Pokazywanie postów oznaczonych etykietą żydzi. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą żydzi. Pokaż wszystkie posty

sobota, 18 lipca 2009

[18 VII 2009] ks. Chrostowski robi prawdziwą rozwałkę...

dziękuję!

czas najwyższy wziąć się za dziękowanie! Otóż, nie tylko po raz kolejny przyszła wpłata od p. Tomka (kolejne 15 zł, jak co miesiąc!), ale i jeden z Czytelników odpowiedział na moje malutkie okołourodzinowe marzenie! Otóż, dostałem właśnie mailem link do e-booka Kamila Cebulskiego, którego już sobie wydrukowałem i odłożyłem na półkę, z której niedługo go wezmę w celach lekturowych! Darczyńcą okazał się legendarny już - choć nie tak jak np. Krzysztof Jarzyna ze Szczecina - komentator Gnyszkobloga, czyli Atanazy Bazakbal. W ten oto sposób książka, którą chcę krytycznie przeczytać (bo i do Autora mam nieco krytyczny stosunek), trafiła w moje ręce. Pobieżna lektura i rzut oka na spis treści natchnęły mnie jednak dobrym przeczuciem.


ks. prof. Chrostowski
skończyłem właśnie zapowiedzianą w Wakacyjnym Planie Czytelniczym 2009 lekturę wywiadu-rzeki z ks. Chrostowskim, pt. Kościół Żydzi Polska. Muszę przyznać, że jestem po prostu porażony rozległością wiedzy stricte biblistycznej, religioznawczej, jak i historycznej ks. prof. Chrostowskiego! Na tym nie koniec! Rozmówca Górnego i Tichego zachwyca także swoją postawą moralną, szczerością, prostotą. Myśląc o postawie moralnej, myślę tu o tym, co mój kolega określił jako "nopasaranizm" (od hiszp. no pasaran!), a co przypisał mnie po wysłuchaniu audycji z moim udziałem w Radiu Józef. Postawa ta polega na odważnym trwaniu na swojej pozycji w sytuacji, w której odstąpienie od niej oznacza zgodę na zło. Brak ugięcia w sytuacji, w któej kompromis byłby zdradą najważniejszych spraw. Nie mam najmniejszej wątpliwości, że przy ks. Chrostowskim jestem małą popierdółką, a cechę tę uosabia właśnie on! Szczególnie mocny jest fragment między 421 a 425 stroną, kiedy to ks. Chrostowski wymienia ciurkiem pytania historyczne, na które należałoby odpowiedzieć chcąc zająć się poważnie analizą Holocaustu. Mimo, że było gorąco gdy to czytałem, było mi o wiele cieplej, niż powinno. Takich pytań przed nim tak otwarcie i odważnie nie postawił na moich oczach chyba nikt. Pytanie za pytaniem...
Powiem więcej - nikt, kto wygłasza emocjonalne tezy na temat Polaków i Żydów nie ma prawa ich wygłaszać, jeśli nie czytał właśnie Kościół Żydzi Polska! Rzekłem!
Książkę zaś będę promował do upadłego - znalazła już sobie miejsce na pasku u góry, a trafi jeszcze do wielu osób jako prezent. Ponad 600 stron czyta się ciurkiem bez znużenia.

doświadczeni...
tak sobie myślałem swego czasu przy okazji kampanii do europarlamentu, kiedy to różne maszkarony z partii rządzącej oraz eseldowa pitoliły o potrzebie głosowania na doświadczonych polityków (tak, tak... Siwiec, Rosati...)..., że gdyby kierować się tą zasadą, należałoby głosować w 89 roku na komunistów, a po wojnie na kluczowych stanowiskach w RFN obsadzić niedobitki elity III Rzeszy. Sprawniejszych w polityce niż oni w owym czasie nie było - mieli wszak na nią monopol. Nie lubię demagogii.

ks. Delassus
jednym z najpiękniejszych fragmentów ksiązki ks. Delassusa o Duchu rodzinnym... (a jest ich wiele, bo dziełko jest wspaniałym okazem porządnej XIX-wiecznej francuskiej literatury religijnej) był ten, który poniżej zacytuję. Książką jestem urzeczony do dziś i w oparciu o nią będę z Oleńką budował własną rodzinę. Polecam pójście w te ślady innym.

Na jednej z konferencji wygłoszonej w Oratorium biskup Isoard trafnie powiedział: "Życie człowieka jest jedno, lecz jeśli je przeanalizujemy, odkryjemy w nim trzy elementy: różne siły z trzech odmiennych epok. Ten człowiek już żył w innych istnieniach. Ma on poczucie życia w swoim dziadku i pradziadku. Znajduje w sobie to, o czym oni myśleli. Życie przodków jest początkiem jego życia i stanowi pierwszą epokę. W drugiej, która jest obecnie, życie osobiste jest jak rozkwit tej pierwszej. Kontynuuję dzieło mojego pradziadka i dodaję moją myśl do jego myśli; robię to, co on zamierzał zrobić i w ten sposób, pod pewnym względem, przedłużam jego działanie na tym świecie. Och! Długo żyć będę na ziemi, na której przeżyłem już tyle lat dzieciństwa w moich przodkach, młodości w moim ojcu i wieku dojrzałego w mojej własnej egzystencji! Trzecia epoka życia jest tą, którą kocha i na którą spogląda nieustannie. Żyć będzie w synu, we wnuku i w prawnuku. Jego pradziad dostrzegał go z daleka, wśród mgieł, gdy pracował, robił oszczędności i zachowywał tradycje. Z drugiej zaś strony, on teraz patrzy w tym samym kierunku, do przodu: myśli, zamierza i buduje dla prawnuka, dla tych, którzy są jeszcze gdzieś daleko, na linii horyzontu. W ten sposób człowiek żyjący w czasie, w którym panuje duch tradycji, jest ogniwem pośrodku wielu pokoleń. Żyje w każdym z nich. Czuje, że on już przygotowywał swoje życie w tych istnieniach, które go poprzedziły oraz że będzie żyć przez długi czas w tych, które przyjdą po nim"
Ze szczególnym naciskiem na pogrubione zdanie...

a rok temu
http://maciejgnyszka.blogspot.com/2008/07/18-vii-2008-pitek-b-szymona-z-lipnicy.html

myśl na dziś
Wola nasza, jeśli towarzyszy jej łaska, staje się wszechmocna wobec Boga. — Tak więc, jeśli pamiętając o niezliczonych obelgach, zadawanych Panu, powiemy Jezusowi, ze zdecydowaną wolą, na przykład podczas jazdy tramwajem: „Boże mój, pragnąłbym poczynić tyle aktów miłości i zadośćuczynienia, ile obrotów poczyni każde koło tego wozu” — to właśnie, w tej samej chwili rzeczywiście dokonaliśmy aktu miłości i zadośćuczynienia wobec Jezusa, tak jak to było naszym zamiarem. Ta „głupota” mieści się całkowicie w ramach duchowego dziecięctwa. To wieczysty dialog między niewinnym dzieckiem i ojcem, rozkochanym w nim do szaleństwa: — Powiedz, jak bardzo mnie kochasz? I malec zaczyna sylabizować: Wie-le mi-lion-nów ra-zy!
św. Josemaria Escriva, Droga, nr 897



niedziela, 12 lipca 2009

niedzielny komunikat Gnyszkobloga!

annutnio vobis...

gaudium magnum, jak zwykle! Od wieczora 8 lipca jestem wujkiem Antoninki! Tosia jest przemiłą obiecującą młodą damą, która nawet nie płakała, gdy pobierano jej z pięty krew do badań, a potem tylko spokojnie zerkała na wujaszka lekko załzawionym oczkiem, które jeszcze tyle w życiu zobaczy, łącznie z pogrzebem samego wujaszka... Sto lat dla Tosi, dla Jej Rodziców, a urodziny będziemy obchodzic dzień po dniu!


rozjazdy
nie dośc, że pangrzyzga ostatniego posta napisał w swoje urodziny, to jeszcze dopiero teraz informuje o szczęśliwych urodzinach Siostrzenicy! Jest to usprawiedliwione, drodzy Czytelnicy, bo najpierw pełniłem strategiczne funkcje w trakcie porodu Siostry, potem musiałem połączyc kilka rzeczy w ciągu jednego dnia, by zdążyc przyjechac przed weekendem do Oleńki, a następnego dnia odbyc wspólnie podróż do Poznania, gdzie odbyła się impreza wszechczasów, w trakcie której otrzymałem w urodzinowym prezencie podkładko-poduszkę pod laptopa, której właśnie używam! Impreza przednia, wiwat Poznaniacy! Wielkopolskie podpoznańskie miasteczka też urocze. Wróciliśmy z Oleńką wczoraj i możemy poprowadzic bardziej osiadły tryb życia, połączony z blogowaniem...

plan czytelniczy
opisałem go w ostatnich postach i przystąpiłem do realizacji. Czytam właśnie Kościół Żydzi Polska - wywiad rzekę z ks. Chrostowskim... i muszę powiedziec, że jestem wbity w ziemię, a książkę którą polecałem w części światopoglądowej polecam ze zdwojoną siłą! Książki po prostu nie można nie przeczytac!

plany pisarskie
od jutra także przewiduję pracę nad zaległymi tematami blogowymi - mam ich całą stronę w wordzie w odpowiednim folderze na laptopie. Wreszcie, jako inżynier i wujek, mogę się za to zabrac!

a rok temu
http://maciejgnyszka.blogspot.com/2008/07/12-vii-2008-sobota-dzie-maryjny-w.html

myśl na dziś
Zawsze rozumiałem modlitwę chrześcijanina jako miłosną rozmowę z Jezusem, której nie należy przerywać nawet w chwilach, kiedy fizycznie jesteśmy oddaleni od Tabernakulum gdyż całe nasze życie jest pieśnią utkaną ze zwrotek miłości ludzkiej zwróconej ku Bogu... a kochać możemy zawsze i wszędzie.
św. Josemaria Escriva, Kuźnia, nr435



sobota, 4 lipca 2009

Wakacyjny Plan Czytelniczy 2009 - cz. 3 "Światopogląd"

poprzednie części: Cz. 1 - Rozwój profesjonalny, Cz. 2 - Rozwój duchowy.

3. Światopogląd

Ta sfera także należy do działki rozumu. Dlaczego należy ją rozwijać? Z dwóch powodów – by wiedzieć w którym kierunku rzeczywistość kształtować (oraz jak to robić!), a także przeciwko czemu oponować... i w jaki sposób to robić! Rodzaj ładu społecznego nie jest bowiem obojętny – mamy obowiązek go tworzyć!


3.1. Kościół, Żydzi, Polska

Tę książkę dostałem w prezencie zaraz po jej wydaniu. Nie miałem niestety czasu na dłuższe z nią spotkanie, niż godzinkę w tramwaju... ale muszę przyznać, że rozstanie było trudne. Wywiad-rzeka z weteranem dialogu z Żydami jest rzeczywiście hitem. Jest na to kilka dowodów – wysoki poziom sprzedaży, a więc sygnał rynkowy, oraz tezy w niej zawarte. Otóż, okazuje się, że po kilkunastu latach zaangażowania w dialog z Żydami, ks. Chrostowski doszedł do wniosku, iż... jest on jałowy! Wywiad naprawdę niesamowity, książka-cegła powyżej 600 stron, którą niektórzy przeczytali w dwa wieczory. Wydaje się, że jeszcze lepsza, niż pierwsza część wywiadu, której nie mam, czyli Bóg, Biblia, Mesjasz.


3.2. Demon południa

Zamówiłem sobie dość dawno temu w którejś z księgarni wysyłkowych. Demon południa, to zbiór artykułów Grzegorza Górnego, współzałożyciela FRONDY. Chociaż część esejów znam z kwartalnika (np. świetny esej o upadłym micie Margaret Mead), ostrzę sobie zęby na resztę. Refleksyjne, mocne pióro Górnego (którego zresztą od pewnego czasu znam osobiście, co stanowi dodatkowy bodziec do lektury) to – jeśli nie ewenement – to przynajmniej ciekawostka.


3.3. Widzę moje dziecko we śnie

Słynną książkę Karin Struck kupiłem w momencie jej wydania (trzy lata temu!), pożyczyłem później Oleńce, a potem koledze, który zwrócił mi ją dopiero w ostatnim tygodniu. Wszyscy czytelnicy mojego egzemplarza są porażeni treścią. Sława tej książki wynika nie tylko z tematyki (syndrom postaborcyjny), jak i z doświadczeń autorki, której życie po kilku aborcjach, latach działalności jako wywrotowej pisarki (w czym przypomina autorkę wydanej ostatnio książki pt. Byłam feministką)... wywróciło się o 180 stopni! Struck wydała Widzę moje dziecko..., gdzie sprzeciwia się feministycznym frazesom, opowiada o swoim poaborcyjnym dramacie – wówczas szybko spadła z pieca na łeb. Media się od niej odwróciły, znalazła się na marginesie. Przypadek niezwykle ciekawy i wart uwagi (podobnie jak i sprawa Agaty, w której i niżej podpisany brał udział) – w końcu, po trzech latach od kupna, w te wakacje wracam do tej ksiązki.


3.4. O rozwoju doktryny chrześcijańskiej

Na koniec książka kard. Newman'a, którą swego czasu przeczytałem jednym tchem. Koronkowa robota historyczno-teoretyczna najtęższej głowy Wspólnoty Anglikańskiej końca XIX w., która to głowa przeszła na katolicyzm... i ostatecznie została kardynałem! Autor kreśli świetną, ortodoksyjną koncepcję poprawnego rozwoju doktryny chrześcijańskiej. Na tyle ortodoksyjną i doskonałą... że pod wpływem własnej pracy nad O rozwoju... Newman zostaje katolikiem! Nie znam drugiego przypadku tak spektakularnego nawrócenia pod wpływem myślenia otwartego na Ducha Świętego.

Książkę polecam każdemu, kto uważa, że ma cokolwiek do powiedzenia na temat Kościoła Katolickiego. Poważnie twierdzę, że nie można tego nie przeczytać, a niech usłyszą to przede wszystkim ci czytelnicy mojego bloga, którzy naprzykrzają się w komentarzach z miałkimi tezami rodem z racjonalisty.pl i „Bez dogmatu”. Wybaczcie Panowie, ale mleko macie pod nosem, więc może spróbujcie choć część z Newmana przeczytać, a przestaniecie objawiać światu swoją niekompetencję.

Uwaga, uwaga...!

Niewykluczone, że ta część Wakacyjnego Planu Czytelniczego zostanie w najbliższych dniach uzupełniona o kilka pozycji – czekam na ich debiut w księgarni.





niedziela, 22 marca 2009

Michał Cichy o "cynglach"

Cezary Michalski: Nie trafił pan do "Gazety Wyborczej" ze środowisk postkomunistycznych czy lewicowych, żeby krzewić historyczny kompromis w obronie własnych interesów biograficznych czy fascynacji ideowych.
Michał Cichy*: Oczywiście, że nie. To w ogóle nie był klucz naboru do "Wyborczej". Wręcz przeciwnie - takimi kluczami były "Tygodnik Mazowsze", opozycja... A moje życiowe zaangażowanie zaczęło się od tego, że w roku 1981 jako 14-latek dostałem się do liceum im. Rejtana, gdzie zaraz zapisałem się do słynnej warszawskiej drużyny harcerzy, Czarnej Jedynki. Udzielali się w niej kiedyś bracia Kijowscy, Antoni Macierewicz, Piotr Naimski czy Ludwik Dorn. Z Dornem byłem nawet kiedyś na obozie harcerskim. Podczas tego obozu okazało się, że konserwy wypełnione rzekomo sardynkami dla harcerzy zawierały tak naprawdę miniaturowe wydanie pisma trockistowskiej Międzynarodówki. Nigdy nie zapomnę tego uczucia zawodu, jakie głodny harcerz odczuwa na widok pisma Międzynarodówki trockistów. Dodatkowo moim nauczycielem polskiego był Ireneusz Gugulski, słynny "Gugul". 13 grudnia został internowany i od tego się zaczęło. Wcześniej w domu była "Wolna Europa" i jakieś numery "Zapisu". Moja rodzina miała kontakty z opozycją, ale polegały one wyłącznie na tym, że byliśmy odbiorcą niektórych, bardziej elitarnych pism podziemnych. Może nie tyle podziemnych, co nieoficjalnych, bo tak chyba należałoby klasyfikować np. "Zapis". Od tego się zawsze zaczynało. W 1981 roku wszystko było bardziej intensywne. Kiedy dostałem się do liceum, było już po Bydgoszczy i wydawało się, że zaraz dojdzie do wojny domowej. Na korytarzach sprzedawano nielegalne pisma. To był rzeczywiście karnawał.
---
Jak pan spędził lata 80.?
Trochę knując, trochę romansując z dziewczętami, za którymi ciągnęła się legenda, że pracują dla podziemia. Jeszcze w latach 80. współpracowałem ze środowiskiem Macierewiczowskiego "Głosu". A także z "Przeglądem Katolickim", gdzie poznałem m.in. Leona Bójkę, którego później spotkałem w "Gazecie Wyborczej". Fascynowałem się ucieczką Narożniaka, ukrywaniem się Bujaka, wszystkim, co miało w opozycji taki bardziej wojskowy charakter. Choć jednocześnie fascynowała mnie także druga część tradycji KOR-owskiej, ta związana z nazwiskami Jacka Kuronia i Adama Michnika.
---
Chodził pan na manifestacje?
Oczywiście. 3 maja 1982 roku zamiast na lekcje angielskiego do hrabiny Zofii Dembińskiej poszedłem pobawić się z milicją w ganianego. Swoją torbę z książkami zostawiłem w oknie mieszkania na parterze przy ulicy Mostowej na Nowym Mieście. Pamiętam jak pani, u której zostawiłem tę torbę, zapytała mnie przerażonym głosem: "Synku, ale nie ma tu granatów?". Z jednej strony podobało mi się to, że jest zadyma, a ja jestem taki odważny. Natomiast skandowanie "Gestapo! Gestapo!" wydawało mi się nie na miejscu. Naprzeciwko nas stali chłopcy z poboru w naszym wieku. Ja stałem na placu Zamkowym, gdzie wjechała armatka wodna polewająca nas lekko barwioną wodą, żeby można było później rozpoznawać manifestantów. Pałowania tam jednak nie było, był tylko gaz. W pewnym momencie, kiedy uciekaliśmy przed tym gazem, trafiłem na Rynek Starego Miasta i zobaczyłem oblężenie komisariatu na Jezuickiej, w którym rok później zabito Przemyka. Kiedy ci milicjanci znaleźli się pod dużym naciskiem i nie mieli odsieczy, zaczęli strzelać na wprost czerwonymi i zielonymi racami. Odbijały się one od bruku i koziołkowały w nieprzewidywalnych kierunkach. Wtedy zdałem sobie sprawę, że można tam zginąć. Doszedłem do wniosku, że tego typu manifestacje nie są dla mnie.
---
Mijają kolejne lata, zadymy się kończą, trzeba zacząć dorastać. Jaki pan ma pomysł na siebie?
Uważałem się za niedokształconego, więc postanowiłem pójść na studia, na których mnie wreszcie wszystkiego nauczą. Wybrałem historię. Mój wybór nie miał żadnego związku z planami zawodowymi. Nie zamierzałem wtedy pracować, tylko spędzić życie na walce z "czerwonym". Nie obchodziły mnie żadne perspektywy "zawodowego awansu". Na studiach szybko ściąłem się jednak z kolegami z Niezależnego Zrzeszenia Studentów. Pierwszym przedstawicielem tej organizacji, będącej wtedy jeszcze w powijakach, dopiero odbudowującej się po stanie wojennym, był niejaki Piotrek Ciompa. Bardzo miły człowiek, ale poszło o to, że zgłosiłem swoją kandydaturę na starostę roku. Tymczasem NZS postanowił, że to ich kandydat ma wygrać. Po raz pierwszy pokazano mi tam wyraźnie, że nieważne jest, kim jesteś, ale z kim trzymasz. Bardzo chętnie bym się do nich wówczas zapisał, ale nikt mnie nie zaprosił. W związku z tym Ciompa wygrał.
---
I dlatego NZS panu podpadł?
Nie dlatego. Zawsze i wszędzie przynależność natury ekskluzywnej, a zwłaszcza tajnej, źle się kończy. Takie organizacje są dobre na czas wielkiego kryzysu, ostrej walki, ale w warunkach wolnościowych przekształcają się w koterie, powodując zidiocenie swoich członków. Nie dopuszczają głosów z zewnątrz i trzymają się tylko coraz bardziej kurczowo swojej ortodoksji. Zajmują się przede wszystkim pilnowaniem spójności. Taki los spotkał wszystkie tego typu środowiska, jakim się przyglądałem. Zarówno wiele środowisk prawicowych, np. pampersów, jak i środowisko "Gazety Wyborczej", które przeżyło swoją wielkość w latach 1989 - 1996, a potem był już tylko zjazd. Obecnie to, co się nazywa "Gazetą Wyborczą", jest już tylko wydmuszką. Rynek ich wycenił. I płaci dzisiaj za akcję Agory już nie ponad sto złotych, ale złotych dwanaście.
Jak pan trafił do "Wyborczej"?8 maja 1989 roku, po wyjściu z zajęć na uniwersytecie, szedłem Krakowskim Przedmieściem, próbując kupić pierwszy numer "Gazety Wyborczej", ale wszędzie była już wykupiona. Szedłem w stronę domu na Sobieskiego i kiedy byłem już na Belwederskiej, pomyślałem, że z tego miejsca do siedziby tej mitycznej redakcji na ulicy Iwickiej jest bardzo niedaleko. Wszedłem do budynku redakcji, otoczył mnie niesamowity rejwach i atmosfera gorączkowego podniecenia. Bardzo mi się to spodobało. Poszedłem do sekretariatu, gdzie spotkałem panią Małgosię Wołyńską i panią Zosię Floriańczyk, i zapytałem, czy mógłbym gdzieś dostać pierwszy numer gazety. Nagle jak spod ziemi wyrósł jakiś malutki, rudy, brodaty człowiek. Popatrzył na mnie z dołu bezczelnym wzrokiem i powiedział: "Nie mamy żadnego egzemplarza". Wówczas, nie wiadomo czym podkuszony, zapytałem: "Mam w takim razie drugie pytanie - może wam w czymś pomóc?", na co ten człowiek odpowiedział: "Trzeba było zacząć od pytania nr 2". Był to Grzegorz Lindenberg, pierwszy szef wydawnictwa "Gazety Wyborczej", później wyrzucony stamtąd po konflikcie z Heleną Łuczywo, twórca "Super Expressu", pierwszego polskiego tabloidu, który odniósł sukces bez kopiowania obcych wzorów. Lindenberg przyjął mnie w charakterze pomocy redakcyjnej. Moje pierwsze zadanie polegało na kupieniu dwóch kwiatów doniczkowych do sekretariatu. Drugie zlecenie polegało na zawiezieniu listu do PAP, a trzecie - na zawiezieniu artykułu do cenzury. Potem spotkałem na korytarzu Leona Bójkę. Kiedy Bójko zorientował się, że posługuję się dość płynnie pięcioma obcymi językami, zostałem przyjęty do działu zagranicznego do zdzierania teleksów z maszyn i sortowania ich według języka. Dziennikarze działu zagranicznego zbierali te kupki i pisali na ich podstawie notki. Z biegiem czasu zacząłem je pisać sam. Potem zacząłem je redagować i szybko zostałem redaktorem prowadzącym w dziale zagranicznym. Po kilku miesiącach zostałem wchłonięty przez sekretariat redakcji i prowadziłem już całe numery. W tamtych czasach nie ograniczało się to do opieki nad pierwszą stroną. Było to faktyczne redagowanie numeru od kolumny pierwszej, przez wszystkie wewnętrzne, aż do kolumny sportu na stronie 16 czy 24 - nie pamiętam, ile stron miała wówczas "Gazeta". Do tego dochodziły nocne wycieczki do Domu Słowa Polskiego na Miedzianą 10, gdzie nadzorowaliśmy metrampaży i zecerów, którzy składali to w ołowiu i drukowali. Początki mojej kariery były błyskawiczne.
---
Kiedy poznaje pan Michnika i zaczyna pisać teksty ważne dla linii redakcyjnej "Gazety"?
Adama poznałem stosunkowo późno. Oczywiście obserwowałem go na kolegiach. Na początku zachwyciłem się jednak Heleną Łuczywo. Pierwszy raz zetknąłem się z nią po 2 - 3 dniach od rozpoczęcia pracy. Wówczas redakcja mieściła się w sławnym żłobku na Iwickiej, który miał strukturę amfilady. Najbardziej cenione były więc te dwa krańcowe pokoje, które w amfiladzie nie były. Można się tam było zebrać wokół dużego stołu i knuć w pewnej izolacji. W jednym z tych pokojów był sekretariat redakcji, a w drugim archiwum. Większość najważniejszych kolegiów na pierwszym etapie istnienia "Gazety" odbywała się w archiwum. Mnie tam strasznie ciągnęło. Pewnego dnia drzwi do pokoju były uchylone. Wetknąłem głowę i nagle koło mnie pojawiła się jakaś kobieta, której nigdy wcześniej nie widziałem i która powiedziała krótko "Nie wchodź tu". Tak po raz pierwszy spotkałem Helenę Łuczywo i od razu poczułem, że jest to ktoś wielki, od kogo nauczę się wszystkiego. Adam Michnik nigdy nie był redaktorem naczelnym "Gazety". Należy to wydrukować wersalikami. On był ideologiem "Gazety", jednak jego wpływ zarówno na pracę redakcji, jak i na kształt gazety ograniczał się wyłącznie do stron publicystycznych, do komentarzy i działu politycznego. Całością "Gazety" zawsze zarządzała Helena.
---
Zaczyna się wojna na górze i "Gazeta Wyborcza" staje po jednej ze stron, mimo że powstała jako pismo całej "Solidarności".
To był nasz wybór. Oczywiście ludzie, którzy się z tym wyborem wtedy nie zgadzali, prędzej czy później z redakcji odchodzili. Moim zdaniem zupełnie niepotrzebnie. Przyjaźniłem się z Krzysztofem Leskim, który był dla mnie wspaniałym autorytetem przede wszystkim jako pistolet z czasów podziemnego "Tygodnika Mazowsze" (po drugie wiedziałem, że jest synem legendarnego generała Kazimierza Leskiego, który jako generał Hallman przejechał całą okupowaną Europę i zrobił inspekcję wału atlantyckiego dla AK). Miałem dla Krzyśka wielki szacunek i bardzo żałowałem, że poróżnił się z Michnikiem i Heleną w sprawie wojny na górze. Uważałem i nadal uważam, że lepiej byłoby dla niego pozostać w "Gazecie" i wpływać na nią swoim pisaniem od środka, niż urządzać jakąś demonstrację, której nikt nie zauważył. Leski był jednym z reporterów numer jeden w "Gazecie". Teraz ma jakieś programy w TVP Info, ale, prawdę mówiąc, mało kto wie, że taki reporter istnieje.
---
To jest argument siły. W rodzaju słynnego dzieła "Nim będzie zapomniany".
Nie zgadzam się. Obozy warowne tworzyły się wtedy po obu stronach. Trzeba było zrobić tak, jak zrobił Wojtek Załuska, który miał poglądy podobne jak Krzysiek i został w "Gazecie Wyborczej" aż do ostatniej rzezi, czyli zwolnień grupowych w 2009 roku. Dzięki temu, że nadal pisał teksty w dziale politycznym (który od końca lat 90. był zdominowany przez sztampę intelektualną najgorszego rodzaju) można tam było przeczytać coś, co znamionowało ślady samodzielnego myślenia. Uważałem i uważam, że wolność i demokracja zasadniczo zmieniają reguły gry. Wolność słowa zobowiązuje nas do rozmawiania z każdym. Zgadzałem się z Michnikiem zarówno co do konieczności historycznego kompromisu, jak i co do lustracji. Ale w jednej sprawie Michnik myślał inaczej. Uważał, że ktoś, kto go "nikczemnie atakuje" - słowo "nikczemnie" było używane często - nie zasługuje na podanie ręki i rozmowę.
---
Wojna na górze jednak się zaostrza i obozy warowne powstają przez całe lata 90.
Młoda prawica - także pańskie ówczesne środowisko - uważaliście "Gazetą Wyborczą" za taki obóz warowny, więc wystawialiście naprzeciwko niej własne obozy. Na przykład telewizję Walendziaka. Napisałem kiedyś tekst o środowisku pampersów, ale nie został puszczony do druku jako nazbyt koncyliacyjny. Do napisania tego tekstu w wersji, która już została w "Gazecie" opublikowana, wyznaczono więc "cyngla" Michnika, czyli Pawła Smoleńskiego, który zawsze potrafił w lot odgadnąć, jaki tekst ma napisać, by podobał się szefowi. Drugim z tych "cyngli" jest Agnieszka Kublik, która dysponuje podobną zdolnością jak Smoleński. Paradoks sposobu redagowania "Gazety" przez Michnika polegał na tym, że ludzie atakujący nas uważali, że Michnik wydaje swoim "cynglom" określone polecenia. Nawet pan, gdy pisał swój artykuł "Zniewolony umysł III RP", napisał, że "Alfa otrzymał od redaktora polecenie napisania artykułu o Żydach mordowanych przez żołnierzy AK podczas Powstania Warszawskiego". Nikt mi nigdy nie wydał żadnego polecenia, bym napisał jakiś tekst.
---
Ale dla nas, na zewnątrz, naprawdę nie było istotne, czy Smoleński pisze swoje teksty, żeby się Naczelnemu przypodobać, czy dlatego, że Naczelny mu kazał. Krążyła anegdota, że po pierwszym tekście Smoleńskiego na temat motłochu popierającego Wałęsę Michnik podziękował mu wielkim bukietem róż wręczonym w obecności reszty redakcji.
Adam zawsze jest czarujący wobec ludzi, których lubi, i pełen agresji wobec tych, na których się zawiódł. Jest postacią dwuwymiarową. Podkreślanie tylko jego demonicznej strony i pomniejszanie go przez takich jego adwersarzy jak Rafał Ziemkiewicz czy Piotr Semka jest dla niego krzywdzące i źle świadczy o nich.
---
Wie pan, że "miłość" czy "uwodzenie" Michnika może się komuś nie podobać jeszcze bardziej, niż jego ataki wrogości.
Ale cóż poradzić na to, że Michnik jest uwodzicielem. Zawsze lubił uwodzić kobiety i intelektualistów. W obu wypadkach był bardzo skuteczny, chyba nawet bardziej skuteczny niż Don Giovanni. Bardzo lubił także używać ludzi. Mówiło się o nim często "manipulator". Owszem, manipulowanie nie jest specjalnie przyjemną cechą charakteru, ale ta historia ma dwie strony. Do tego, żeby kogoś uwieść, potrzeba jego zgody. Michnik niesłychanie twardo testował odporność duchową i psychiczną wszystkich polskich inteligentów, którzy dusze mają miękkie jak kisiel. Kto najbardziej nienawidził Michnika? Porzucone przez niego kochanki płci męskiej: Herbert, Burek, Rymkiewicz...
---
Wróćmy jednak do pana drogi w "Gazecie". Czy pana Michnik uwodzi?
Imponuje mi, a potem przyjaźnimy się ze sobą. Ale w "Gazecie Wyborczej" miałem zupełnie innego mistrza, płci żeńskiej, czyli Helenę Łuczywo. Dla mnie Helena jest postacią rangi historycznej, nie można jej porównywać ze współczesnymi postaciami. Ze znanych mi ludzi, którzy w XX wieku żyli w Polsce, mogę ją porównać tylko do Celiny Lubetkin, która była żoną Antka Zukiermana, dowódcy ŻOB. I faktyczną dowódczynią powstania w getcie. Misja Heleny, która jest stuprocentową Żydówką, polegała zawsze na chronieniu polskich Żydów przed jakimkolwiek złym losem. To zadanie wykonała w stu procentach. Była komendantką ŻOB w latach 90. Nie można się dziwić, że ona ze swoim zapleczem kulturowym i genetycznym nie była specjalnie wrażliwa na to, że mordowano księży po 1981, czy że generał Fieldorf był ofiarą mordu sądowego, w którym brała udział sędzia Wolińska. Misją Łuczywo było ratowanie sędzi Wolińskiej i wszystkich, obojętnie jak zapisanych w historii Polaków żydowskiego pochodzenia przed jakimkolwiek nieszczęściem. Także przed naprawdę istniejącym tutaj antysemityzmem.
---
Rozumiem tę interpretację, ale nie do końca się z nią zgadzam. W Polsce jest antysemityzm, ale nie każda krytyka komunizmu, nawet w wykonaniu prawicy, miała podtekst antysemicki. I nie każdy polski Żyd miał za sobą uwikłanie w komunizm. Choć rozumiem powody, dla których Żydzi komunizm akceptowali. II RP nie była dla nich rajem, a Jedwabne jest znakiem czegoś jeszcze bardziej obrzydliwego. Ale Mieczysław Grydzewski to przecież także był Żyd, w dodatku jako redaktor "Wiadomości Literackich" był prawdziwym polskim liberałem, a później, w Londynie, był jednym z najbardziej zajadłych antykomunistów, nienawidzącym PRL i lojalnym wobec II RP. Było bardzo wielu takich Żydów. A największa emigracja Żydów z Polski to nie rok 1968, ale druga połowa lat 40., kiedy zamiast komunizmu wybierają Izrael. Doświadczenie komunistyczne to tylko jedno z doświadczeń Żydów w Polsce, a "Gazeta Wyborcza" czyniła je doświadczeniem najważniejszym, najbardziej reprezentatywnym, w związku z tym antykomuniści mogli obrywać z paragrafu antysemickiego, nawet jeśli antysemitami nigdy nie byli i nawet się reaktywnie nimi nie stali.
W zasadzie ma pan rację. Ale proszę jednocześnie pamiętać: problem polega na tym, że każdy widzi dookoła siebie tyle, ile może. Bardzo istotne jest to, kto się skąd wywodzi, jakie ma doświadczenia i czym nasiąka przy rodzinnych herbatkach i śniadaniach. Nie można mieć pretensji do Heleny Łuczywo, która była córką funkcjonariusza komunistycznej cenzury, Ferdynanda Chabera, że jej punkt odniesienia obejmował to środowisko, z którym miała do czynienia.
---
Pokolenie stanu wojennego, nawet jego prawicowa część, nie było Leszkami Bublami, więc mieliśmy prawo wtedy powiedzieć, że się w tę zabawę bawić nie chcemy i nie będziemy utożsamiać Agory ze sprawą żydowską. A problem komunistycznej przeszłości to tyleż problem żydowski co polski. Mnie etniczne kryteria wcale nie kręcą.
Ale jak pan ich nie bierze pod uwagę, to pan nic nie zrozumie. Tak się składa, że ludzie Agory byli w większości pochodzenia żydowskiego. Nie było to ani żadnym przypadkiem, ani żadnym powodem do wstydu. Ale nie można oczekiwać od ludzi z takim backgroundem, że nagle staną się piewcami Narodowych Sił Zbrojnych.
---
Ja też nie jestem piewcą Narodowych Sił Zbrojnych i nie widziałem powodu, dla którego "Wyborcza" miałaby uznawać każdego swojego polemistę czy przeciwnika za NSZ-owca. Widziałem też, jak na prawicy zaczyna się szeptanka na temat "żydokomuny" i tolerancja na tę szeptankę. I to też było złe. Nie rozumieliśmy rozmiarów traumy marcowej. O tym wszystkim należało rozmawiać, ale się nie dało.
O tym, kim się jest, decyduje środowisko, w jakim się żyje. Instynktownie przejmujesz pewne zachowania, myśli i sformułowania. Naczelnym pragnieniem każdego człowieka jest, po pierwsze unikanie problemów, a po drugie uzyskanie pochwały od stada swoich szympansów. To bardzo silny mechanizm wzbudzania pozytywnego konformizmu, bez którego umieramy.
---
Czasami zmieniamy lojalność.
Ale to wiąże się z wyklęciem z dotychczasowej grupy.
---
Czasem dzięki temu powstaje poczucie, że się jest jednostką.
Ja jestem przeciwko indywidualizacji. Uważam, że każdy z nas powinien być indywidualnie wolny, ale każdy z nas powinien mieć także świadomość swojej przynależności i tego, jaką formę to nakłada na nasze życie. Dobrze, że wspomniał pan o wydarzeniach Marca ’68. Pozwolę sobie wygłosić krótką definicję tego, co znaczy pokolenie. Pokolenie to coś takiego, co formuje się pod wpływem zwrotnego punktu w historii, w momencie kiedy mamy mniej więcej 22 lata. Michnik i Helena w marcu 1968 roku mieli dokładnie 22 lata. Byli w sytuacji rocznika Krzysztofa Kamila Baczyńskiego czy Tadeusza Różewicza w roku 1944. Nie ma się co dziwić, że powstańcy warszawscy do dziś nimi pozostają i do dziś toczą walki na barykadach. Tak samo nie można się dziwić, że Michnik ciągle mentalnie jest w marcu 1968 roku. Zdziwiłbym się, gdyby on był w stanie się od tego uwolnić. Trauma, której wtedy doznał, nie polegała na tym, że państwo komunistyczne wzięło się za komandosów. Polegała na tym, że państwo komunistyczne za pośrednictwem Mieczysława Moczara sięgnęło po kombatantów Armii Krajowej i zyskało sobie wśród nich autentyczne poparcie na glebie antysemityzmu. To jest przerażenie, które Michnika po dziś dzień nie opuściło.
---
Uderzenie przez "Gazetę Wyborczą" w powstanie jako pogrom na Żydach było więc reakcją na…
...na Moczara, to ciągle jest walka z Moczarem. AK-owcy, kombatanci ze zgrupowania "Radosław", poszli wówczas za Moczarem. Więc za to dostali. Istnieje prawda faktów i prawda faktów jest taka, że wszyscy Żydzi zastrzeleni przez ludzi z opaskami AK i NSZ, o których pisałem, rzeczywiście zostali zastrzeleni. Jest także prawda duchowa i symboliczna, która jest następująca: nie należało tego tekstu publikować w 1994 roku w "Gazecie Wyborczej". Na 50. rocznicę wybuchu Powstania Warszawskiego.
---
Mamy pokolenie 1968 roku z jego traumą marcową i mamy pokolenie stanu wojennego z jego traumą. Michnik obsługuje traumę własną, ale niespecjalnie jest czuły na traumę młodszych. Nie tylko uprawia politykę z generałami - co bym nawet zrozumiał - ale musi się popisywać swoimi wobec generałów uczuciami. Na nas to działa tak jak na Michnika zadawanie się kombatantów ze zgrupowania "Radosław" z Moczarem. Zaczynamy na Michnika psioczyć. Michnik udaje, że tego nie rozumie, a jego "cyngle" coraz bardziej w pokolenie stanu wojennego - szczególnie w jego prawicową część - nawalają. Efekt jest taki, że zamiast rozmowy, a nawet polityki, mamy przepychankę traum i wrażliwości, która daje w efekcie piekło. A dzisiaj moi rówieśnicy są gotowi symbolicznie dekomunizować SLD, a nawet Agorę, choćby pod wodzą Kryżego, Karskiego czy Wassermanna, bo wierzą, że to będzie akt sprawiedliwości za pałowania w latach 80. i za artykuły "cyngli" Michnika z lat 90.
Albo pod wodzą Kaczmarka, Kornatowskiego, dowolnego oportunisty, który się zasłużył. Ale nadzieja, że Michnik uszanuje emocjonalne potrzeby młodszego pokolenia, była nierealna. A to z prostego powodu: nie może pokolenie młodsze stawiać warunków pokoleniu starszemu.
---
Dlaczego?
Bo jest słabsze. Bo jest z natury słabsze, ma mniej pieniędzy, mniej znajomych, mniej kontaktów, mniej doświadczeń. I w takim konflikcie oberwie.
---
Faktycznie, pokolenie stanu wojennego obrywało od "marcystów", ale też oddawało. Zabawa zrobiła się głupia i jałowa. "Wyborcza" też jej nie wygrała.
Ja w tym nie uczestniczyłem, miałem kolegów także po drugiej stronie. Nie byłem "cynglem". Grześ Górny z "Frondy" był swego czasu naszym kolegą z działu reportażu, znałem go. Znałem Jacka Łęckiego, kiedy przyjechał z Lublina i pracował w "Gazecie", wiedziałem, że to jest porządny człowiek. Nigdy nie przyłożyłem ręki do żadnego ataku ani nie pozwoliłem nikomu, kto pracował pod moim parasolem w moim dziale, przyłożyć ręki do jakiegokolwiek ataku na was. Kierowałem przez 5 lat działem kultury i dodatkiem książkowym, kiedy jeszcze istniał. Kiedy byłem redaktorem działu kultury w latach 1993 - 1998, na łamach "Gazety" drukowani byli zarówno Wisława Szymborska ze swoimi "Lekturami nadobowiązkowymi" czy Sławomir Mrożek ze swoimi felietonami i rysunkami, jak i "brulionowcy". Był Andrzej Stasiuk publikujący recenzje i eseje, które złożyły się później na "Tekturowy samolot", moim zdaniem najciekawszy jego tom esejów, a może w ogóle najciekawszy od czasu "Ziemi Ulro" tom esejów, jaki się po polsku ukazał. Ale ponieważ dotyczył popkultury, więc intelektualiści go po prostu nie zauważyli. Publikował wtedy w moim dziale swoje wiersze Jacek Podsiadło, sam robiłem z nim wywiad, gdy dostał Nagrodę Kościelskich. Kontaktował się z nami Marcin Świetlicki, chociaż z nim nigdy nie miałem "dobrej chemii".
---
Mówi pan trochę tak jak poczciwy sekretarz od kultury w KC PZPR. Jak jakiś Tejchma: "Ja wybitnych pisarzy z mojego pokolenia ratowałem". Ale przy okazji wykańczano resztę jako fanatyków, a jak Jerzy Sosnowski nie chciał pisać o "bruLionie" czy "Frondzie" jako o "prawicowych dziarskich chłopcach", tylko w sposób nieco bardziej skomplikowany, to mu cykl tych recenzji zabrano.
Jerzemu rzeczywiście odebrano ten cykl. Ale prawda jest taka, że Jerzy chciał być wtedy nadwornym publicystą "Gazety Wyborczej" i nie chodził do mnie, tylko działał bezpośrednio przez Michnika. Ponieważ chciał być kochany przez Naczelnego i jego afiliacja była bezpośrednio przy Naczelnym, to w związku z tym zależał od Jego decyzji i kaprysów. A co do wykańczania prawicowej części pokolenia stanu wojennego, to po pierwsze ono nie było bezbronne - o telewizji Walendziaka już powiedziałem, a przecież było wiele innych instytucji. A po drugie ja w tym nie uczestniczyłem, pracowałem jedynie w "Gazecie", na której łamach w innych działach ukazywały się niesprawiedliwe artykuły was wykańczające. Wiem, że to może brzmi nieco dwuznacznie, ale taka jest prawda. Na łamach działu kultury i na łamach "Gazety o Książkach", kiedy nią kierowałem, nigdy nie ukazał się żaden niesprawiedliwy tekst o pampersach, "bruLionie" czy kimkolwiek innym. Drukowałem ludzi, którzy wyszli z "bruLionu", ludzi, których uważałem i uważam nadal za wybitnych artystów i pisarzy. I wielokrotnie natykałem się na rozmaite uśmieszki Michnika, który pytał, czy chcę zrobić w "Gazecie" jakiś "bruLion bis".
---
My wtedy widzimy, polemizując z "Gazetą Wyborczą", że sami jesteśmy rzeźnikami, i piszemy ostro, ale oni też na pewno są rzeźnikami. Czemu zatem jedna ze stron ma uchodzić za moralistów? Także w oczach inteligenckiego salonu, który nie widzi trupów zamiatanych pod dywan, ale jak z nami rozmawia, to pyta zdumiony: "Skąd w was tyle nienawiści do Adama? Przecież on wszystkich kocha".
Jeśli chodzi o moralizm, Michnik naprawdę uważa się za moralistę. To jest wielowymiarowa postać, którą da się opisać tylko przy użyciu wyrafinowanych oksymoronów. On jest wyjątkowo oksymoroniczny, bo jest skrajnie amoralnym moralistą. Moim zdaniem źródłem największej nienawiści do Michnika jest to, że uważa się go za kogoś w rodzaju fałszywego proroka, za faceta, który zachowuje się jak kaznodzieja, mówi innym, jak należy się zachowywać, co jest moralne, a co nikczemne. Najpiękniejszy oksymoron opisujący to, o czym mówimy, na który natknąłem się w swoim życiu, brzmi: "otyły dietetyk". Michnik jest otyłym dietetykiem. Wszyscy to widzą poza nim samym. Michnik wygłosił kiedyś zdanie, które mi się bardzo mocno wryło w pamięć: "Nie jest bez znaczenia, kogo udajesz; nawet jeżeli jesteś hipokrytą, to jeżeli udajesz świętego, a masz naturę węża i lubisz tylko syczeć uwodzicielsko, a później dusić albo gryźć, to jeżeli udajesz świętego, mając taką naturę, to i tak jesteś troszkę lepszy, niż gdybyś nie udawał". Istnieją pewne pożytki nawet z hipokryzji. Adam potrafił ją wykorzystywać także do dobrych celów. Na przykład do ucywilizowania SLD.
---
Absolutna zgoda co do hipokryzji. Powinno się udawać lepszego od siebie, bo to zawsze człowieka podnosi. Ale jak się udaje Chrystusa i jedną ręką pokazuje stygmaty, a drugą kogoś dusi, to taka dwulicowość już standardów moralnych, a nawet politycznych, w niczym nie poprawia. Wytwarza tylko konflikty w miejscach niepotrzebnych.
Ja to doskonale rozumiem, chcę panu tylko powiedzieć, że gdyby Michnik był postacią tak jednoznacznie padalcowatą i nikczemną, jak maluje go polska prawica, nigdy w życiu nie stworzyłby wokół siebie takiego środowiska wiernych i wpatrzonych w niego wyznawców.
---
Czemu nie udało się panu pańskiej strategii relatywnej miłości i względnie czystych rąk upowszechnić w innych działach "Gazety", gdzie pisano o "ciemnogrodzie", wywlekano wrogom sprawy osobiste, a chłopców z "Frondy", istotnie pokręconych tak jak prawie wszyscy tutaj, od razu wciskano w buty faszystów?
Na głupotę starszych nie ma lekarstwa. Możesz wpływać tam, gdzie sięgają twoje kompetencje. Moje kompetencje były takie, jakie były, ja byłem wtedy zaledwie dowódcą kompanii w tej gazecie. Owszem, Michnik mówił ze łzami w oczach, że zrobi mnie swoim następcą, ale wyszło z tego tyle, ile ze wszystkich jego obietnic pod adresem wszystkich, to znaczy dwa lata później przestał się do mnie odzywać, ponieważ odmówiłem wykonania jego polecenia zaszlachtowania amerykańskich Żydów za to, że Hannah Arendt oskarżyli o antysemityzm w związku z "Eichmannem w Jerozolimie". Dostałem plik kartek po angielsku, czyli w języku, którego Michnik nie zna, z poleceniem napisania na podstawie tych kwitów szybkiego eseju. Powiedziałem, że po pierwsze muszę się przygotować, poczytać książki, bo nie mam wystarczających kompetencji w tej sprawie, a po drugie uważam, że oni trochę mieli rację, bo Hannah Arendt sama była wtedy za szybka.
---
To bardzo ezoteryczny powód rozstania się.
To nie jest ezoteryczny powód. Odmówiłem bycia "cynglem", choćby w takiej - jak to pan sugeruje - subtelnej sprawie. To był pierwszy raz, kiedy Michnik próbował mi coś w taki sposób zlecić, próbował ze mnie zrobić Smoleńskiego, a ja Smoleńskim zostać nie chciałem. On zaczął na mnie wrzeszczeć, że mam przynieść tekst, zaczął na mnie bluzgać. My zawsze bluzgaliśmy w redakcji, z Helenką i z Adamem, ze wszystkimi - to było środowisko, w którym ja się do pewnego momentu czułem rzeczywiście wolny. Dla mnie wolność polegająca na tym, że się chodzi w krawacie i w marynarce i nie używa brzydkich słów, to jest g..., nie wolność, natomiast w momencie, kiedy Adam zaczął na mnie wsiadać i zaczął mi grozić, że mnie ześle do działu internetu, gdzie Helenka ze mnie zrobi pracownika, który będzie zasuwał od dziewiątej rano do dziewiątej wieczór, ja mu powiedziałem: "Stary, ty mnie chyba masz za kogoś innego, ja nigdy nie piszę na zamówienie". On wtedy krzyknął do mnie "won!" i wyrzucił mnie z gabinetu, po czym przestał się odzywać, a przecież wcześniej byliśmy przyjaciółmi i ja go nadal uważam za kogoś w rodzaju swojego zastępczego ojca - trochę taką rolę w moim życiu odegrał, tylko przegapił moment, w którym sam zaczął tracić siły. Jest taki moment w życiu człowieka starzejącego się, którego nie można przegapić - moment, kiedy trzeba nauczyć się mieć sojuszników w młodszych. Michnik przegapił ten moment, bo on zawsze był tak silny, że wydawało mu się, że może zaszlachtować żyletką każdego. Przeliczył się i poniósł za to karę, która mu się należała.
---
*Michał Cichy, ur. 1967, historyk, specjalista od XVII i XX wieku. Wieloletni współpracownik Muzeum Holokaustu w Waszyngtonie. Dziennikarz i publicysta "Gazety Wyborczej" od chwili jej powstania. W latach 1993 - 1998 kierownik działu kultury "Gazety" i redaktor nieistniejącej już "Gazety o Książkach". W latach 1997 - 2002 współtwórca i sekretarz Nagrody Nike.
Informuje on czytelników DZIENNIKA, że na znak zaufania do rozmówcy zrezygnował z autoryzacji wywiadu.
(Powyższy tekst został zaproponowany przez Michała Cichego)



piątek, 6 lutego 2009

[6 II 2009] Marsz. Piłsudski do pp. Czaczkowskiej i Turnaua: "Wam kury szczać prowadzać, a nie Papieża pouczać!"

1. lefebryści, lefebryści... czyli wstęp

no, w końcu obiecany tekst o lefebrystach i cyrkowych popisach Ewy Czaczkowskiej z Rzepy i Jana Turnaua z Aborczej! Jestem już u Oleńki, Dolny Śląsk przywitał mnie miłym słoneczkiem... a w podróży odespałem część zaległości z poprzednich tygodni! Nie muszę chyba mówić, że podróżowało mi się wspaniale - jak zwykle zresztą!

2. ustalenia wstępne, czyli fakty i mity
zanim przejdziemy do komentarza obu tekstów, zajmijmy się dwiema sprawami pobocznymi. Czytelników tematem zainteresowanych głębiej, odsyłam do swojej Piguły informacyjnej na temat lefebrystów i innych stron, które tą tematyką się zajmują - np. Nowego ruchu liturgicznego.

2.1. ekskomunika a jej ogłoszenie
zacznijmy od tego, że ekskomunikę zaciągnęli na siebie abp Marcel Lefebvre oraz wyświęceni przez niego czterej biskupi z Bractwa św. Piusa X. "Zaciągnęli", tzn. że istnieje tu taki sam automatyzm, jak przy byciu wspólnikiem w aborcji - jest to ekskomunika laete sententiae. To, że Kongregacja ds. Biskupów wydała później dokument w tej sprawie - jest tylko potwierdzeniem faktu zaciągnięcia ekskomuniki.
Mówię to po to, by zdementowac po pierwsze pogłoski o tym, jakoby ekskomunika została "rzucona" na Bractwo za antysemityzm, oraz inne obłędne tezy, które ogłupiali ludzie zaczęli już międlic na skutek szumu medialnego w tej sprawie. Materią było tu samowolne wyświęcenie biskupów. Ot i tyle.


2.2. co powiedział bp Williamson?
przejdźmy więc do tego, co takiego w wywiadzie sprzed dwóch lat powiedział jeden z owych czterech biskupów. Nie mam pod ręką linku, kto zechce, to sobie znajdzie... ale bp Williamson powiedział po prostu, że przebadał różne dokumenty i uważa na ich podstawie, że w komorach gazowych zginęło znacznie mniej Żydów, niż się powszechnie uważa, jeśli w ogóle jakiś zginął w komorze gazowej.
Jednym słowem - teza bp Williamsona jest tezą na temat sposobu dokonywania holokaustu, a nie tego, czy miał miejsce. Poza tym - nawet gdyby głosił inną tezę, np. negującą holokaust - jest to zdanie empiryczne, podlegające weryfikacji historycznej. W związku z tym, że nie dotyczy to kwestii Bożych... z punktu widzenia jakiegokolwiek związku z jakąkolwiek sankcją kościelną za głoszenie jakichś poglądów... jest to równie karygodne, jak twierdzenie, że piramidy wzniesiono nie z głazów kamiennych, a bloczków gazobetonowych. Czyli... po prostu obojętne!

2.3. ekskomunika a Holokaust
tymczasem podnoszą się głosy (a wśród nich Aniela Merkelowa, Główny Rabinat Izraela, kard. Schoenborn, Die Presse...), jakoby nie tylko bp Williamson był negacjonistą (przespałem moment, gdy takie pojęcie wkroczyło do słownika), ale i powinien zostac ukarany kanonicznie za ten wywiad.
O ile p. Merkelowa robi z siebie błazna, co można Jej wybaczyc, gdyż o katolicyzmie (jak większośc Niemców) nie ma zielonego pojęcia... o ile Die Presse pisze głupoty, jak to niemieckie medium popularne... o ile Główny Rabinat Izraela też bierze się za robienie polityki, podobnie jak Merkelowa... o tyle kard. Schoenborn robi z siebie błazna największego. Jest to sprawa tym bardziej przykra, że jest księciem Kościoła Katolickiego. No, ale hierarcha hierarsze nie równy, temat ucinam, o modlitwę za Kardynała proszę... tymczasem zaś zapraszam do obejrzenia filmu z Jego udziałem. Jak wiadomo... pasterze śpią, a winnica jest pustoszona... niejednokrotnie zresztą pustoszą ją sami.

3. Ewa Czaczkowska
Z całym szacunkiem dla p. Czaczkowskiej, ale błazenadę uprawia od samego początku. Nie wiem, jak to jest. Czy rzeczywiście jest przekonana do tego, co pisze, czy tylko udaje? Jeśli jest przekonana, to smutna sprawa... tym smutniejsza, że ci, którzy są na świeczniku i przemawiają do maluczkich, powinni uważac, by tych ostatnich nie bałamucic (o czym był wpis z nagraniem Dies irae, którego niektórzy zdali się nie zrozumiec - bo jakaż jest różnica między bloggerem, dziennikarzem, na stażu, etacie, czy umowę o dzieło? Z rozpatrywanego punktu widzenia - żadna! Dlatego bez sensu jest zarzucac mi, że pytając, czy dziennikarz też jest Prorokiem, czynię jakieś nieuzasadnione wyrzuty jedynie Czaczkowskiej i Turnauowi, bo to jest refleksja ogólna - dotycząca poniekąd mnie samego).

A zatem, pisze nam p. Czaczkowska, że zaskakujące jest to, że Bractwo nie spełniło żadnego wymagania przed zdjęciem ekskomuniki. Informuję, że nie jest to zaskakujące, jeśli się wie czego ekskomunika dotyczyła. Jeśli zaś dotyczyła nieposłuszeństwa, to z chwilą, gdy Bractwo zwraca się do Papieża z pokorną prośbą o sprawdzenie, czy wciąż podpada pod karę ekskomuniki, zaznaczając, że bardzo cierpi z powodu kanonicznego odłączenia od Stolicy Apostolskiej... to o jakim nieposłuszeństwie my mówimy? Chyba nikt tego nie wie, poza Czaczkowską.


Ale wyjaśnia nam to pani Ewa w jednym z kolejnych akapitów, który stanowi kwintesencję Jej obłędnego tekstu. Otóż, dowiadujemy się, że:
Skutkiem porozumienia Watykanu z Bractwem św. Piusa X mogą być nowe podziały wśród katolików, a nawet odejście z Kościoła wiernych wychowanych na soborze i Janie Pawle II.
aaaaaaa... czyli wszystko jasne. Pani Czaczkowska nie jest katoliczką, tylko posoborową kremowniczką - Ona jest wychowana na "soborze i Janie Pawle II". To ja mam pytanie w takim razie - dlaczego p. Czaczkowska nie jest wychowana na kilkudziesięciu poprzednich Soborach i Papieżach? Dlaczego p. Czaczkowska - i "wierni" o których się upomina - nie jest wychowana na Piśmie Świętym i Tradycji, czyli wielowiekowym Magisterium?
I na tym tak naprawdę możemy skończyc - p. Czaczkowska występuje z jakiejś niezrozumiałej, niekatolickiej perspektywy i zadaje śmieszne pytania. Można się domyślac skąd ta postawa, ale będzie to przedmiotem rozważań przy okazji Jana Turnaua z Aborczej.
Spuentujmy to komentarzem do kolejnego cytatu z Czaczkowskiej:
(...) Dlatego muszą zastanawiać aktualne ustalenia między Watykanem a bractwem, o czym pisał we wczorajszej „Rzeczpospolitej” związany z „Christianitas” Michał Barcikowski, że celem dalszych rozmów będzie uzgodnienie takiej interpretacji tekstów soboru, która byłaby zgodna z poprzednim, czyli przedsoborowym, nauczaniem Kościoła.(...)
Jeden z biskupów lefebrystów Richard Williamson dwa lata temu mówił w wywiadzie dla „Rzeczpospolitej”, że pełna jedność stanie się możliwa dopiero wtedy, kiedy „Kościół soborowy wróci do prawdziwego ducha religii katolickiej”, który przechowało bractwo. (...)
hmmmm... coś tu nie gra, coś tu jest rzeczywiście nie halo, jeśli p. Czaczkowska, etatowa katoliczka z Rzeczpospolitej ukształtowana jest w jakimś dziwnym duchu posoborowym a nie po prostu duchu katolickim, skoro dziwi się, że interpretacja Vaticanum II musi byc zgodna z poprzednim, czyli przedsoborowym Magisterium. Dziwne? No, to wracamy na katechezę dla drugoklasistów, pani Redaktor - Obrończyni Nowej Posoborowej Ortodoksji.
Nie wiem, czy Czytelnicy czują doniosłośc chwili... oto pewna dama, pewnie zupełnie szczerze, podająca się za speca od Kościoła, na oczach wszystkich strzela plamę porównywalną ze stwierdzeniem Jak to? To Matka Boska nie należy do Trójcy Świętej? Nierozumienie czegoś, to nic zdrożnego... ale jeśli się czegoś nie wie albo nie rozumie... należy to po prostu uzupełnić!

4. Jan Turnau
ten autor, to zawodowy strzelec, którego większośc kul trafia w redakcyjny płot przy Czerskiej. Pamiętam Go z czasów, gdy jeszcze z wypiekami na twarzy czekałem na cotygodniową Arkę Noego w weekendowej Aborczej. Te czasy jednak na szczęście się skończyły. Kolejna sprawa, z której Go pamiętam, to jawnie bluźniercze już komentarze do Dekalogu na łamach agorowskiego Metra. Wyszło tam na jaw m.in., że red. Turnau nie czai z grubsza na czym polega Msza Święta. Nie bez kozery został więc ostatnio nazwany na Forum Frondy wycieruchem Michnika do spraw religijnych.
No, ale przejdźmy już do meritum.
Red. Turnau wciąż nie przyswoił sobie teologii Mszy Świętej, nazywając Najświętszą Ofiarę w pierwszych akapitach swojego tekstu chrześcijańskim obrzędem całkowitej duchowej jedności. Później zaś twierdzi, że bp Williamson to szaleńczy antysemita (no, Księże Biskupie - witam w klubie - ciekawe o co chodzi w tym przypadku...).
Następnie twierdzi, że lefebryści tym się różnią od prawosławnych (z których ekskomunikę zdjął Paweł VI) tym, że uważają się za katolików, odszczepili się od Kościoła Katolickiego, a katolikami nie są - dlatego Papież powinien karać ich z całą surowością (nazywa ich przy okazji paleokatolikami).
Czas więc przypomnieć red. Turnauowi, bo być może też zapomniał, że schizmatycy z Cerkwi Prawosławnej, też uważają się za autentycznych katolików, w odróżnieniu od diabłów z Rzymu. Panie Redaktorze - każde, tzw. wyznanie chrześcijańskie to heretycy, bądź schizmatycy odłączeni od Kościoła Katolickiego. Wśród nich... lefebryści są akurat Rzymowi najbliżsi - nie ma bowiem żadnej różnicy dogmatycznej między Bractwem a Kościołem Rzymskim - w przeciwieństwie do prawosławnych.
Zacytujmy agorowskiego mędrca:
O co właściwie chodzi papieżowi? Czemu zdjął ekskomunikę? Chodzi o jedność? Żeby nie wszystko było w jego Kościele pod jeden sznurek? Gdyby był takim liberałem, otworzyłby się też "na lewo": przywróciłby prawo nauczania na uczelni katolickiej na przykład teologowi wielkiej miary ks. Hansowi Küngowi. Lefebryzm widać brzydzi go mniej.
Najwidoczniej p. Turnau widzi Kościół jakoś inaczej, niż powinien... na wzór partii politycznej, w której istnieje lewica i prawica, na wzór jakiegoś przedsiębiorstwa... Co to jest lewo albo prawo w Kościele? W Kościele jest tylko ortodoksja i heterodoksja. Kto reprezentuje co - to jest ważne.
ocb?
I znów pojawia się pytanie dotyczące Czaczkowskiej - o co tu chodzi? Pora na nie odpowiedziec.
Otóż, podstawową rzeczą wspólną, którą trzeba wydedukowac z obu wypocin, które wkleiłem tutaj http://maciejgnyszka.blogspot.com/2009/02/1-ii-2009-niedziela-ewa-czaczkowska-i.html Otóż, wydaje się że oboje autorzy żyją w jakimś dziwnym świecie milczącej apostazji. Dlaczego? Ich wizja Kościoła dzieli się na nastepujące etapy:
- publiczna działalnośc Pana Jezusa,
- mityczni pierwsi chrześcijanie
- przychodzi św. Paweł i zaraża Kościół swoimi fobiami dot. ciała i antysemityzmem
- prawie dwa tysiąclecia błędów i wypaczeń
- Sobór Watykański II - czyli Kościół Właściwy
- pontyfikat Jana Pawła II - tu kremówkowiczka Czaczkowska szaleje, Turnau w komentowanym tekście lekko też, chociaż przy innych okazjach wylewał na Papieża kubły pomyj za obstawanie przy katolickiej (pewnie paleokatolickiej, pardon!) etyce seksualnej, celibacie i innych sprawach,
- pontyfikat Benedykta XVI - kończy się belle epoque
Jeśli jest prawdą, że zachowują taką optykę (a zdradzają ich nie tylko wnioski, do których dochodzą, ale i niektóre sformułowania - szczególnie naiwne u Czaczkowskiej), to... ja dziękuję za takich katolików. Żyjemy w czasach masowej, milczącej apostazji... i dowodem tego są właśnie casusy Czaczkowskiej i Turnaua.
Za katolików uważają się niekatolicy i za problem Kościoła poczytują to, że Kościół nie jest taki, jak oni twierdzą, że być powinien. Co robić, gdy niekatolicy uważają się za katolików? Red. Turnau radzi: Papież powinien potępiać ich z całą mocą swego autorytetu, czego nie czyni.
Zgoda, Panie Redaktorze! Tylko, że ten bicz, który Pan z lubością kręci... leci na Pańskie plecy. Ewa Czaczkowska prognozuje: Skutkiem porozumienia Watykanu z Bractwem św. Piusa X mogą być nowe podziały wśród katolików, a nawet odejście z Kościoła wiernych wychowanych na soborze i Janie Pawle II.
Tak Pani Redaktor, byc może w końcu odejdą formalnie, bo odeszli o wiele wcześniej... i na tym polega dotychczasowy dramat milczącej, masowej apostazji, o której mówił zresztą Jan Paweł II.

wieczór filmowy

no, to przejdźmy się po Kościele ze snów Turnaua i Czaczkowskiej... na koniec odwiedzimy też tych wstrętnych paleokatolików! Tfu!





no i po tym szaleństwie wrócmy do Mszy:





a rok temu
http://maciejgnyszka.blogspot.com/2008/02/6-ii-2008-roda-roda-popielcowa.html
http://maciejgnyszka.blogspot.com/2008/02/6-ii-2008-roda-roda-popielcowa-pocztek.html
http://maciejgnyszka.blogspot.com/2008/02/6-ii-2008-roda-popielcowa-fotoreporta-z.html

myśl na dziś
Czyż nie jest dziwne to, że wielu chrześcijan, którzy są powolni, a nawet uroczyści w życiu towarzyskim (nie śpieszy im się) w swym niezbyt aktywnym życiu zawodowym, przy posiłku i w odpoczynku (również im się nie śpieszy) czuje się ponaglanych i przynagla Kapłana, by skrócił czas poświęcony Najświętszej Ofierze Ołtarza?
św. Josemaria Escriva, Droga, nr 530

sobota, 31 stycznia 2009

[31 I 2009] sobota, św. Jana Bosco, jak to jest w końcu z Żydami?


1. Iudaica – ciąg dalszy, ostatni
chcąc nie chcąc, muszę powałkować jeszcze jakiś czas temat żydowski. Głównie ze względu na dwa komentarze dotyczące filmu z pijanym żydowskim nastolatkiem.


1.1. Ustalenia wstępne
na wstępie powtórzę to, co napisałem już wcześniej, a czego najwidoczniej nie zauważył Czytelnik, autor drugiego komentarza (osoba przedstawiająca się jako wytrwała czytelniczka gnyszkobloga, zasmucona moim szaleństwem). Otóż, jak pisałem już wcześniej film zaciekawił mnie ze względu na własne doświadczenia z młodymi Żydami oraz ze wględu na wszechobecny obłędny filosemityzm.
Nie wiem, jak Czytelnicy, ale do pewnego czasu żyłem w przekonaniu, że Żydzi to taka biedna elita na skalę światową, superzdolny naród geniuszy, Szpilmanów, Einsteinów, etc. miłujących pokój ludzi, których zły Hitler przetrzebił w czasie wojny, a Moczar powyganiał z PRLu po wojnie. No, a jeszcze wcześniej, to katole ich gnębiły, bo są antysemitami. Żyłem w przeświadczeniu, że mityczny antysemityzm, to choroba psychiczna wieku starczego często występująca na terenach między Bugiem a Odrą.
Jakiegoż zdziwienia doznałem, gdy na zaproszenie Batuz Fundation wyjechawszy na międzynarodowy plener do Niemiec, poznałem grupkę moich żydowskich rówieśników. Jako, że byłem ich bardzo ciekaw, bo człowiek w Polsce spotyka ponoć samych antysemitów, a Żydów jak na lekarstwo, wybadałem ich wszechstronnie. Byłem ciekaw ich religijności, życia codziennego, etc. Choć było to parę lat temu, zacięcie socjologiczne przejawiałem od dawna.
Na czym polegało moje zdziwienie? Ano na tym, że choć moi żydowscy znajomi, cztery dziewczyny i jeden chłopak, rok lub dwa ode mnie starsi, byli ateistami (jak większość mieszkańców Izraela)... zaczęli przejawiać dziwne skłonności, o których można sobie poczytać jedynie we wspomnieniach z czasów, gdy Polskę zamieszkiwało dużo Żydów. Otóż, mając wyjść razem z całą grupą na basen odkryty, usłyszałem od Matana (ów kolega), który mówił to całkiem serio, żebym zdjął krzyżyk z szyi, bo ukrzyżowany facet to znak faszystowski (sic!). Ogarnęło mnie niemałe osłupienie, tym bardziej, że na szyi Matana wisiała metalowa Gwiazda Dawida (raczej jako symbol państwowy, niż religijny). Krzyżyka nie zdjąłem, ale później wydarzyła się dość zabawna sytuacja: na basenie odkrytym spotkaliśmy bowiem grupę neonazistów, którzy mieli ponoć (wedle koleżanki Niemki, która usłyszała ich rozmowy) zamierzać wkropić naszym Żydom. Przenieśliśmy się więc z kocami w inny rejon basenu.
Drugi epizod wydarzył się pod koniec pleneru, kiedy to zorganizowaliśmy sobie pożegnalną kolację (żegnaliśmy sami siebie – cały budynek był bowiem do naszej dyspozycji, Niemców, Polaków, Słowaków i właśnie Żydów) we wspólnej kuchni. Kolacja zjedzona, jutro z rana wyjeżdżamy, więc proponuję Matanowi i jego koleżankom, żebyśmy wspólnie po sobie posprzątali. W odpowiedzi usłyszałem, że u nich w Tel-Awiwie od sprzątania są Polacy, więc żebym brał się za ścierę sam ze swoimi kolegami i koleżankami z Polski.
Jeśli dla kogoś nie stanowi to dysonansu poznawczego, to obawiam się, że jest mocno zideologizowany właśnie przez obłędny filosemityzm bez Żydów. By z niego wytrzeźwieć i zacząć Żydów traktować normalnie, jak inne narody – wystarczy kogokolwiek z nich poznać.
Film natomiast który wrzuciłem ujawnia jedno – że to, co ze zdziwieniem odkryłem u swoich znajomych z Izraela, przejawia również pijany ortodoks. Jeśli podobne wyobrażenia na temat państwowości, rasy i religii podziela ortodoks żydowski i żydowski ateista, to znaczy to, że albo jest to kompletny przypadek, albo coś jest na rzeczy...
Dlatego też napisałem, że pijany osobnik przejawia ten sam typ umysłowości, co moi znajomi, zsekularyzowana elita izraelskiego systemu edukacji – i to mnie właśnie dziwi! Nie ma w tym żadnego jadu, a jedynie obserwacja. Kto przypisuje mi więcej, niż pomyślałem, popełnia zwyczajny błąd atrybucji (o czym pisałem zresztą tutaj)


1.2. Czy Żydzi są niezwykłą grupą społeczną?
zajmijmy się sprawą nieco szczegółowiej, by temat mieć już raz na zawsze za sobą. Po pierwsze – problem z twierdzeniami na temat Żydów polega na tym, że słowo „Żyd” znaczy wiele. Zarówno wyznawcę religii mojżeszowej (a jest jej wiele odmian), obywatela państwa Izrael, jak i tego, kto jest Żydem z krwi – tzn. dziedziczy pochodzenie wedle wzoru przyjętego w tym ludzie (czyli matrylinearnie). To ostatnie zabarwienie ma posmak rasowy.
Jednym słowem – gdy ktoś mówi, że „Żydzi są tacy-a-tacy”, to nie bardzo wiadomo, czy twierdzi, że wśród członków społeczeństwia Izraela, częstą cechą jest cecha ta-a-ta, czy być może Żydzi genetycznie przekazują sobie cechę tą-a-tą, czy być może cecha ta przynależna jest do bagażu religijnego związanego z Izraelem. Jest to główny problem, ponieważ bazując na tej wieloznaczności każdemu można przypisać dowolny pogląd, twierdząc później, że domniemane wyznawanie tego poglądu przez adwersarza uprawnia nas do zarzucenia dyskusji. To jest główna strategia bezmyślnego filosemityzmu, który obserwuję. Bądźmy konkretni.
Po drugie zaś – spróbujmy ustosunkować się do tego, czy względem Żydów (oddzielnie w każdym znaczeniu) można formułować sądy ogólne, takie jak formułujemy np. o Bawarczykach, Niemcach, Pruszkowiakach, Murzynach, czy dwunastolatkach (specjalnie podaję zbiorowości wyróżnione według różnych kryteriów). A zatem – czy można przypisać jakąś cechę lub zestaw wyznawcom judaizmu, mieszkańcom Izraela, albo Żydom z pochodzenia? Przy odpowiednich założeniach – co do każdej z tych grup można mieć podejrzenia, że instytucje i mitologie (w znaczeniu antropologicznym), które wytwarza, generują cechy i ich zestawy.
W pierwszym przypadku należałoby się zastanowić jakie cechy u swoich wyznawców tworzy i umacnia judaizm w obecnej formie (jest wiele odmian – więc operację tę można przeprowadzić zarówno dla każdej z osobna, jak i ich cech wspólnych) i sprawdzić, czy tak jest w istocie. W drugim przypadku – sprawdźmy jakie trendy, opinie, mniemania, zbiorowe wyobrażenia nurtują w społeczeństwie Izraela. Istnieją takowe na pewno – tym bardziej, że Izrael otoczony jest przez państwa wrogie, co sprzyja konsolidacji społeczeństwa. W trzecim zaś przypadku mamy problem. Bo albo uważamy, że poprzez pochodzenie przekazywane są predyspozycje, także w dziedzinie idei – wówczas sprawa jest jasna, Żydzi mieliby wówczas naturalną, wrodzoną skłonność do takich-a-takich cech (w odróżnieniu od innych narodów, które miałyby inne skłonności). Jeśli tak nie uważamy, to kryterium pochodzenia niewiele wniesie, dopóki nie jest wsparte przez tradycyjne wychowanie – gdzie nośnikiem kultury w przypadku diaspory jest głównie religia, a w Izraelu nośnikiem może być także państwo.


1.3. Żydzi a wzory kultury – czyli nie bądźmy rasistami
Reasumując – nie ma podstaw, by nie sądzić, że Żydzi są nadzwyczajną grupą społeczną, która nie przekazuje przez socjalizację we własnej religii i wyrosłej na niej kulturze określonych wzorów – właśnie wzorów kultury, o których pisała Ruth Benedict. Jeśli uważamy inaczej, to albo postrzegamy Żydów jako nadludzi, albo podludzi – tak czy inaczej, postawa taka to rasizm.
Jednym słowem – antysemici i filosemici, to w mniejszym, lub większym stopniu, to postawy rasistowskie. Ja proponowałbym raczej zwykły realizm.


1.4. Podsumowanie
To, czy w zestawie cech właściwych Żydom w jednym z trzech znaczeń znajduje się chamstwo i arogancja, czy gościnność i jowialność – ani mnie ziębi, ani grzeje. Natomiast proszę mi nie zakazywać rozważań na ten temat. To, że Turcy urządzili Ormianom holokaust, nie oznacza, że mam nie sądzić, że Ormianie na ogół są tacy-a-tacy, a to że Sowieci zafundowali Ukraińcom Wielki Głód, nie oznacza, że mam nie przypisywać społeczeństwu ukraińskiemu kultywowania zestawu cech. Jeśli Polacy są głupi, ciemni i antysemiccy, to nie widzę podstaw, by i inne narody, czy nawet nie narody – grupy społeczene – nie miały reprodukować swoich cech w czasie.

a rok temu
http://maciejgnyszka.blogspot.com/2008/01/czwartek-idzie-post.html
http://maciejgnyszka.blogspot.com/2008/01/31-i-2008-czwartek-fotoreporta-na.html
http://maciejgnyszka.blogspot.com/2008/01/31-i-2008-czwartek-post-waciwy-oraz-may.html

myśl na dziś

Nie zapominaj: najwięcej posiada ten, kto najmniej potrzebuje. — Nie stwarzaj sobie potrzeb.
św. Josemaria Escriva, Droga, nr 630









czwartek, 22 stycznia 2009

[22 I 2009] czwartek, św. Wincentego Pallottiego

koniec II etapu konkursu
zakończył nam się konkurs na Blog Roku 2008. Dla mnie szczególnie szczęśliwie – uplasowałem się na wysokich pozycjach w obu kategoriach, w których brałem udział. W „Polityce” - przy wydatnym wsparciu wielu osób, zająłem ostatecznie miejsce w środku ocenianej stawki – 5. miejsce; natomiast w kategorii „Profesjonalne”, Pogadanki Inwestorskie ukończyły bieg na 2. miejscu! Jednym słowem – w obu kategoriach moja pisaninka będzie oceniana przez jurorów.
Później zaś czeka nas jeszcze nagroda publiczności wyłaniana SMSowo – ale o tym jeszcze będę informował! Dziękuję wszystkim za przyczynienie się do takiego wyniku! Dziękuję przede wszystkim stałym Czytelnikom, przyjaciołom z Forum Frondy, forum Parkietu a także – w ostatnich dniach – Czytelnikom blogów JKM-a i Stanisława Michalkiewicza, których głosy walnie przyczyniły się do kształtu pierwszej dziesiątki.

demokracja plebiscytowa
przy okazji wypływa nam temat szczególny. Otóż, słyszę tu i ówdzie głosy, że to niesprawiedliwe, demagogiczne i ze wszech miar złe, że o kształcie pierwszej dziesiątki zdecydował apel Janusza Korwin-Mikkego i Stanisława Michalkiewicza, którzy podali adresy blogów, które znajdują ich poważanie. Cóż... oburzenie niektórych jest wielkie, chcą pisać do Organizatorów skargi, etc. A mnie ogarnia zdziwienie! Dlaczego?
Ano dlatego, że te same osoby z pewnością nie protestują w trakcie kampanii wyborczych. No bo jakże to może być, że jakaś piosenkarka swoim ciałkiem na scenie podczas konwencji partii wskazuje fanom na kogo głosować? Albo piosenkarz mówi, że mamy jeden dzień, by zmienić Polskę głosując na sami-wiecie-kogo. Albo inaczej – właśnie nie głosując na sami-wiecie-kogo-prim. Ten sam mechanizm!
Ba! Nawet „dyskutowanie” podczas „debat” to nic innego. Ileż tu kłamstwa, robienia tylko i wyłącznie dobrego wrażenia, etc. No więc jak to?
Ano tak to, że to się nazywa demokracja. Liczy się to, kto zbierze więcej głosów legalnymi metodami. A to, że jeden naobiecywał stu milionów każdemu, drugi trzy miliony mieszkań, a trzeci drugą Irlandię, a czwarty jeszcze wskazał 10 blogów, na które radzi głosować... to po prostu immanentne elementy tej gry. I nie ma co się zżymać, tylko – jeśli zależy komuś na zwycięstwie – to proszę zabierać się za naukę, jak tego dopiąć. W tym kontekście, wszystkim malkontentom polecam pakiet „Cele i ich realizacja” - o którym pisałem wczoraj. Przez jakiś czas można go nabyć po preferencyjnej cenie.
Ci sami ludzie zresztą, którzy teraz się dziwią, przejawiają tę skłonność, gdy rzeczy nazywa się po imieniu. Podaż pieniądza – grabieżą w postaci inflacji. Deficyt budżetowy – kiepskim gospodarowaniem i życiem na kredyt. Oj... to smutne... ludzie ulegają magii słów, nie rozumiejąc, jakie pojęcia reprezentują.

FAQ
niektórzy z nowych Czytelników (a pojawiło się ich sporo) zadaje mi wiele pytań, na które (przynajmniej parę) odpowiem poniżej w skrótowej formie.
--------------------------
jaka jest geneza tego bloga i jego historia?
Powstał z zupełnie utylitarnych powodów, o czym można przeczytać w pierwszych postach z października 2007 roku, później podjąłem decyzję o jego kontynuacji, po czym zmienił się zamysł autorski, potwierdzony aferą z czerwca 2008 roku (o czym więcej piszą pp. Najfeld i Terlikowski w Agacie. Anatomii manipulacji), o czym świadczą posty z tego okresu. Od tej pory jest już czymś innym i trwa w tej postaci do dziś.
--------------------------
o czym jest ten blog?
o wszystkim. Omawiam i analizuję na nim wszystko to, co mnie porusza, interesuje i denerwuje. W związku z tym, że moje zainteresowania są szerokie, spektrum środowisk i sytuacji w których biorę udział nie mniejsze – ciężko określić jego „tematykę”. Parę zagadnień powtarza się chyba najczęściej, nie dysponuję jednak statystyką w postaci tagów – choć długo już obiecuję sobie, że otaguję wszystkie posty przeszłe, a regularnie będę tagował obecne.
--------------------------
jak można mi pomóc?
nijak. Wielkiej pomocy nie potrzebuję, przy blogu nie ma tyle pracy, co przy portalu, czy innej formie działalności. Oczywiście blogowanie związane jest z pewnymi wyrzeczeniami, to zrozumiałe, dlatego dla tych, którzy czują potrzebę okazania mi solidarności, czy sympatii, stworzyłem bannerek na temat wspierania bloga, który widnieje poniżej. Można posłużyć się przelewem krajowym na dowolną kwotę, przekazem zagranicznym przez PayPal, czy innymi formami. Wszelkie wpłaty publikowane są na blogu z inicjałami nadawcy oraz miastem pochodzenia, podobnie do tego, jak robią to tuzy blogosfery.

o Żydach i antysemityzmie
kontynuujemy wątek antysemityzmu. Anonimowy komentator, który w tajemniczych okolicznościach przeszedł ze mną na „Ty”, zapytuje dlaczego napisałem pod filmem ukazującym pijanego młodego Żyda, iż znam paru innych Żydów, których świadomość od Jego świadomości nie odbiega i sugeruje, iż na podstawie paru przypadków wnioskuję o świadomości całego narodu.
Po pierwsze – myślałem, że żywot anonimów w Polsce skończył się wraz z 1989 rokiem, ale najwidoczniej przyzwyczajenia z epoki raju na ziemi niektórym pozostały.
Po drugie – dobrze byłoby, gdyby komentator zanim zada pytanie, zechciał łaskawie przejrzeć poprzez wyszukiwarkę na blogu co dotąd o Żydach pisałem, dzięki czemu mógłby się zorientować, czy przypadkiem lansowana przez Niego teza o tym, że jestem antysemitą nie jest przypadkiem fałszywa. Trzeba bowiem szanować czas swój i innych, z naciskiem na „innych” - bo przyjdzie taki czas, gdy nie będę po prostu miał czasu odpowiadać na każdy komentarz i powstanie wrażenie, że od czegoś uciekam. Proszę zatem nie zakładać, że mam przed czym uciekać, tylko najpierw poszukać. Jeśli ta kwestia wydaje się istotnie interesująca.
A teraz do meritum. W Polsce obserwuję dwa zjawiska – antysemityzm bez Żydów oraz filosemityzm bez Żydów. Gdzie pod „antysemityzm” podstawiamy „antyjudaizm”, co jest celniejsze. Z tym, że – nawet na chłopski rozum – ta pierwsza postawa powinna jest bardziej racjonalna. Dlaczego? Ano dlatego, że nigdy nie ma tak, by odrębne grupy etniczne były dla siebie przez lata miodem i mlekiem. Proszę poczytać Putnama o kapitale społecznym a zróżnicowaniem etnicznym (2007), proszę popatrzeć trochę na historię świata i teraźniejszość (np. animozje w takiej Belgii, czy Hiszpanii). Zatem rezerwa wobec innej grupy etnicznej bliższa jest doświadczeniu. A doświadczenie z obcowaniem z Żydami, Ukraińcami, Białorusinami, na naszych terenach jest akurat duże. Stawiam zatem tezę – że antysemityzm ma więcej wspólnego z rzeczywistością, rzeczywistymi doświadczeniami społeczności, niż filosemityzm. Podobnie jak antygermanizm, rusofobia, etc.
Natomiast postawa filosemicka, moim zdaniem w Polsce przybierająca charakter odgórnie narzucanej histerii jest po prostu sztuczna. Konia z rzędem temu, kto znajdzie filosemitę, który widział i rozmawiał z jakimś oryginalnym Żydem w normalnej, nie sztucznej, sytuacji. W przykładach postawy filosemickiej, które obserwuję, widzę jedynie irracjonalizm. Streszcza to hipotetyczne twierdzenie, które zdają się głosić owi filosemici: „Żydzi są najwspanialsi na świecie, nigdy nie zrobili nic złego, nie mają własnych interesów, nie gardzą nikim, nikogo nie zabili, nie ma wśród nich bandytów i wszystko, czego zażądają należy zrealizować, bo... bo miał miejsce Holokaust!!!”. Przepraszam, ale to jest żadna argumentacja. A taką słyszę w kółko...
Jednym słowem – twierdzę, że pogląd na to jacy są Żydzi jako naród (czyli jakie cechy są nadreprezentowane u przedstawicieli tego narodu) powinien brać się z empirii, a nie świeckiego dogmatu o niepokalanym i wiecznym stanie Żydów. A empirią dysponują najczęściej ludzie, którzy żyli świadomie (tzn. nie byli pacholęciami) jeszcze przed wojną. To, jaki jest najczęstszy stosunek tego pokolenia do Żydów – pozostawiam Anonimowi, niech się dowiaduje. W związku z tym – film wrzuciłem po to, by wszystkim apriorycznym filosemitom dać przesłankę empiryczną na temat Żydów, których pewnie nigdzie poza pewną gazetą nie widzieli. W przeciwieństwie do mnie, ale o swoim doświadczeniu pisałem już parę razy – i o zgrozo! - harmonizuje ono z doświadczeniem tych, którzy żyli przed wojną, a z którymi miałem okazję rozmawiać na ten temat, bądź czytać ich wspomnienia.
W tym kontekście polecam przyjrzenie się aferze, która wybuchła przy okazji filmu "Opór" - cóż, czas przemówic językiem adiutantów J.T. Grossa - świat nie jest czarno-biały.

dziurę ma pan Donald
jeszcze a propos polityki i demokracji. Ostrzegałem, żeby nie wybierać Cudaka na premiera. No, i macie – dziura budżetowa jak ta lala. Panowie z ekipy nie przewidzieli mniejszych wpływów do budżetu... no, ale nic się martwię, czuwa nad moim Państwem rząd ekspertów gospodarczych, z JE Waldemarem Pawlakiem jako spin doktorem ekonomicznym na czele.

a rok temu
http://maciejgnyszka.blogspot.com/2008/01/22-i-2008-wtorek-czarny-wtorek.html
http://maciejgnyszka.blogspot.com/2008/01/22-i-2008-wtorek-biay-wtorek.html
http://maciejgnyszka.blogspot.com/2008/01/22-i-2008-wtorek-ostatnia-odsona.html

myśl na dziś

Nikt nie może być szczęśliwy na tej ziemi, dopóki nie postanowi nim nie być. Taka Jest nasza droga: Ból — po chrześcijańsku! Krzyż; wola Boża, Miłość; szczęśliwość teraz tutaj, a potem wiecznie.
św. Josemaria Escriva, Bruzda, nr 52




ciekawostki:

Pierwsze w Polsce profesjonalne szkolenie giełdowe!
Aktualny PageRank strony maciejgnyszka.blogspot.com dostarcza: Google-Pagerank.pl - Pozycjonowanie + SEO