na Bractwo za antysemityzm, oraz inne obłędne tezy, które ogłupiali ludzie zaczęli już międlic na skutek szumu medialnego w tej sprawie. Materią było tu samowolne wyświęcenie biskupów. Ot i tyle.


2.2. co powiedział bp Williamson?
przejdźmy więc do tego, co takiego w wywiadzie sprzed dwóch lat powiedział jeden z owych czterech biskupów. Nie mam pod ręką linku, kto zechce, to sobie znajdzie... ale bp Williamson powiedział po prostu, że przebadał różne dokumenty i uważa na ich podstawie, że w komorach gazowych zginęło znacznie mniej Żydów, niż się powszechnie uważa, jeśli w ogóle jakiś zginął w komorze gazowej.
Jednym słowem - teza bp Williamsona jest tezą na temat sposobu dokonywania holokaustu, a nie tego, czy miał miejsce. Poza tym - nawet gdyby głosił inną tezę, np. negującą holokaust - jest to zdanie empiryczne, podlegające weryfikacji historycznej. W związku z tym, że nie dotyczy to kwestii Bożych... z punktu widzenia jakiegokolwiek związku z jakąkolwiek sankcją kościelną za głoszenie jakichś poglądów... jest to równie karygodne, jak twierdzenie, że piramidy wzniesiono nie z głazów kamiennych, a bloczków gazobetonowych. Czyli... po prostu obojętne!

2.3. ekskomunika a Holokaust
tymczasem podnoszą się głosy (a wśród nich Aniela Merkelowa, Główny Rabinat Izraela, kard. Schoenborn, Die Presse...), jakoby nie tylko bp Williamson był negacjonistą (przespałem moment, gdy takie pojęcie wkroczyło do słownika), ale i powinien zostac ukarany kanonicznie za ten wywiad.
O ile p. Merkelowa robi z siebie błazna, co można Jej wybaczyc, gdyż o katolicyzmie (jak większośc Niemców) nie ma zielonego pojęcia... o ile Die Presse pisze głupoty, jak to niemieckie medium popularne... o ile Główny Rabinat Izraela też bierze się za robienie polityki, podobnie jak Merkelowa... o tyle kard. Schoenborn robi z siebie błazna największego. Jest to sprawa tym bardziej przykra, że jest księciem Kościoła Katolickiego. No, ale hierarcha hierarsze nie równy, temat ucinam, o modlitwę za Kardynała proszę... tymczasem zaś zapraszam do obejrzenia filmu z Jego udziałem. Jak wiadomo... pasterze śpią, a winnica jest pustoszona... niejednokrotnie zresztą pustoszą ją sami.

3. Ewa Czaczkowska
Z całym szacunkiem dla p. Czaczkowskiej, ale błazenadę uprawia od samego początku. Nie wiem, jak to jest. Czy rzeczywiście jest przekonana do tego, co pisze, czy tylko udaje? Jeśli jest przekonana, to smutna sprawa... tym smutniejsza, że ci, którzy są na świeczniku i przemawiają do maluczkich, powinni uważac, by tych ostatnich nie bałamucic (o czym był wpis z nagraniem Dies irae, którego niektórzy zdali się nie zrozumiec - bo jakaż jest różnica między bloggerem, dziennikarzem, na stażu, etacie, czy umowę o dzieło? Z rozpatrywanego punktu widzenia - żadna! Dlatego bez sensu jest zarzucac mi, że pytając, czy dziennikarz też jest Prorokiem, czynię jakieś nieuzasadnione wyrzuty jedynie Czaczkowskiej i Turnauowi, bo to jest refleksja ogólna - dotycząca poniekąd mnie samego).

A zatem, pisze nam p. Czaczkowska, że zaskakujące jest to, że Bractwo nie spełniło żadnego wymagania przed zdjęciem ekskomuniki. Informuję, że nie jest to zaskakujące, jeśli się wie czego ekskomunika dotyczyła. Jeśli zaś dotyczyła nieposłuszeństwa, to z chwilą, gdy Bractwo zwraca się do Papieża z pokorną prośbą o sprawdzenie, czy wciąż podpada pod karę ekskomuniki, zaznaczając, że bardzo cierpi z powodu kanonicznego odłączenia od Stolicy Apostolskiej... to o jakim nieposłuszeństwie my mówimy? Chyba nikt tego nie wie, poza Czaczkowską.


Ale wyjaśnia nam to pani Ewa w jednym z kolejnych akapitów, który stanowi kwintesencję Jej obłędnego tekstu. Otóż, dowiadujemy się, że:
Skutkiem porozumienia Watykanu z Bractwem św. Piusa X mogą być nowe podziały wśród katolików, a nawet odejście z Kościoła wiernych wychowanych na soborze i Janie Pawle II.
aaaaaaa... czyli wszystko jasne. Pani Czaczkowska nie jest katoliczką, tylko posoborową kremowniczką - Ona jest wychowana na "soborze i Janie Pawle II". To ja mam pytanie w takim razie - dlaczego p. Czaczkowska nie jest wychowana na kilkudziesięciu poprzednich Soborach i Papieżach? Dlaczego p. Czaczkowska - i "wierni" o których się upomina - nie jest wychowana na Piśmie Świętym i Tradycji, czyli wielowiekowym Magisterium?
I na tym tak naprawdę możemy skończyc - p. Czaczkowska występuje z jakiejś niezrozumiałej, niekatolickiej perspektywy i zadaje śmieszne pytania. Można się domyślac skąd ta postawa, ale będzie to przedmiotem rozważań przy okazji Jana Turnaua z Aborczej.
Spuentujmy to komentarzem do kolejnego cytatu z Czaczkowskiej:
(...) Dlatego muszą zastanawiać aktualne ustalenia między Watykanem a bractwem, o czym pisał we wczorajszej „Rzeczpospolitej” związany z „Christianitas” Michał Barcikowski, że celem dalszych rozmów będzie uzgodnienie takiej interpretacji tekstów soboru, która byłaby zgodna z poprzednim, czyli przedsoborowym, nauczaniem Kościoła.(...)
Jeden z biskupów lefebrystów Richard Williamson dwa lata temu mówił w wywiadzie dla „Rzeczpospolitej”, że pełna jedność stanie się możliwa dopiero wtedy, kiedy „Kościół soborowy wróci do prawdziwego ducha religii katolickiej”, który przechowało bractwo. (...)
hmmmm... coś tu nie gra, coś tu jest rzeczywiście nie halo, jeśli p. Czaczkowska, etatowa katoliczka z Rzeczpospolitej ukształtowana jest w jakimś dziwnym duchu posoborowym a nie po prostu duchu katolickim, skoro dziwi się, że interpretacja Vaticanum II musi byc zgodna z poprzednim, czyli przedsoborowym Magisterium. Dziwne? No, to wracamy na katechezę dla drugoklasistów, pani Redaktor - Obrończyni Nowej Posoborowej Ortodoksji.
Nie wiem, czy Czytelnicy czują doniosłośc chwili... oto pewna dama, pewnie zupełnie szczerze, podająca się za speca od Kościoła, na oczach wszystkich strzela plamę porównywalną ze stwierdzeniem Jak to? To Matka Boska nie należy do Trójcy Świętej? Nierozumienie czegoś, to nic zdrożnego... ale jeśli się czegoś nie wie albo nie rozumie... należy to po prostu uzupełnić!

4. Jan Turnau
ten autor, to zawodowy strzelec, którego większośc kul trafia w redakcyjny płot przy Czerskiej. Pamiętam Go z czasów, gdy jeszcze z wypiekami na twarzy czekałem na cotygodniową Arkę Noego w weekendowej Aborczej. Te czasy jednak na szczęście się skończyły. Kolejna sprawa, z której Go pamiętam, to jawnie bluźniercze już komentarze do Dekalogu na łamach agorowskiego Metra. Wyszło tam na jaw m.in., że red. Turnau nie czai z grubsza na czym polega Msza Święta. Nie bez kozery został więc ostatnio nazwany na Forum Frondy wycieruchem Michnika do spraw religijnych.
No, ale przejdźmy już do meritum.
Red. Turnau wciąż nie przyswoił sobie teologii Mszy Świętej, nazywając Najświętszą Ofiarę w pierwszych akapitach swojego tekstu chrześcijańskim obrzędem całkowitej duchowej jedności. Później zaś twierdzi, że bp Williamson to szaleńczy antysemita (no, Księże Biskupie - witam w klubie - ciekawe o co chodzi w tym przypadku...).
Następnie twierdzi, że lefebryści tym się różnią od prawosławnych (z których ekskomunikę zdjął Paweł VI) tym, że uważają się za katolików, odszczepili się od Kościoła Katolickiego, a katolikami nie są - dlatego Papież powinien karać ich z całą surowością (nazywa ich przy okazji paleokatolikami).
Czas więc przypomnieć red. Turnauowi, bo być może też zapomniał, że schizmatycy z Cerkwi Prawosławnej, też uważają się za autentycznych katolików, w odróżnieniu od diabłów z Rzymu. Panie Redaktorze - każde, tzw. wyznanie chrześcijańskie to heretycy, bądź schizmatycy odłączeni od Kościoła Katolickiego. Wśród nich... lefebryści są akurat Rzymowi najbliżsi - nie ma bowiem żadnej różnicy dogmatycznej między Bractwem a Kościołem Rzymskim - w przeciwieństwie do prawosławnych.
Zacytujmy agorowskiego mędrca:
O co właściwie chodzi papieżowi? Czemu zdjął ekskomunikę? Chodzi o jedność? Żeby nie wszystko było w jego Kościele pod jeden sznurek? Gdyby był takim liberałem, otworzyłby się też "na lewo": przywróciłby prawo nauczania na uczelni katolickiej na przykład teologowi wielkiej miary ks. Hansowi Küngowi. Lefebryzm widać brzydzi go mniej.
Najwidoczniej p. Turnau widzi Kościół jakoś inaczej, niż powinien... na wzór partii politycznej, w której istnieje lewica i prawica, na wzór jakiegoś przedsiębiorstwa... Co to jest lewo albo prawo w Kościele? W Kościele jest tylko ortodoksja i heterodoksja. Kto reprezentuje co - to jest ważne.
ocb?
I znów pojawia się pytanie dotyczące Czaczkowskiej - o co tu chodzi? Pora na nie odpowiedziec.
Otóż, podstawową rzeczą wspólną, którą trzeba wydedukowac z obu wypocin, które wkleiłem tutaj http://maciejgnyszka.blogspot.com/2009/02/1-ii-2009-niedziela-ewa-czaczkowska-i.html Otóż, wydaje się że oboje autorzy żyją w jakimś dziwnym świecie milczącej apostazji. Dlaczego? Ich wizja Kościoła dzieli się na nastepujące etapy:
- publiczna działalnośc Pana Jezusa,
- mityczni pierwsi chrześcijanie
- przychodzi św. Paweł i zaraża Kościół swoimi fobiami dot. ciała i antysemityzmem
- prawie dwa tysiąclecia błędów i wypaczeń
- Sobór Watykański II - czyli Kościół Właściwy
- pontyfikat Jana Pawła II - tu kremówkowiczka Czaczkowska szaleje, Turnau w komentowanym tekście lekko też, chociaż przy innych okazjach wylewał na Papieża kubły pomyj za obstawanie przy katolickiej (pewnie paleokatolickiej, pardon!) etyce seksualnej, celibacie i innych sprawach,
- pontyfikat Benedykta XVI - kończy się belle epoque
Jeśli jest prawdą, że zachowują taką optykę (a zdradzają ich nie tylko wnioski, do których dochodzą, ale i niektóre sformułowania - szczególnie naiwne u Czaczkowskiej), to... ja dziękuję za takich katolików. Żyjemy w czasach masowej, milczącej apostazji... i dowodem tego są właśnie casusy Czaczkowskiej i Turnaua.
Za katolików uważają się niekatolicy i za problem Kościoła poczytują to, że Kościół nie jest taki, jak oni twierdzą, że być powinien. Co robić, gdy niekatolicy uważają się za katolików? Red. Turnau radzi: Papież powinien potępiać ich z całą mocą swego autorytetu, czego nie czyni.
Zgoda, Panie Redaktorze! Tylko, że ten bicz, który Pan z lubością kręci... leci na Pańskie plecy. Ewa Czaczkowska prognozuje: Skutkiem porozumienia Watykanu z Bractwem św. Piusa X mogą być nowe podziały wśród katolików, a nawet odejście z Kościoła wiernych wychowanych na soborze i Janie Pawle II.
Tak Pani Redaktor, byc może w końcu odejdą formalnie, bo odeszli o wiele wcześniej... i na tym polega dotychczasowy dramat milczącej, masowej apostazji, o której mówił zresztą Jan Paweł II.

wieczór filmowy

no, to przejdźmy się po Kościele ze snów Turnaua i Czaczkowskiej... na koniec odwiedzimy też tych wstrętnych paleokatolików! Tfu!





no i po tym szaleństwie wrócmy do Mszy:





a rok temu
http://maciejgnyszka.blogspot.com/2008/02/6-ii-2008-roda-roda-popielcowa.html
http://maciejgnyszka.blogspot.com/2008/02/6-ii-2008-roda-roda-popielcowa-pocztek.html
http://maciejgnyszka.blogspot.com/2008/02/6-ii-2008-roda-popielcowa-fotoreporta-z.html

myśl na dziś
Czyż nie jest dziwne to, że wielu chrześcijan, którzy są powolni, a nawet uroczyści w życiu towarzyskim (nie śpieszy im się) w swym niezbyt aktywnym życiu zawodowym, przy posiłku i w odpoczynku (również im się nie śpieszy) czuje się ponaglanych i przynagla Kapłana, by skrócił czas poświęcony Najświętszej Ofierze Ołtarza?
św. Josemaria Escriva, Droga, nr 530

sobota, 31 stycznia 2009

[31 I 2009] sobota, św. Jana Bosco, jak to jest w końcu z Żydami?


1. Iudaica – ciąg dalszy, ostatni
chcąc nie chcąc, muszę powałkować jeszcze jakiś czas temat żydowski. Głównie ze względu na dwa komentarze dotyczące filmu z pijanym żydowskim nastolatkiem.


1.1. Ustalenia wstępne
na wstępie powtórzę to, co napisałem już wcześniej, a czego najwidoczniej nie zauważył Czytelnik, autor drugiego komentarza (osoba przedstawiająca się jako wytrwała czytelniczka gnyszkobloga, zasmucona moim szaleństwem). Otóż, jak pisałem już wcześniej film zaciekawił mnie ze względu na własne doświadczenia z młodymi Żydami oraz ze wględu na wszechobecny obłędny filosemityzm.
Nie wiem, jak Czytelnicy, ale do pewnego czasu żyłem w przekonaniu, że Żydzi to taka biedna elita na skalę światową, superzdolny naród geniuszy, Szpilmanów, Einsteinów, etc. miłujących pokój ludzi, których zły Hitler przetrzebił w czasie wojny, a Moczar powyganiał z PRLu po wojnie. No, a jeszcze wcześniej, to katole ich gnębiły, bo są antysemitami. Żyłem w przeświadczeniu, że mityczny antysemityzm, to choroba psychiczna wieku starczego często występująca na terenach między Bugiem a Odrą.
Jakiegoż zdziwienia doznałem, gdy na zaproszenie Batuz Fundation wyjechawszy na międzynarodowy plener do Niemiec, poznałem grupkę moich żydowskich rówieśników. Jako, że byłem ich bardzo ciekaw, bo człowiek w Polsce spotyka ponoć samych antysemitów, a Żydów jak na lekarstwo, wybadałem ich wszechstronnie. Byłem ciekaw ich religijności, życia codziennego, etc. Choć było to parę lat temu, zacięcie socjologiczne przejawiałem od dawna.
Na czym polegało moje zdziwienie? Ano na tym, że choć moi żydowscy znajomi, cztery dziewczyny i jeden chłopak, rok lub dwa ode mnie starsi, byli ateistami (jak większość mieszkańców Izraela)... zaczęli przejawiać dziwne skłonności, o których można sobie poczytać jedynie we wspomnieniach z czasów, gdy Polskę zamieszkiwało dużo Żydów. Otóż, mając wyjść razem z całą grupą na basen odkryty, usłyszałem od Matana (ów kolega), który mówił to całkiem serio, żebym zdjął krzyżyk z szyi, bo ukrzyżowany facet to znak faszystowski (sic!). Ogarnęło mnie niemałe osłupienie, tym bardziej, że na szyi Matana wisiała metalowa Gwiazda Dawida (raczej jako symbol państwowy, niż religijny). Krzyżyka nie zdjąłem, ale później wydarzyła się dość zabawna sytuacja: na basenie odkrytym spotkaliśmy bowiem grupę neonazistów, którzy mieli ponoć (wedle koleżanki Niemki, która usłyszała ich rozmowy) zamierzać wkropić naszym Żydom. Przenieśliśmy się więc z kocami w inny rejon basenu.
Drugi epizod wydarzył się pod koniec pleneru, kiedy to zorganizowaliśmy sobie pożegnalną kolację (żegnaliśmy sami siebie – cały budynek był bowiem do naszej dyspozycji, Niemców, Polaków, Słowaków i właśnie Żydów) we wspólnej kuchni. Kolacja zjedzona, jutro z rana wyjeżdżamy, więc proponuję Matanowi i jego koleżankom, żebyśmy wspólnie po sobie posprzątali. W odpowiedzi usłyszałem, że u nich w Tel-Awiwie od sprzątania są Polacy, więc żebym brał się za ścierę sam ze swoimi kolegami i koleżankami z Polski.
Jeśli dla kogoś nie stanowi to dysonansu poznawczego, to obawiam się, że jest mocno zideologizowany właśnie przez obłędny filosemityzm bez Żydów. By z niego wytrzeźwieć i zacząć Żydów traktować normalnie, jak inne narody – wystarczy kogokolwiek z nich poznać.
Film natomiast który wrzuciłem ujawnia jedno – że to, co ze zdziwieniem odkryłem u swoich znajomych z Izraela, przejawia również pijany ortodoks. Jeśli podobne wyobrażenia na temat państwowości, rasy i religii podziela ortodoks żydowski i żydowski ateista, to znaczy to, że albo jest to kompletny przypadek, albo coś jest na rzeczy...
Dlatego też napisałem, że pijany osobnik przejawia ten sam typ umysłowości, co moi znajomi, zsekularyzowana elita izraelskiego systemu edukacji – i to mnie właśnie dziwi! Nie ma w tym żadnego jadu, a jedynie obserwacja. Kto przypisuje mi więcej, niż pomyślałem, popełnia zwyczajny błąd atrybucji (o czym pisałem zresztą tutaj)


1.2. Czy Żydzi są niezwykłą grupą społeczną?
zajmijmy się sprawą nieco szczegółowiej, by temat mieć już raz na zawsze za sobą. Po pierwsze – problem z twierdzeniami na temat Żydów polega na tym, że słowo „Żyd” znaczy wiele. Zarówno wyznawcę religii mojżeszowej (a jest jej wiele odmian), obywatela państwa Izrael, jak i tego, kto jest Żydem z krwi – tzn. dziedziczy pochodzenie wedle wzoru przyjętego w tym ludzie (czyli matrylinearnie). To ostatnie zabarwienie ma posmak rasowy.
Jednym słowem – gdy ktoś mówi, że „Żydzi są tacy-a-tacy”, to nie bardzo wiadomo, czy twierdzi, że wśród członków społeczeństwia Izraela, częstą cechą jest cecha ta-a-ta, czy być może Żydzi genetycznie przekazują sobie cechę tą-a-tą, czy być może cecha ta przynależna jest do bagażu religijnego związanego z Izraelem. Jest to główny problem, ponieważ bazując na tej wieloznaczności każdemu można przypisać dowolny pogląd, twierdząc później, że domniemane wyznawanie tego poglądu przez adwersarza uprawnia nas do zarzucenia dyskusji. To jest główna strategia bezmyślnego filosemityzmu, który obserwuję. Bądźmy konkretni.
Po drugie zaś – spróbujmy ustosunkować się do tego, czy względem Żydów (oddzielnie w każdym znaczeniu) można formułować sądy ogólne, takie jak formułujemy np. o Bawarczykach, Niemcach, Pruszkowiakach, Murzynach, czy dwunastolatkach (specjalnie podaję zbiorowości wyróżnione według różnych kryteriów). A zatem – czy można przypisać jakąś cechę lub zestaw wyznawcom judaizmu, mieszkańcom Izraela, albo Żydom z pochodzenia? Przy odpowiednich założeniach – co do każdej z tych grup można mieć podejrzenia, że instytucje i mitologie (w znaczeniu antropologicznym), które wytwarza, generują cechy i ich zestawy.
W pierwszym przypadku należałoby się zastanowić jakie cechy u swoich wyznawców tworzy i umacnia judaizm w obecnej formie (jest wiele odmian – więc operację tę można przeprowadzić zarówno dla każdej z osobna, jak i ich cech wspólnych) i sprawdzić, czy tak jest w istocie. W drugim przypadku – sprawdźmy jakie trendy, opinie, mniemania, zbiorowe wyobrażenia nurtują w społeczeństwie Izraela. Istnieją takowe na pewno – tym bardziej, że Izrael otoczony jest przez państwa wrogie, co sprzyja konsolidacji społeczeństwa. W trzecim zaś przypadku mamy problem. Bo albo uważamy, że poprzez pochodzenie przekazywane są predyspozycje, także w dziedzinie idei – wówczas sprawa jest jasna, Żydzi mieliby wówczas naturalną, wrodzoną skłonność do takich-a-takich cech (w odróżnieniu od innych narodów, które miałyby inne skłonności). Jeśli tak nie uważamy, to kryterium pochodzenia niewiele wniesie, dopóki nie jest wsparte przez tradycyjne wychowanie – gdzie nośnikiem kultury w przypadku diaspory jest głównie religia, a w Izraelu nośnikiem może być także państwo.


1.3. Żydzi a wzory kultury – czyli nie bądźmy rasistami
Reasumując – nie ma podstaw, by nie sądzić, że Żydzi są nadzwyczajną grupą społeczną, która nie przekazuje przez socjalizację we własnej religii i wyrosłej na niej kulturze określonych wzorów – właśnie wzorów kultury, o których pisała Ruth Benedict. Jeśli uważamy inaczej, to albo postrzegamy Żydów jako nadludzi, albo podludzi – tak czy inaczej, postawa taka to rasizm.
Jednym słowem – antysemici i filosemici, to w mniejszym, lub większym stopniu, to postawy rasistowskie. Ja proponowałbym raczej zwykły realizm.


1.4. Podsumowanie
To, czy w zestawie cech właściwych Żydom w jednym z trzech znaczeń znajduje się chamstwo i arogancja, czy gościnność i jowialność – ani mnie ziębi, ani grzeje. Natomiast proszę mi nie zakazywać rozważań na ten temat. To, że Turcy urządzili Ormianom holokaust, nie oznacza, że mam nie sądzić, że Ormianie na ogół są tacy-a-tacy, a to że Sowieci zafundowali Ukraińcom Wielki Głód, nie oznacza, że mam nie przypisywać społeczeństwu ukraińskiemu kultywowania zestawu cech. Jeśli Polacy są głupi, ciemni i antysemiccy, to nie widzę podstaw, by i inne narody, czy nawet nie narody – grupy społeczene – nie miały reprodukować swoich cech w czasie.

a rok temu
http://maciejgnyszka.blogspot.com/2008/01/czwartek-idzie-post.html
http://maciejgnyszka.blogspot.com/2008/01/31-i-2008-czwartek-fotoreporta-na.html
http://maciejgnyszka.blogspot.com/2008/01/31-i-2008-czwartek-post-waciwy-oraz-may.html

myśl na dziś

Nie zapominaj: najwięcej posiada ten, kto najmniej potrzebuje. — Nie stwarzaj sobie potrzeb.
św. Josemaria Escriva, Droga, nr 630









środa, 3 grudnia 2008

[3 XII 2008] Homogenizacja mózgu...

Homogenizacja...
czy nie wydaje Wam się, że paradoksalnie – żyjąc w świecie, który „różnorodnością” wyciera sobie gębę na każdym kroku – żyjemy równocześnie w świecie niesamowicie stotalizowanym? Mnie się tak wydaje – żyjemy w bardzo ujednoliconym, ustandaryzowanym świecie. Myślałem o tym po raz kolejny ostatnio, zdawszy sobie sprawę z tego, że np. na polu edukacji wszyscy mamy tę samą historię. Idziemy sobie do szkółki, uczymy o pingwinach-zboczeńcach, potem gimnazjum, tam wariujemy, potem liceum i poczucie wszechmocy, a potem studia i degrengolada... Wszyscy mamy tę samą historię. Rzadko kiedy można spotkać kogoś, kto np. najpierw musiał pracować, albo nie kończył podstawówki i uczył się w domu, albo nawet i do studiów nie pobierał formalnej edukacji.
Czy to dobrze, czy źle? Wydaje mi się, że źle – efektem tego są spłaszczone umysły, rozmiłowanie w miernocie i stereotypowe postrzeganie rówieśników. To ostatnie jest chyba najgorsze, bo dla własnego bezpieczeństwa mentalnego, większość woli hamować jednostki, które się ponad nią wybijają. Nawet urzędowo.
Nie wiem, jak bardzo zrozumiałe jest to, co napisałem, ale pewnie nie bardziej niż wypociny jakiegoś Bourdieu, czy Parsonsa, którymi jestem teraz faszerowany na socjologii. Z tych dwóch raczej ten drugi jest godny uwagi.

zniewagi zniewagom nierówne
porzućmy na chwilę rozważania szczegółowe na rzecz anegdotki. Prof. Sułek opowiedział wczoraj zabawną historię o tym, jak to zatarasował warszawskie metro (trzeba Wam wiedzieć, że bohater tej historii to zacny metodolog nauk społecznych). Otóż, nie udawało mu się skasować biletu, przez co ludzie stojący w kolejce do bramki za nim, popadli w irytację. Jedna dama, chcąc go ominąć, włożyła swój bilet... co prof. Sułek odebrał jako swój sukces, myśląc że to jego bilet – i spokojnie przeszedł przez bramkę. Na co dama nazwała zacnego metodologa „Baranem”.
Ot, równość. Prof. Sułek odparłszy później w sposób adekwatny do swojej winy oraz agresji kobiety, wrócił do pracy i opracował zarys programu badawczego na temat sposobów zwracania się do ludzi starszych w środkach komunikacji masowej.

rynek wszędzie
odpowiadam pokrótce na polemikę kol. Tamkquna dot. rynku. Niestety nie mam przed oczami tekstu jego odpowiedzi, więc odpowiem na podstawie wyobrażenia, które przechowuję w pamięci.
Wydaje mi się, że kol. Tamkqun zakłada, że fetyszyzuję rynek, nadając mu zbyt optymistycznie ogrom przeróżnych cech. Jest to podejście błędne.
Ustalmy na początku, co rozumiemy przez pojęcie „rynku”. Jest to moim zdaniem sposób, czy raczej system alokacji dóbr polegający na tym, że dowolne podmioty dysponują w sposób mniej lub bardziej wolny zasobami, które posiadają, np. je wymieniając (gdzie pod pojęciem zasobów rozumiemy zarówno dobra, jak usługi, czy władzę). Nie ma tu cienia normatywu – po prostu uznajemy prawo własności. Nie oznacza to bynajmniej, że aktorzy na rynku będą zawsze działać efektywnie, czy że zawsze będą postępować dobrze z moralnego punktu widzenia. Wręcz przeciwnie – po grzechu pierworodnym oczekiwanie, że samo dobro przyciągnie człowieka jest założeniem naiwnym. Owszem, dobro pociąga, św. Tomasz ma rację, ale zraniona natura stawia po drodze wiele przeszkód. Jeśli nie ma pracy nad cnotą, czy wykształconej cnoty – człowiek łatwiej popada w grzech. Wracając do rynku – oznacza to, np. że nie dziwi mnie sytuacja w której nagle ludzie zaczynają fascynować się pederastią i gejowie znajdują się na opakowaniach płatków śniadaniowych. Wręcz przeciwnie – patrząc na to, co dzieje się obecnie, uważam to za wysoce prawdopodobne w niedługim czasie! Nie zamierzam jednak zasypiać gruszek w popiele i uważam, że nie ma nic złego w tym, by kreować siłę rynkową, która tę tendencję będzie zwalczać, ba – może nawet doprowadzi do powszechnej zgody na to, że należy zakazać promocji homoseksualizmu. Każdy ruch społeczny generowany jest raczej przez małą grupę usypiaczy, którzy przeciągają milczącą większość w swoim kierunku. Wystarczy tylko dotrzeć z alternatywą, podać ją w dobrej formie, by sytuację odmienić. Ale tu nie chodzi o marketing. Kościół, jako depozytariusz Prawdy, przemienia raczej serca, formuje cnoty i postawy – trwale. Propaganda fidei, to raczej wyzwalanie ludzi z okowów ich namiętności, które każą im sądzić, że są racjonanymi przesłankami.
Zresztą nawet, gdyby była to znaczna większość równie przekonanych – nic nie stoi na przeszkodzie, by pracować nad tym, by zmienić ich zdania. To wszystko, to gra rynkowa. Nie ma w tym nic antyrynkowego.
Co do kwestii finansowania jeszcze – kol. Tamkqun nie zauważa chyba, że zwykłe firmy nie osiągają rentowności od pierwszego dnia działania. Wręcz przeciwnie – norma, to dwa, trzy lata. Dlatego też nie ma nic nienormalnego w tym, że przez jakiś czas jedzie się na deficycie i wierzy się w to, że mimo wszystko uda się przekonać rynek nie tylko do produktu, ale i do jego kupna. Podobnie z Frondą.pl
Co do kwestii politycznych – nieodwołalnie władza dąży w ręce coraz gorszej hołoty i jest to wynik działania rynkowego, oczywiście. Nie oznacza to natomiast, że jest to wynik pożądany, ani tym bardziej – że nie należy pracować nad jego zmianą. Ponownie wracamy do Kościoła – tam, gdzie słabnie wpływ Wiary... tam społeczeństwo bardziej wariuje, ulegają namiętnościom. Dlaczego? Bo i udział procentowy ludzi dojrzałych, opanowanych, oświeconych wiarą jest mniejszy, mniej cnót jest praktykowanych, etc. Władza idzie do hołoty, a świat w kierunku kryzysu. Nie bez kozery coraz więcej autorów zauważa moralne fundamenty obecnego kryzysu. Powiem więcej – ten kryzys ma podstawy w zmianach w moralności, zarówno w Ameryce, jak i na świecie.
Na koniec, muszę powiedzieć, że nie wiem, czy trafnie odpowiedziałem na pytania, bo nie miałem ich przed oczami, ale na pewno nie postrzegam rynkowej racjonalności, jako racjonalności w ogóle, ale bardziej jako „ograniczoną racjonalność” opisaną przez Northa. Po drugie – rynek postrzegam raczej bardziej abstrakcyjnie, niż kol. Tamkqun. Wydaje mi się nawet, że rację miał Parsons chcąc znaleźć ogólny model analityczny dla nauk społecznych na każdym poziomie. Na podstawie dotychczasowej lektury Parsonsa muszę powiedzieć jedno – chyba znów znajduję własne pomysły w cudzych książkach... No, ale do tego już chyba czytelnicy Gnyszkobloga przyzwyczaili...

de Toqueville o Unii
„(...) Pierwszą jest forma federacyjna, którą przyjęli [...] i która pozwala Unii cieszyć się potęgą, jaką ma wielka republika, i bezpieczeństwem, jakie ma republika mała”.
Jak myślicie, czy de Toqueville nie mówi przypadkiem o Unii Europejskiej? Nie, ale choć mówi o Ameryce, sam nie wie o tym, że za parę lat słowa te dotyczyć będą Unii Europejskiej. Niedługo uchwalą nam traktat lizboński, już zaczynają nam narzucać absurdalne ustawodawstwo... potem okaże się że konieczna jest dalsza integracja, aż do federacji, a z federacji – po jakiejś powtórce z Wojny Secesyjnej – do jednego państwa. Chyba, że po drodze będzie jakaś wielka wojna.

Unia zachodzi nas od tyłu...
żeby nie być gołosłownym, zamieszczam artykuł z fronda.pl.
[Oj, jednak nie zamieszczam, bo zniknął z portalu, ale w zamian zamieszczam fragment e-maila od stałego Czytelnika, który przebywa obecnie w Niemczech na socratesie...]
Mam wrażenie, że ci wszyscy "wyzwoleni" monachijczycy (którzy robią wszystko, żeby się odciąć od mitu konserwatywnej Bawarii) oraz przyjezdni to banda zbaraniałych matołów. Wystarczy porozmawiać nt. jej wysokości Unii E., żeby dowiedzieć się... niczego, poza dziecinną, brukselską propagandą w stylu "dni europejskich", jakie znam z podstawówki. Nieważne po co, grunt, żeby następowała integracja. Ale mniejsza o to.
Dziś z kolei dowiedziałem się (z NajwyższegoCzasu!) o inicjatywie ustawodawczej francuskich feminazistek, chcących narzucić krajom całej UE mix ustawodawczy złożony z ustaw dot. antykoncepcji, aborcji, homoseksualizmu, rozwodów, etc. W jaki sposób go stworzyć? Ano, przeglądamy ustawy w poszczególnych krajach – i wybieramy najbardziej ohydne i bezbożne... i narzucamy je reszcie. A co! Choć byłby to przykład jawnego nadużywania władzy przez eurobiurokrację... ale nie moglibyśmy odmówić femiwariatkom skuteczności w zastanym systemie stanowienia władzy. Znów wracamy do „rynku”. Dziewczyny może okażą się skuteczne. Co bynajmniej nie jest dobre, ani pożądane przez wszystkich.

społeczeństwo organiczne...
wciąż jestem pod wrażeniem de Toqueville'a analizującego religijność Amerykanów, i pod wrażeniem tamtego społeczeństwa. Być może nie jest to średniowieczne, ubóstwiane przez konserwatystów i kontrrewolucjonistów, społeczeństwo organiczne, ale na pewno coś jemu pokrewnego.
Na marginesie, de Toqueville zauważa, że choć wielość wyznań była w Ameryce wielka, to jednak panowała jedna, surowa moralność. Dziwne prawda? Szczególnie dziś, gdzie wiadomo już jakie są owoce rewolucji Lutra. Jak bardzo trafny jest tu tytuł książki Tomasza Terlikowskiego: Gdy sól traci smak. Etyka protestancka w kryzysie


a rok temu
http://maciejgnyszka.blogspot.com/2007/12/3-xii-2007-poniedziaek-w-franciszek.html
http://maciejgnyszka.blogspot.com/2007/12/3-xii-2007-poniedziaek-w-franciszek_03.html

myśl na dziś

Bardzo wielką rzeczą jest uznać się za nic wobec Boga, ponieważ taka jest prawda.
św. Josemaria Escriva, Bruzda, nr 260




poniedziałek, 10 listopada 2008

[10 XI 2008] św. Leona Wielkiego - o homoseksualiymie po raz pińćsetny

o homoseksualizmie po raz pińćsetny
od jakiegoś czasu bloga czyta pewien dwukrotny anonimowy komentator, którego żywo interesuje temat pederastii. Gdy wrzuciłem newsa na temat skazania pederasty-kanibala, argumentował, że kanibale i wariaci zdarzają się także u niepederastów. Gdy ostatnio pochyliliśmy się nad nekrofilami - argumentował, że nie można przedstawiać zboczeń poszczególnych osób, by zdyskredytować całą orientację. Nadmienił także, że związki homoseksualne rozwijają się tak samo, jak i heteroseksualne. Mam nadzieję, że poglądy zreferowałem należycie.
Nie odpowiadałem od razu, wierząc, że Komentator(ka) zajrzy do archiwum i pozna z niego mój pogląd na powyższy temat. Ja wiem - korzystanie z archiwum jest utrudnione, posty wciąż nie są oznaczone etykietami... ale z wujaszkiem Google'em chyba dałoby radę.
Nic, to! Odpowiem wobec tego pokrótce - pewnie większość Czytelników słyszała to kilkaset razy, ale co tam! Otóż, argumenty Komentatora(ki) [no właśnie - z kim mam przyjemność?] są trafione, jeśli przyjmujemy, że istnieje coś takiego jak orientacja seksualna. Na marginesie - powstaje problem, bo Komentator nie tłumaczy się z twierdzenia dlaczego nekrofilia orientacją nie jest... ciekawe czy podobnie skandaliczne oskarżenia wysuwa pod względem pedofilii?
Wracamy, do naszych rozważań. W naszym jednak przypadku jest inaczej. Twierdzimy, że nie istnieje coś takiego jak orientacja seksualna, lecz norma (opanowany heteroseksualizm) - oraz jej brak, czyli zboczenia. Zboczeniem jest zarówno pederastia, jak i onanizm, pedofilia, nekrofilia, zoofilia i inne. Przyjmujemy rzecz jasna kryterium teleologiczne, tj. dotyczące celowości (które w tym wypadku oznacza możliwość prokreacji).
W związku z tym, argumentacja przytaczana przez Komentatora, jest zupełnie nietrafiona - nie obchodzi nas bowiem to, czy zboczenie rozwija się analogicznie do postawy zdrowej, czy nie. Czy towarzyszą mu uczucia wyższe, czy nie. Nie gra to roli. Podobnie jak nie gra roli to, ilu homoseksualistów jest w populacji i czy byli od zawsze. Inne choroby i wynaturzenia także towarzyszą ludziom od wieków i są stale obecne w populacjach - niekiedy nawet są nadreprezentowane... jak np. Czarna Śmierć w którymś z nastych wieków. Ale to, że ma setki tysięcy nosicieli nie oznacza, że Czarna Śmierć nie jest Czarną Śmiercią.
Podkreślam raz jeszcze - na gruncie koncepcji istnienia orientacji seksualnej nie istnieje żadna przesłanka zabraniająca nam stwierdzić, że pedofilia, nekrofilia i inne zboczenia nie są zboczeniami.
dwie metafory - ładna i brzydka
poza tym, witam serdecznie - nowego jak się zdaje - Czytelnika! Dla okraszenia wywodu, dodam jeszcze dwie dykteryjki.
Pierwsza z któregoś numeru FRONDY. Na którejś stronie był rysunek części silnika opisany następująco: Tłok powinien poruszać się w cylindrze, a nie w rurze wydechowej.
Druga, relacjonuje wydarzenie podpatrzone na planie Warto rozmawiać, po odcinku nt. homoseksualizmu. Jan Pospieszalski miał powiedzieć po zakończeniu programu jednemu z gości następujące słowa: Wie Pan... gdyby homoseksualizm był naturalny, to zwieracz wydzielałby wazelinę.
bądź święty
przy okazji polecam serwisik, który ostatnio zrobiłem: http://badz-swiety.blogspot.com/ Rozważanie co dwa dni na maila. Szkoła świętości pod okiem św. Josemarii, św. Józefa S. Pelczara, św. Tereski i św. Ludwika.

a rok temu
http://maciejgnyszka.blogspot.com/2007/11/10-xi-2007-sobota-odjeda-wraz-ze-w.html
http://maciejgnyszka.blogspot.com/2007/11/10-xi-2007-sobota-w-niej-pani.html

myśl na dziś
Jesteśmy dziećmi Bożymi. Nosicielami jedynego płomienia będącego w stanie oświecić ziemskie drogi dusz; jedynego blasku, w którym nie będzie nigdy miejsca dla ciemności, mroku i cienia. – Pan posługuje się nami jak pochodniami, by światło to świeciło… Od nas zależy, by wielu ludzi nie żyło w ciemnościach, lecz kroczyło drogami, które prowadzą do życia wiecznego.
św. Josemaria Escriva, Kuźnia, nr 1

środa, 5 listopada 2008

[5 XI 2008] pinionżki, Panie, pinionżki... komentarze i odpowiedzi

Pinionżki, Panie, pinionżki... komentarze i odpowiedzi
wczoraj posypały się komentarze – wbrew pozorom nie na temat rozstrzygnięcia konkursu aborcyjnego, tylko na temat tekstu dot. wspieractwa. Nie wiedziałem co zrobić, ale w końcu uznałem, że ta wymiana zdań może być ważna także dla innych Czytelników. Odpowiadam na dwa komentarze – miss gender, oraz siusiaka.

MISS GENDER:
"Kolega zaś na to: „Iiiii tam, ja u Ciebie nie klikam, Ty masz za dużo pieniędzy”
"dokładnie to samo myślę i jeszcze nigdy, od kiedy tu zagladam nie kliknelam na nic, te Twoje prośby o kasę są poprostu bezczelne!!!
----------------------------------------------
Miss gender, będę odpowiadał krótko, żeby nie było, że zapodaję masło maślane. Odpowiedź na ten akapit jest lakoniczna – albo nie jestem dość „bezczelny”, albo jesteś zbyt delikatna, albo rzeczywiście wypisuję tu dyrdymały niewarte uwagi, albo masz małą wyobraźnię. Wymienione czynniki mogą współwystępować.

"werki sorki" ale nie oszukujmy się, jesteś osobą zamożną i Twoja postawa jest jak dla mnie poprostu nie na miejscu!! wogole mi przez myśl nie przeszło, żebym ja mogła napisać takie banialuki, choć jestem pewna, że materialnie jestem w gorszej sytuacji niz takie "bananowe dziecko" jak Ty
----------------------------------------------
Po pierwsze – mówmy tu o wyobrażeniach, będziemy bliżsi prawdy. Domyślam się, że Miss Gender nie ma wtyczki w Urzędzie Skarbowym, bo gdyby miała... stwierdziłaby raczej, że jeśli już, to moi Rodzice są zamożni, ja natomiast do tej grupy nie należę. Wręcz przeciwnie, co chyba w tym wieku jest rzeczą normalną.
Po drugie – nie rozumiem sformułowania „bananowe dziecko” i nawet mogę troszkę poudowadniać, że nim nie jestem, co chyba ludzie mnie znający potwierdzą. Czy bananowe dziecko, to ktoś kto w domenie sprzętu muzycznego zatrzymał się na etapie walkmana odziedziczonego po siostrze? Czy jest to ktoś, kto w kinie był ostatnio trzy lata temu, a poprzednio dwa lata wstecz? Czy jest to wreszcie ktoś, kto przez więcej niż połowę swojego życia (dane aktualne) dodzierał ciuchy po siostrze? Dorzućmy więcej – czy jest to ktoś, kto pracowicie oszczędzał od Komunii, podczas gdy jego koledzy kupowali sobie wypasione komputerki, pegasusy, play stationsy, i in.? Czy „bananowym dzieckiem” nazwiemy osobę, która pierwszy komputer dostała pod koniec podstawówki, podczas gdy koledzy mieli pod koniec przedszkola? Czy bananowym dzieckiem jest osoba, która wymienia trzy pary swoich butów najczęściej raz na cztery lata? Choć mógłbym podobne cechy wymieniać w nieskończoność... pokuszę się o tezę tymczasową - jeśli tak zdefiniujemy „bananowe dziecko”, to rzeczywiście jestem „bananowym dzieckiem” z krwi i kości.
Ale bądźmy świadomi, że ta definicja „bananowego dziecka” jest równoznaczna z przeczeniem popularnego znaczenia „bananowego dziecka”.
Po trzecie – co to w ogóle ma do rzeczy? Nie jestem bolszewikiem i nie mam nic przeciwko, jeśli ktoś ma więcej ode mnie. Więcej – gdy mam okazję, staram się takim osobom pomagać. Jeśli mnie brakuje w jakiejś dziedzinie zdolności albo szczęścia, nie mam nic przeciwko, że komuś ich nie brakuje i jeśli mam okazję mu pomóc, pomagam. W ten sposób np. pomagam rozwijać parę przedsięwzięć moich znajomków. Niech mają jak najwięcej. Tym bardziej jeśli wiem, że są porządnymi ludźmi.

poprostu nie wypada pisac takich rzeczy kiedy sie wie że inni maja nieporównywanie gorzej!
-------------------------------------
ponownie – co to ma do rzeczy? Ponownie także - nie jestem bolszewikiem i nie uważam tego za oczywiste. Nie jestem także psem ogrodnika. Źle jest bowiem, gdy sami nie pomagając nikomu, uniemożliwiamy innym pomaganie... Jeśli nie wspieram np. Fundacji św. Mikołaja, chociażby przez kliknięcie w reklamę (co mnie nic nie kosztuje - mnie reklama interesuje, zapoznaję się z nią, zdobywam wiedzę o ofercie reklamodawcy, a ten kto ją emituje, zdobywa środki na działalność), tym samym uniemożliwiam jej pomaganie innym. Paradoksalnie więc, choć wycieram sobie gębę tymi, którzy mają niporównanie gorzej, działam na ich szkodę.
Zresztą... tym, którzy mają ode mnie gorzej, pomagam jak mogę. No, ale nawet jeśli miss gender pracuje w urzędzie skarbowym, nie dowie się o tym, bo zawsze gubię zaświadczenia o darowiznach i ich nie dołączam.

a argument, że mam Ci płacic za to co piszesz rozbawił mnie maksymalnie!! chyba w główce Ci sie poprzewracało!!
--------------------------------------------
ależ wcale nie musisz płacić – bez względu na to, czy Ci się podoba to, co tu piszę, czy nie. Chciałem zwrócić Ci uwagę na możliwości współtworzenia rzeczywistości, które masz, a które sama przed sobą zamykasz – bądź co bądź, jesteś idealną ilustracją tego, co opisałem wczoraj. Dotyczy to zarówno mojego bloga, jak i tysięcy o niebo poważniejszych inicjatyw.
Ostatecznie zaś – pewnej delikatności. Tak, właśnie delikatności, bo trzeba jej, by np. zdać sobie sprawę z tego, że np. forum internetowe na którym działam – kosztuje. Jeśli założył je mój kolega (mówię np. o wielodzietni.org), to ja wiem, po co są te reklamy. I wiem także, że będzie starał się je prowadzić dopóty, dopóki naprawdę zabraknie mu kasy... wiem, że do tego dokłada, traci na to czas i pieniądze, a to ma dla mnie wartość! I z czystej delikatności robię wszystko, by zwracało mu się jak najwięcej, podsyłam niekiedy jakieś podręczniki marketingowe, staram się każdej potencjalnie zainteresowanej osobie opowiedzieć o forum. On o to rzadko prosi, ale powinien częściej – wykonuje wspaniałą robotę. A ludzie niestety często uważają, że to wszystko nic nie kosztuje i im się należy. To najlepsza droga do zakończenia sprawy. Czy do tego dążą zadowoleni użytkownicy? Nieświadomie, niestety tak.
W związku z tym, albo nie są zadowoleni – wówczas dają jasny sygnał do zamknięcia, bądź jakiejś reformy forum, albo są zadowoleni, tylko brak im pewnej delikatności. Nie ma nic złego w przypomnieniu im o takiej możliwości. Jest to rzecz słuszna i uczciwa.

no, ale Maciek jako osob reprezentująca mentalność "najmadrzejsza baba we wsi" odpisze mi jakies "masło maślane", bo rozmowa z nim to jak "grochem o ścianę";D
------------------------------
abstrahując od tego, jaką mam mentalność, jeśli wygłaszam jakiś pogląd, to robię to dlatego, że żywię przekonanie, że jest słuszny. Słusznej tezy, gdy jest atakowana – broni się, aż do momentu gdy jest obalona.

pozdr,
miss gender:)
-------------------------
miss, Ty się jeszcze nie przedstawiłaś, ale chyba wiem kim jesteś... :)

SIUSIAK:
Czy to cytat ze mnie? Chyba tak :] Paniegrzyzgo, odblokowali konto na googlu? Wyłączyłem adblocka na Pańskiej stronie z ciekawości i znowu są! Jestem nie na czasie. Kiedyś klikałem regularnie, to zablokowali…
------------------------
Nie wywołujmy gugla z lasu. Cytat nie z Kolegi, ale rzeczywiście tego typu teza też padła z owych ust! Jednak w chwili pisania posta, miałem na myśli kogo innego.
Mimo że to chyba cytat ze mnie i mimo, że używam adblocka, nie zgadzam się z Przedmówczynią.
--------------------------
jak widać, nie każdy jest bolszewikiem...
To, czy klikniesz czy nie, powinno zależeć wyłącznie od tego, czy podoba Ci się to, co przeczytałaś/zobaczyłaś na stronie — czy czujesz się odbiorcą usługi, jaką dostarcza Gnycha. Stan kiesy usługodawcy nie powinien tu być czynnikiem (zwłaszcza, że niekoniecznie Twoja wiedza musi być akuratna). Poza tym mowa tu jest o klikaniu, które Cię naprawdę nic nie kosztuje! Trochę czasu być może, ale to są sekundy – jeśli masz czas komentować jakieś blogi, to i na kliknięcie powinno wystarczyć ;)
----------------------------------
Zgadzam się w całej rozciągłości, zaznaczę jeszcze, że reklama, którą widzę, powinna mnie interesować – tak, aby reklamodawca na tym nie tracił (w końcu to on płaci za akcję). Chodzi jedynie o świadomość własnych możliwości.

Co napisawszy wyłączam adblocka na tej stronie i znowu czasem kliknę, jak dawniej. Chociaż ta reklama NEXTO zasłaniająca róg to mnie akurat mocno denerwuje...
-----------------------------------
wywalę tego widgeta, bo już nie działa, poza tym.

Ale. Ale muszę przyznać, że uderzanie w Twoim przypadku w argument braku kasy jest trochę nie na miejscu.
--------------------------------
No... tu też mówmy lepiej o wrażeniu. Poza tym – brak kasy jest relatywny zarówno do kosztów stałych oraz zamierzeń, które się ma. Koszty stałe mam niskie, natomiast zamierzenia duże. Odnoszę więc do tego „brak”, bądź „nadmiar” kasy. Na jedzenie, bilet i gazetę raz w tygodniu starcza, ale czy to powienien być punkt odniesienia?
To samo tyczy się tego cienia pretensji, który można wyczuć w Twej notce.
---------------------------------
To tylko leciutki cień, serio. W tekście poruszałem na przemian kwestie ogólne i szczegółowe, te pierwsze bardziej mnie emocjonują. Naprawdę boli mnie to, gdy widzę, co dzieje się w pro-life'ie. Odchodzą zgorzkniali bardzo porządni, zasłużeni ludzie... każdy chwalił ich działania, prawie nikt nie pomógł. Tak dłużej nie można, to jest nieuczciwe. Takich bohaterów jest setki. Gdyby każdy kiwnął palcem, nie musieliby ponosić takich ofiar, szczególnie że powołany do tego jest każdy. Myślę, że mogłeś odnieść wrażenie, że te emocje wiążą się z blogiem. Mój blog to pikuś, ale też traktuję go poważnie.

Ja rozumiem, że brak w Polsce dobrego amerykańskiego zwyczaju, że proszenie „Donate!” jest czymś naturalnym i spotyka się z hojnym odzewem, jeśli tylko proszący jest pozytywnie oceniany za to co oferuje. Ale zwracam uwagę, że to proszenie jest zawsze pokorne i pozbawione roszczeniowości. Owszem, w trudnej sytuacji można powiedzieć: „Zapłaćcie proszę, żebym mógł dalej prowadzić tego bloga”, ale nigdy: „Jak nie zapłacicie, to przez was będę musiał bloga zamknąć!”.
---------------------------------------------
W USA może i wystarczy pokornie poprosić. W Polsce musisz zbankrutować, by ludzie uznali, że cholercia szkoda, że to przedsięwzięcie upadło. Tak było z OZONem, tak jest z Radiem Józef. Tak jest z polskimi bogatymi katolikami - „Jesteście bogaci, to dawajcie cholera kasiorę, bo my jesteśmy biedni, a cel szczytny, ale na satelitę, duperele, kasę mamy”. Pora się obudzić, generalnie rzecz ujmując.
Sławomir Sierakowski wrócił właśnie z wycieczki po USA, skąd przywiózł walizkę pieniędzy na nowy, lewicowy think-tank. A my sobie zwalajmy ciągle robotę na kilku zapaleńców i pieniądze, które jeszcze mają (z naciskiem na "jeszcze" - bowiem zarówno pieniądze, jak i zapał tych ludzi się kończy). Tak to wygląda po naszej stronie. To jest real, bolesny real, o którym byc może nie każdy wie, bo się nie udziela, wobec czego uznałem za stosowne o tym przypomniec, bądź poinformowac na czym stoimy. Jak to powiedział mój kolega - „W Polsce, dokądkolwiek pójdziesz po naszej stronie – jako działaczy, organizatorów, sponsorów, spotykasz tych samych ludzi”.
Zresztą... o tym, że mam trudniejszą sytuację, pisałem już w lipcu, gdy skończył mi się wyborny kontrakt w firmie, w której pracowałem. Oj, coś nie uważaliście, mister siusiak!
No i mieszkamy w Polsce jednak. Mentalności/zwyczajów ludności Pan nie zmienisz, choćbyś się skichał. Pewnie, próbować można, ale w międzyczasie trzeba się zająć czym innym, co o tej ewentualnej zmiany nie jest uzależnione…
-----------------------------------
oj, gdybym nie robił inaczej, byłoby marnie. Co bynajmniej nie oznacza, że stan średniej marności jest stanem pożądanym.

resume
Jako resume tej długaśnej pisaniny, proponuję opowiastkę. Otóż, rozmawiałem niedawno z prezesem pewnego potężnego stowarzyszenia katolickiego, które potrafi pozyskiwać pieniądze na swoją wspaniałą działalność inaczej, niż obdzierając ze skóry i szantażując moralnie kilku katolickich biznesmenów w okolicy (tak to najczęściej wygląda). Sponsorów stowarzyszenie ma dziesiątki tysięcy. W związku z tym, często padają podobne argumenty do tych powyżej – że każą sobie płacić za działalność, że zmuszają ludzi do dawania kasy, że są nieszlachetni, że nie działają z czystą intencją, etc. Na moje pytanie o to zjawisko, odpowiedział krótko: „Wie Pan, to jest tak. Ci, których nasza działalność nie obchodzi, po prostu nas ignorują. Ci, którzy wiedzą, że robimy dobrze, albo płacą... albo wymyślają niestworzone historie, by uzasadnić to, dlaczego nas nie wspierają.”
Jako rozszerzenie rozważań, polecam jeszcze cytat z Pana Gawriona, jednego z autorów serwisu niepoprawni.pl, który w komentarzu pod moim wczorajszym postem napisał tak:
Wiele rzeczy da się zrobić wspólnymi siłami i nakładem wolnego czasu i odrobiny chęci. Są jednak takie, które wymagają pewnych nakładów finansowych - taki już jest ten świat.
Poruszył Pan istotny problem, charakterystyczny dla przedsięwzięć organizowanych przez ludzi uczciwych, z jakąś konkretną misją wybiegającą dalej niż dbanie o swoje cztery litery. Jako że zasadniczo dzisiejszy świat kręci się wokół pieniądza i osobistych korzyści. Jako że każdy stara się jak najwięcej wyrwać dla siebie nie patrząc na innych, wszelkie rzeczy związane z zarabianiem (obojętnie czy o charakterze profit czy non-profit) ludzie tacy wolą omijać by nie stworzyć pozorów oszustwa i nie narazić swojej wiarygodności. Nie ma bowiem nic bardziej wiarygodnego od bezinteresownej rady czy pomocy. Takie przewrażliwienie nie jest pozbawione logicznego uzasadnienia. Z drugiej strony nic na tym świecie nie ma za darmo i człowiek uczciwy, filantrop, nie może liczyć na wzajemność pazernego świata - kasa musi być i się przydaje.. Inny problem to możliwość konkurowania z głosem fałszu, za którym stoją spore nakłady finansowe.. Bezinteresowność niewspomagana finansowo nie stworzy zauważalnej przeciwwagi głosu prawdy dla wielkich koncernów medialnych patrzących na zysk.. Trzeba się wspierać - popieram;)


a rok temu
http://maciejgnyszka.blogspot.com/2007/11/5-xi-2007-cz-1-poniedziaek-zaczyna-si.html
http://maciejgnyszka.blogspot.com/2007/11/5-xi-2007-cz-2-poniedziaek-koczy-si.html

myśl na dziś
Jezus pozostał w Hostii Świętej dla nas! Chciał być u naszego boku, aby nas wspierać, aby nami kierować. — A za miłość odpłaca się jedynie miłością. Dlaczego nie mamy iść codziennie przed Tabernakulum, chociażby tylko na parę minut, żeby Mu wyrazić nasze pozdrowienie i naszą miłość jako Jego dzieci i bracia?
św. Josemaria Escriva, Bruzda, nr 686


wtorek, 4 listopada 2008

[4 XI 2008] wtorek, św. Karola Boromeusza, niszczymy Pana-Od-Aborcji

Ladies and gentlemen... rozstrzygnięcie konkursu na polemikę!
Być może niektórzy pamiętają, inni może nie, ale ostatnio ogłosiłem konkurs na polemikę z drem Szczepańskim, który w pewnym artykule zajął się obroną procederu prenatalnego mordowania ludzi. Tekst przysłała mi odznaczona już w zeszłym roku Blogowym Orderem Przodownika Klikania, Edyta – donosząc, że warto się z nim zapoznać. Zapoznawszy się, od razu do Niej zadzwoniłem – radości pełen – by zakomunikować, że tekst jest do polemiki wprost stworzony! Wpadłem na pomysł ogłoszenia konkursu na polemikę – i ogłosiwszy ją najpierw na blogu, ogłosiłem także na Forum Frondy. Stamtąd właśnie pochodzi nasz zwycięzca i jedyny uczestnik konkursu – Gorlias Fitzgorgon. Do zwycięzcy leci już kabelkiem nagroda oraz właśnie staje się rzeczywistością przebywanie na łamach gnyszkobloga! Miłej lektury!

Gorlias Fritzgorgon po raz pierwszy
Po pierwszym akapicie, szafującym zdumieniem autora nad obłudą oponentów, doktor stawia pierwszą tezę - na temat aborcji powinni się wypowiadać fachowcy, czyli ginekolodzy, a nie laicy tacy jak posłowie czy neurolog, którego artykuł jest odpierany. Jeśli autor ma na myśli aspekty techniczne, typu czy lepiej używać szczypiec czy ssawki albo jakie powikłania grożą pacjentce, to bym się zgodził. Ale w artykule jest mowa o aspekcie moralnym - czy jest to dopuszczalne i jeśli, to kiedy. A to jest problem etyczny, a nie medyczny. Równie dobrze można by twierdzić, że jedynymi osobami które powinny się wypowiadać na temat kary śmierci są kaci. Bo mają najlepszą wiedzę techniczną. Zresztą gdyby nawet przyjąć tezę autora, to sam się jej nie trzyma. Z fachowej wiedzy w artykule pozostały tylko, mające chyba wzruszać czytelnika, opisy dylematów lekarza trzymającego w ręku nożyce Siebolda. Poza tym fragmentem nie zauważyłem nic co by wykraczało poza ogólną wiedzę o położnictwie, że mianowicie są sytuacje gdy ciąża zagraża życiu kobiety. Naprawdę nie tylko ginekolodzy o tym słyszeli. Natomiast autor dużo pisze o historii (choć nie jest historykiem), trochę o filozofii (choć nie jest filozofem) i o moralności (choć nie jest etykiem). Z tą filozofią to się chociaż powołuje na Kołakowskiego, ale w temacie moralności pisze tak "Nie ma absolutnego dobra ani absolutnego zła. Zarówno jedno, jak i drugie jest względne i wie o tym każdy, najbardziej prosty, lecz logicznie myślący człowiek." Więc jednak do tematyki etycznej wystarczy być logicznie myślącym człowiekiem, nawet bez wiedzy fachowej na temat ginekologii czy etyki? A co gorsza skoro uważam, że istnieje absolutne dobro i absolutne zło to nie jestem logicznie myślącym człowiekiem? Ale zajmijmy się główną tezą jaką stawia autor i jego argumentacji za nią. Główna teza jest taka, że należy zrezygnować z penalizacji aborcji. Każdej aborcji. A jakie argumenty są za tą tezą? "Nie należy ustanawiać prawa, którego w żaden sposób nie można egzekwować." Przydałoby się podać argumenty, czemu zakaz aborcji jest trudniej egzekwowalny od takiego na przykład handlu narkotykami. Autor sugeruje, że zakaz aborcji wynika z pogardy wobec kobiet. I podaje dużo przykładów tej pogardy. Ale mnożenie przykładów nie wystarczy, żeby wykazać związek. A choćby go wykazał, czego nawet nie próbuje, to co z tego wynika? Żeby obalić tezę, trzeba atakować tezę a nie przesłanki. Ostatnia próba uzasadnienia autorskiej tezy polega na swobodnym żonglowaniu wymiennie ciążą zagrażającą życiu i ciążą 'niepożądaną'. A różnica jest jak między bliźniętami syjamskimi mającym wspólny konieczny do życia organ a nielubianym rodzeństwem. Więcej pozorów argumentacji w artykule nie zauważyłem, natomiast jest tam pełno figur retorycznych, słów mocno nacechowanych emocjonalnie w stylu "Choćby wszystkie parlamenty na świecie, wszyscy dyktatorzy, wszyscy monarchowie, wszystkie kościoły i wszyscy inni możni tego świata podali sobie solidarnie rękę w walce z usuwaniem niepożądanej ciąży, wprowadzili na powrót drakońskie kary ze średniowiecza, jak grzebanie żywcem czy wbijanie na pal, przerywanie ciąży istnieje i nadal będzie istnieć, tak jak istniało setki i tysiące lat temu. Nikomu i nigdy nie uda się ująć intymności życia ludzkiego w karby przepisów i prawa, choćby udało mu się urzeczywistnić czarną wizję transparentnego świata Orwella." Aż się chce zacytować Chestertona (Protestantyzm - powieść problemowa) "Tak, tak, oto jak trzeba przemawiać! Jakież to musi być męczące wysilać się na sens".
Gorlias Fritzgorgon po raz drugi
Jak sobie pomyślałem dłużej, to jeszcze jeden temat do refleksji mi przyszedł. Pan doktor skarży się, że jacyś ignoranci wchodzą mu w jego działkę. No i zastanowiłem się jak to jest z wiedzą po obu stronach sporu. Jednym ze stałych elementów kampanii w obronie życia jest popularyzowanie wiedzy o rozwoju prenatalnym człowieka. Jak przechodzę koło klasztoru paulinów w Warszawie to widzę zaproszenie na cotygodniowy pokaz filmu o rozwoju dziecka w łonie matki. Również te tak oprotestowane akcje zdjęć z aborcji jakoś też przybliżają oglądającym rzeczywistość "zabiegu". A jak druga strona? Nie śledzę akcji tzw. "grup pro-choice", ale to co zauważam na ogłoszeniach na ulicach skupia się raczej na prawach kobiety, nie zauważyłem zaproszenia na spotkanie, gdzie tłumaczyliby czym jest właściwie to, czego kobieta ma mieć prawo się pozbyć. A hasła i slogany, jakie są wznoszone w dyskusji, wykazują sporą dozę ignorancji. Czasem na przykład czytam o "prawach zygoty" które nie powinny być stawiane wyżej niż prawa kobiety. Wystarczy chyba wiedza z lekcji biologii ze szkoły, żeby wiedzieć że do zamachu na zygotę to jakiś nanorobot byłby potrzebny. Każdy ginekolog wie również, że prawo chroni życie nie od momentu poczęcia, tylko od momentu zagnieżdżenia. Gdyby było inaczej, całkiem spore grono lekarzy siedziałoby w więzieniach za zakładanie pacjentkom wkładek wewnątrzmacicznych. A w momencie zagnieżdżenia mamy już dużo więcej niż zygotę. Słyszałem też wypowiedzi o "zlepku komórek". Otóż jestem szczęśliwym posiadaczem zdjęcia USG mojej córki, wykonanym mniej niż tydzień po wykonanym teście ciążowym. Była wtedy taką sześciomilimetrową fasolką, ale już widać było bijące serduszko. Nie sądzę, żeby zwolenniczki "prawa do wyboru" prowadziły bardziej skrupulatną samoobserwację niż małżeństwo katolickie z niecierpliwością oczekujące na pierwsze dziecko, więc nie wiem gdzie widziały ten "zlepek komórek". No i jeszcze jest argument o "nierozwiniętym układzie nerwowym". No to zobaczmy, co pisze doktor Zbigniew Szczepański: "Lekarze, którzy nie zetknęli się z hakiem i kranioklastem Brauna, z nożycami Siebolda i innymi instrumentami służącymi do wymóżdżenia i rozkawalenia płodu, nie mogą z nami podejmować dyskusji i nie mają prawa twierdzić, że problem zabijania życia dla ratowania życia nie istnieje." Wydaje się, że czegoś co nie ma rozwiniętego układu nerwowego nie da się "wymóżdżyć". Pan doktor dostarcza tu raczej argumentów broniącym życia. Tak właściwie to w całym artykule nie zauważyłem słowa podważającego człowieczeństwo zabijanego płodu, co jest jedną z dyżurnych tez wojujących feministek. Czyżby to był argument ignorantów?

a rok temu
http://maciejgnyszka.blogspot.com/2007/11/jest-godzina-1940-pangrzyzga-w.html

myśl na tę część dnia
Nie zapomnij, że człowiek często potrzebuje mieć przy sobie uśmiechnięte twarze.
św. Josemaria Escriva, Bruzda, nr 57





poniedziałek, 3 listopada 2008

[3 XI 2008] czy małżeństwo zabija seks? Końcowa polemika

Polemiki, polemiki… wprowadzenie
Polemika nadeszła jeszcze w piątek, lecz nie miałem sumienia zawracać d*** P.T. Czytelnikom tego typu sprawami przez świąteczny weekend. Zamieszczam ją zatem dziś wraz z odpowiedzią. Pomocne będą też komentarze pod tekstem, który polemikę Kolegi R.P. wywołał. A zatem, jedźmy dalej. Siłą rzeczy, w związku z ograniczoną objętością posta – dziś poprzestaniemy na tym temacie.

Polemiki, polemiki…
TEZA 1 [MG]:
rozpasana dziewoja "uprawia seks" ze swoim chłopakiem, albo ze =najomym z klubu - nigdy nie użyłaby słowa "współżyje". Natomiast pobożna =ama i pobożny mąż ze sobą współżyją, a określenie "uprawianie seksu" kojarzy im =ię z amerykańskim filmem, grubiańskimi kolegami z pracy i pornosami


POLEMIKA Z TEZĄ 1 [RP]:
Prowadziłeś jakieś statystyki uprawniające Cię do takiego wniosku? Dla mnie to wymysł fantazji...
Podkreślę to jeszcze raz, specjalnie dla Kolegi: współżycie seksualne i uprawianie seksu to SYNONIMY!!! (wg
http://www.sjp.pwn.pl/: współżyć - mieć z kimś stosunki płciowe; seks - ogół spraw i czynności związanych z zaspokajaniem popędu płciowego; wg Wikisłownika: uprawiać seks - odbywać stosunek seksualny). Można jedno określenie lubić bardziej, inne mniej, natomiast nie zmienia to faktu, że obydwa znaczą dokładnie to samo, a rzekome "zwyczaje językowe" nie mają tu nic do rzeczy. Powtórzę, że wprowadzanie jakiejś "własnej" terminologii (już nieważne, czy uzasadnionej, czy zupełnie bezsensownej) jest CAŁKOWICIE BEZPRAWNE - jest po prostu błędem językowym. Każdy rodzaj języka, czy to naukowy, czy religijny, czy urzędowy, powinien stosować się do ogólnych i odgórnych zasad językowych i nie tworzyć własnych wizji, odbiegających od rzeczywistości słownikowej. A więc zarówno chłopak z dziewczyną, jak i mąż z żoną WSPÓŁŻYJĄ, czyli UPRAWIAJĄ SEKS. Dziwne, że takie rzeczy trzeba tłumaczyć laureatowi olimpiady języka polskiego...
------------------------------------------------
ODPARCIE POLEMIKI Z TEZĄ 1:
Odpowiadam w punktach, by było zwięźlej.
- Ad. statystyki – statystyk nie prowadziłem, co nie oznacza, że moja teza jest obalona. Wciąż twierdzę, że określenie „seks” nie jest stosowane tak szeroko w środowiskach katolickich, jak poza nimi. Teza ta jest co najmniej równoważna kontrtezie Kolegi. „Co najmniej”, dlatego że jednak pewne badania uczestniczące prowadzę. Jak na studenta socjologii przystało.
- Ad zarzut „słownikowy” – to, co mówię, mówię właśnie jako laureat OliJP oraz jako uczestnik kursu semiotyki logicznej oraz pasjonat filozofii języka. Otóż, po pierwsze nie jest prawdą, że definicja słownikowa ma naturę normatywną. Nie jest też prawdą, że ma jedynie charakter deskryptywny – to zależy od członków kolegium redakcyjnego słownika. Definicje mają więc charakter deskryptywno-normatywny z przewagą pierwszego elementu, gdyż taki jest obecnie w językoznawstwie trend. Wprowadza się bowiem coś takiego jak „uzus”, który np. uzasadnia tezę Miodka o tym, że niedługo poprawne będzie mówienie „poszłem”, dlatego że nikt inaczej mówił nie będzie (przepraszam, czy dziś także piszemy „dyskusyj”?). Po drugie – kolega mówi o synonimach w sensie wąskim, tzn. odnosząc się do tzw. sfery realnej, poza którą istnieją właśnie sfery zwyczaju językowego, konwencji, etc. Zilustruję to dwoma przykładami: „twórca Balladyny” to synonim nazwy „Juliusz Słowacki”. Zatem zdania „Twórcą Balladyny jest twórca Balladyny” oraz „Twórcą Balladyny jest Juliusz Słowacki” są logicznie równoważne. Realnie znaczą to samo. Jednak niosą NIECO inny przekaz prawda?
Albo nieco bardziej jaskrawy przykład, dotyczący innej sfery (spoza sfery realnej). Wyrażenie „spierdalaj” jest synonimem wyrażenia „zmień szybko miejsce przebywania”. Oba realnie znaczą to samo. Natomiast ich znaczenie, które semantyka opisze nam szeroko, tj. obejmując zarówno sferę realną, jak i konwencji, oraz inne, jest NIECO inne.
- Reasumując – nawet synonimy różnią się między sobą znaczeniem. Jest zatem uzasadnione dobieranie odpowiednich słów wg klucza innego, niż równoważność realna. Moja teza brzmi następująco: znaczenia „współżycia” oraz „seksu” są inne ze względu na uzus. Być może nie w całej populacji, ale choćby w jego części – a jako, że rozróżnienie na cudzołóstwo i godne współżycie małżeńskie jako katolik dla tego zagadnienia uważam za zasadniczą, postuluję jasną jej eksplikację. Jaką? Ano taką, że jedno nazwiemy seksem, a drugie współżyciem par excellance, czyli po prostu współżyciem.
- Powstaje zatem pytanie – czy można coś takiego postulować? Oczywiście. Rada Języka Polskiego to robi, Kampania przeciw Homofobii to robi, Centrum Przeciwko Wypędzeniom to robi, Pracownicza Demokracja to robi… Kościół to robi.
- Proszę pamiętać, że walka ideowa zaczyna być zwycięska wówczas, gdy jedna ze stron zdoła narzucić reszcie swój język. Dlaczego? Dlatego, że za terminami kryją się zgoła niejęzykowe przesłanki, często nieuświadamiane, a przyjmowane. Dlaczego kard. Wyszyński rugował z języka komunistyczną nowomowę? Dlaczego Papież w encyklikach nie mówi o „hajtaniu”, tylko o „sakramencie małżeństwa”? Dlaczego w „Evangelium vitae” nie ma mowy o „rżnięciu”, tylko o „współżyciu”? Z drugiej strony – dlaczego u Nietzschego albo Marksa nie mówi się o grzechu? Właśnie dlatego.


TEZA 2 [MG]:
to ci pierwsi "współżyją", a drudzy się po prostu grzmocą, czyli =uprawiają seks".


POLEMIKA Z TEZĄ 2 [RP]:
To chyba jeszcze bardziej kuriozalne stwierdzenie od tego z bloga, które rozpętało tę burzę w moim umyśle. No już naprawdę nie wiem, jak mam Ci wytłumaczyć, że zwyczajnie jesteś w błędzie. Może niech Pan stworzy własny język, np. język gnyjski, ale bardziej systematycznie, z całym słownictwem i gramatyką - wtedy pogadamy. Będziemy mogli wówczas przetłumaczyć z gnyjskiego na polski:

seks - grzech śmiertelny
uprawianie seksu - cudzołóstwo
współżycie - seks małżeński

Naprawdę nigdy nie słyszał Pan wyrażeń typu: "współżycie przed ślubem" z jednej strony i "seks małżeński" z drugiej, używanych przez księży lub na stronach katolickich??

------------------------------------------------
ODPARCIE POLEMIKI Z TEZĄ 2 [MG]:
- w świetle tego, co powiedziałem wyżej, jest to chyba jasne.
- natomiast co do języka gnyjskiego… Cóż wybitny amerykański socjolog, Talcott Parsons był nie tylko mistrzem socjologii, ale i płodnym twórcą neologizmów, które definiował na użytek swoich prac. Istnieją nawet słowniki z amerykańskiego na jego język, więc propozycja Kolegi – choć miała być sarkastyczna – niestety taka nie jest.
- co do określeń – oczywiście, że słyszałem, ale nie wiem o czym to świadczy. A czy Kolega nie widział księży-robotników, albo teologów wyzwolenia przemawiających językiem marksistowskim? To samo w tej dziedzinie.

TEZA 3 [MG]:
w =ekście wyraźnie mówię, że chodzi o "moją terminologię"

POLEMIKA Z TEZĄ 3 [RP]:
Powtarzam, nie masz prawa używać swojej terminologii. Jeśli chcesz uchodzić za osobę rozumiejącą znaczenie słów, tym bardziej nie powinieneś tego robić.
------------------------------------------------
ODPARCIE POLEMIKI Z TEZĄ 3 [MG]:
- tezę Kolegi uznaję za śmieszną, przepraszam.

TEZA 4 [MG]:
A Kolega konsekwentnie to olewa, przyjmuje =akieś swoje znaczenie "uprawiania seksu" jako "czynności prowadzących do =rgazmu"

POLEMIKA Z TEZĄ 4 [RP]:
Nie swoje, tylko słownikowe. Poza tym nigdzie takiego znaczenia nie użyłem. Uprawianie seksu to odbywanie stosunku seksualnego z drugą osobą, niekoniecznie zakończonego orgazmem.
------------------------------------------------
ODPARCIE POLEMIKI Z TEZĄ 4 [MG]:
- chodziło mię o to, że Kolega do krytyki mojego rozróżnienia na „seks” i „nie-seks”, czyli „współżycie” używa nie mojego rozumienia tych terminów i dziwi się, że podstawiwszy za te słowa Kolegi terminy, moje dywagacje nic nie znaczą. Jeśli chcemy analizować czyjeś tezy, najpierw musimy sprawdzić, czy są koherentne w obrębie jego systemu językowego, dopiero potem starać się wskazać, że jest on z jakiegoś względu nieuprawniony (Kolega próbował to robić. Jak napisałem powyżej – nieskutecznie). W wypowiedzi Kolegi zabrakło mi odniesienia się do moich definicji. To wątek poboczny. Podobnie jak i to, czy każdy zabieg mający na celu wywołanie orgazmu jest zawsze skuteczny.

TEZA 5 [MG]:
Swoją drogą, to obrazuje jak bardzo =esteśmy przesiąknięci nieswoją terminologią... czy w którejkolwiek =ncyklice występuje określenie "uprawianie seksu"? Nie. Jest to wyrażenie =ieszczące w sobie zupełnie inną koncepcję płciowości, dlatego nie jest =żywane.

POLEMIKA Z TEZĄ 5 [RP]:
Nie ma czegoś takiego, jak "nieswoja" terminologia...
Nie znam wszystkich encyklik, ale wydaje mi się, że inne określenia są chętniej używane przede wszystkim ze względu na ich większą elegancję. Równie dobrze można by je zamienić na słowa "seks" i "seksualny" i nie zmieniłoby to znaczenia. Co do zwrotu "uprawiać seks", mnie osobiście też nie za bardzo się on podoba i raczej go unikam, ale akurat moja polemika nie dotyczyła tego konkretnie zwrotu, wszak nie używał go Kolega na blogu.
Proszę sobie jeszcze obejrzeć ten artykuł
http://www.szansaspotkania.net/index.php?pageid=8994, w którym słowo "seks" występuje kilkanaście razy, a "seksualny" znacznie więcej.

I błagam Pana - niech Pan daruje czytelnikom czytanie kolejnych tego typu bredni, niech Pan się nie zniża do poziomu posłanki Sobeckiej, która onegdaj publicznie wyznała, że "seks jest zły" i (co najważniejsze!) niech Pan nie odstrasza ludzi spoza Kościoła, mogących utwierdzić się w przekonaniu, że katolicy to ciemna masa traktująca seks jako narzędzie diabła.
------------------------------------------------
ODPARCIE POLEMIKI Z TEZĄ 5 [MG]:
- Ad pierwszy akapit: tu nie chodzi jedynie o elegancję, ale i koncepcję relacji damsko-męskich, jakie za nimi stoją. Podobnie jak w odrzuceniu języka marksizmu – które nastąpiło nie dlatego, że było brzydkie, tylko dlatego, że było efektem i obrazowało „błąd antropologiczny”, co ślicznie wyłożył Jan Paweł II w „Centessimus Annus”. Język marksistowski był nie tylko językiem chamów, ale także językiem zbyt przywiązanym do pewnej wizji świata. Podobnie z „seksem”: nie tylko jest nieelegancki, czy lekko wulgarnawy, ale wiąże się nieodłącznie z pewną koncepcją relacji męsko-damskich, co ilustruje związek, w który wchodzi ze słowem „uprawiać”.
- Ad akapit 2 – właśnie dziś rozmawiał z Kolegą ukochanym, który z Kościołem wiele wspólnego wciąż nie ma (choć coraz więcej – ten proces trwa dłuuuugo). Cóż powiedział? „Gnycha, wiem o co Ci w tym rozróżnieniu chodzi”. Śmiem zaryzykować tezę, że Czytelnik spoza Kościoła zawsze znajdzie pretekst, by trudną prawdę odrzucić, natomiast jeśli jest Czytelnikiem wysokiej próby… efekt, który Kolega ilustruje nie będzie miał miejsca. Znam wielu takich, na których ten blog najpierw tak podziałał. Wkurzeni, śledzili jednak później wpisy… i zrozumieli o co chodzi autorowi. Nie wiem, czy jeszcze czyta nas Koleżanka Imienia-której-nie-pamiętam z Krakowa, ale jest to osoba promująca seks wieloosobowy i przypadkowy, a która przysłała mi bardzo miłego, rozumnego maila.
- o strategii „Udawajmy, że jesteśmy tacy jak Świat” napiszę jeszcze w najbliższych postach, także w kontekście o. Knotza, którego twórczość znam od dawien dawna.
- sprawy płciowe często są narzędziem w rękach diabła i nie zmienią tego ani tezy Kolegi, ani moje, ani pana Bartosia, ani posłanki Sobeckiej.


TEZY KOŃCOWE:
Ukłony!
R*** P***

PS Tak sobie na końcu pomyślałem, że może chodziło Ci o zwrócenie uwagi na świętość aktu małżeńskiego i wniesienie postulatu o używanie w związku z tym bardziej podniosłego słownictwa. Ale nie powinno się w tym celu jawnie zmieniać dawno ustalonych znaczeń słów.
PPS Za umieszczenie informacji dziękuję; nadmienię tylko, że nazwa pewnej organizacji to "Soli Deo", a nie "Soli Dei" :)


POLEMIKA Z TEZAMI KOŃCOWYMI:
- Ad PS - kunka jego mać, to ja musiałem się napisać tyle, żeby mnie taki w PSie napisał, że wie o co mi chodzi? Ale poza tym… to nie ma Kolega racji, twierdząc, że zmieniam „dawno ustalone znaczenia”. Z całym szacunkiem, ale… moja babcia nie wie co to „uprawianie seksu”, wie natomiast co to znaczy, że Pan z Panią „współżyją” a co oznacza, to że „wziął chłop babę pod siebie”. Ot i tyle.
- Ad PPS – literówka! „i” jest na klawiaturze obok „o”. Poza tym – kończę temat, nie mam więcej czasu na zajmowanie Czytelników tego typu rozważaniami.

a rok temu
http://maciejgnyszka.blogspot.com/2007/11/3-xi-2007-sobota-przed-niedziel.html


myśl na dziś
Idź naprzód, radośnie, z wysiłkiem, nawet będąc taką małością, niemal że niczym! – Kiedy będziesz wraz z Nim, nikt na świecie cię nie zatrzyma. Prócz tego pomyśl, że wszystko jest dobre dla tych, którzy kochają Boga: na tej ziemi wszystko można naprawić, prócz śmierci: a dla nas śmierć jest Życiem.
św. Josemaria Escriva, Kuźnia, nr 1001

czwartek, 30 października 2008

[30 X 2008] czy małżeństwo niszczy seks - polemiki

promocyje, promocyje
uwaga, kończy się promocja w Złotych Myślach, w której można zakupić drukowane wersje niektórych książek tego wydawnictwa nawet za 30% ceny! Jej bannerek wisi powyżej, zwracam uwagę - promocyjne zamówienia można robić tylko do jutra. Jest jeszcze 36 godzin.

polemiki czas zacząć
coś się dziwiłem, że wczorajszy tekściorek skrótowy nie wywołał polemik. Ale, ale... rano okazało się, że jednak jest odzew. Publikuję maila wraz z odpowiedzią, która zresztą wyjaśni, co szczegółowo miałem na myśli. Dziękuję także za dzisiejszy komentarz pod postem.
Treść maila niestety usiana jest znakiem "=", który powstawiał komputer nie wiem z jakiej przyczyny, przekształcając tekst.
polemika
PS Oczywiście bez krytyki obejść =ię nie może. Co za bzdury Pan wypisujesz na blogu - seks jest grzechem śmiertelnym??? =AFyczę Panu, żeby żaden dziennikarz nie trafił na Pańskiego bloga. Tego =awet macierewiczowskim skrótem myślowym nazwać nie można. Mówisz o =óżnicy między seksem a współżyciem w "swojej" terminologii. Ale po pierwsze, nic =ię nie uprawnia do tworzenia jakiejś własnej terminologii dotyczącej =łów powszechnie znanych w języku polskim, a po drugie, nawet tej "swojej" terminologii =ie określiłeś, tzn. nie podałeś "swoich" definicji seksu i =spółżycia, tak żeby można się było do nich odnieść w sposób merytoryczny. Po =rzecie: Seks jest grzechem śmiertelnym??? (Drżyjcie wszyscy muzułmanie, żydzi i =nni niekatolicy, którzy nie wzięliście ślubu katolickiego!). To już ewidentna =ieprawda. Przede wszystkim, seks w sensie ogólnym nie może być w ogóle pojmowany = kategoriach grzechu, to byłby jakiś nonsens prowadzący do choroby psychicznej =mówię tu o seksie definiowanym wg słownika języka polskiego)! Ponadto, o pewnych czynach związanych z etyką seksualną można =ówić jedynie jako o tzw. materii ciężkiej, a nie grzechu śmiertelnym sensu stricto. Zatem to sam człowiek w swoim sumieniu rozstrzyga o =adze grzechu, z pomocą Boga i ewentualnie spowiednika. Po czwarte: seks = =spółżycie wg właściwej terminologii, zaś współżycie małżeńskie =czyli, jak to nazwałeś, czynności sakramentalne) stanowi zbiór zawarty w zbiorze czynności =eksualnych. Nie można mówić o tych dwóch zbiorach jak o zbiorach =ozłącznych. Informuję Pana, że małżonkowie, współżyjąc, uprawiają seks - a =ięc twierdzenie, że seks jest grzechem śmiertelnym, jest po prostu absurdalne i =roteskowe.
Oj, Panie Gnyszka, znów Pan =arozrabiałeś! A takich "kwiatków" na blogu jest pewnie znacznie więcej...
--------------------
odpowiedź:
Co do krytyki. Specjalnie nie podałech swoich definicji, by jakiegoś wilka z lasu wywołać :) Ale - albo Lud Boży ma swój sensus fidei i wie o co kaman i nie szuka dziury w całym, jak Herr P*****, albo mu się nie chce skomentować :) Otóż, sprawa jest prosta jako i drut - czy widzi Kolega różnicę między katolicką koncepcją wykoywania czynności-prowadzących-do-orgazmu, a niekatolicką, ale wyrosłą w katolickim obszarze kulturowym (na razie nie zajmujmy się ludźmi, którzy Ewangelii nie słyszeli). Ano wyraża się ona w codziennym języku właśnie terminologicznie - rozpasana dziewoja "uprawia seks" ze swoim chłopakiem, albo ze znajomym z klubu - nigdy nie użyłaby słowa "współżyje". Natomiast pobożna dama i pobożny mąż ze sobą współżyją, a określenie "uprawianie seksu" kojarzy im się z amerykańskim filmem, grubiańskimi kolegami z pracy i pornosami. To pierwsze określenie słusznie kładzie nacisk na sportowy charakter tej koncepcji.
W związku z tem - "moja terminologia" jest tak naprawdę zdaniem sprawy ze zwyczaju językowego, który być może nie wszyscy zauważyli.
W tym znaczeniu "uprawianie seksu" jest przeciwieństwem współżycia, czyli cudzołóstwem. Jeśli cudzołóstwem, to i grzechem śmiertelnym. Jednym słowem - jeśli małżonkowie katoliccy wykonują te same czynności, co chłopak z dziewczyną w pokoju obok, którzy nawet nie mają do tego prawa (a którzy naukę Kościoła znają i ją odrzucają) - to ci pierwsi "współżyją", a drudzy się po prostu grzmocą, czyli "uprawiają seks".
Ma już tera Kolega zarówno klasyczną, jak i nieklasyczną powyżej :)
Jednym słowem - inaczej rozumiemy oba pojęcia i przypisujemy im inne zakresy, co zdarzyć się nie powinno, bo w tekście wyraźnie mówię, że chodzi o "moją terminologię" i podaję kontekst, w których wedle niej użyłbym obu wyrażeń. A Kolega konsekwentnie to olewa, przyjmuje jakieś swoje znaczenie "uprawiania seksu" jako "czynności prowadzących do orgazmu" i dziwi się, że w takim rozumieniu mój tekst nie ma sensu, więc jestem głupolem. Powinien Kolega najpierw zwrócić uwagę na kontekst, który podałem, a więc przyjąć za dobrą monetę to, co mówię o grzechu śmiertelnym i z tej definicji nieklasycznej, dojść do klasycznej formy definicji "uprawiania seksu" którą posłużyłem się w podanym kontekście.

Swoją drogą, to obrazuje jak bardzo jesteśmy przesiąknięci nieswoją terminologią... czy w którejkolwiek encyklice występuje określenie "uprawianie seksu"? Nie. Jest to wyrażenie mieszczące w sobie zupełnie inną koncepcję płciowości, dlatego nie jest używane.
Teologia Polityczna
przy okazji wspominam o spektaklach organizowanych przez Soli Dei i Teologię Polityczną - co drugi wtorek o godz. 20:30 w auli Starego BUW-u w ramach Sceny Faktu. O najbliższym, Norymberdze przeczytać można tutaj: http://www.solideo.pl/sd/index.php?ms1=pr=jekty&gr_id=3&ps_id=232&lang=pl

a rok temu
http://maciejgnyszka.blogspot.com/2007/10/30-x-2007-wtorek-idzie-nocka-wieczr-ju.html

myśl na dziś
Oto jest klucz, który otwiera bramę Królestwa Niebieskiego: qui facit voluntatem Patris mei qui in coelis est, ipse intrabit in regnum coelorum — kto spełnia wolę mojego Ojca... ten wejdzie!
św. Josemaria Escriva, Droga, nr 754


ciekawostki:

Pierwsze w Polsce profesjonalne szkolenie giełdowe!
Aktualny PageRank strony maciejgnyszka.blogspot.com dostarcza: Google-Pagerank.pl - Pozycjonowanie + SEO