niedziela, 1 marca 2009

[1 III 2009] niedziela, czyim memberem jest p. Borusewicz?

wracamy – co robi intersity?
no, i przyszedł czas powrotu! PKP Intercity – spółka, którą darzyłem wielką estymą za poprzedniego prezesa, a którą teraz wypluć z ust swoich musiałem ze względu na skandaliczną podwyżkę cen biletów – dzisiaj zmienia rozkład jazdy! Jak zwykle – skutkuje to powszechną degrengoladą wszelkich czynników kolejowych.
Pociąg nie przyjeżdża, pani z informacji nie wie, czy przyjedzie, ale twierdzi że wczoraj przyszły jakieś telegramy, podchodzi do nas chłopiec, który od wczoraj czeka na pociąg do Warszawy, bo najpierw sprzedali mu bilet na pociąg, którego nie było, potem nie dali rady poinformować kiedy będzie... słowem – nic się nie zmieniło od czasu, gdy jechałem z przepustki po przysiędze z powrotem do Torunia, właśnie w dniu zmiany rozkładu!
Ach, nic to! Chce się ciąć koszty, to trzeba jechać pośpiechem.

rozumienie intencji
pogrążonym będąc przez weekend w lekturach socjologicznych, szczególną uwagę zwróciłem na pewną sugestię w jednej z nich! Chodziło o wagę rozumienia intencji! Popuściłem wodze fantazji... i muszę się zgodzić. W zależności od tego, jak rekonstruujemy intencję działającego aktora, taką też postawę zajmujemy wobec jego działań. Bez względu na to, czy chodzi o politykę międzynarodową, czy o codzienne obcowanie z członkami rodziny! Daleko szukać nie trzeba – ostatnio pisałem na gnyszkoblogu o jałowości zabiegów względem Jerozolimy, jeśli nie uwzględniają one prawdziwych intencji strony muzułmańskiej. Jeśli jej intencja jest taka, jak ją określiłem... to wszelkie działania, które tego ustalenia nie uwzględniają – można sobie o kant...!
Intencję rozeznać jest trudno, toteż kontakty międzyludzkie należy opisać jako wielkie pasmo błędów, szczególnie błędów atrybucji... czyli wracamy do tego tematu, który szeroko wałkowaliśmy nie tak dawno temu.
Wśród nich najczęstszym jest moim zdaniem przypisywanie świadomego sprawstwa. Jeśli rozpatrujemy skutek czyjegoś działania... to im mniej jest on nam obojętny, tym bardziej skłonni jesteśmy przypisać działającemu świadome sprawstwo.

czego Borusewicz jest członkiem?
jakiś czas temu, niejaki Borusewicz Bogdan z Pomorza, tymczasowy marszałek Senatu stwierdził, że „(...) jako członek Kościoła Katolickiego, czuje się zaniepokojony postępowaniem Benedykta XVI”. Z okazji Wielkiego Postu, gnyszkoblog pragnie wydać oficjalną rekomendację panu Borusewiczowi. Taką mianowicie, by w zaciszu własnego sumienia dokonał introspekcji, czyli rachunku sumienia... gdyż wielce prawdopodobne wydaje się, że nie jest członkiem żadnego Kościoła Katolickiego, tylko po prostu członkiem. Członkiem-w-ogóle.

rynek – reifikacja
o tym, że ludzie lubią personifikacje, czy reifikacje w ogóle – wiadomo od dawna. Ostatnio istna feeria reifikacji występuje wokół tematu rynek-kryzys.
Sam kryzys, to jakiś włochaty stwór, który nie wiadomo skąd i w jaki sposób przychodzi, nie wiadomo co i jak robi... ale skutkiem tego jest... nie wiadomo co i w jaki sposób... ale jest to straszne. Takie podejście jest na rękę dziennikarzynom ekonomicznym, bo kując tekściorki i audycje w taki sposób łatwo wcielają się w rolę tych mądrzejszych, którzy oświecają maluczkich konsumentów, którzy inaczej nic by nie zrozumieli. A prawda jest taka, że tu dużo do rozumienia nie ma, choć wydaje się inaczej. Dlaczego wydaje się inaczej?
Ano, dzięki temu pierdzeniu, które emitują dziennikarze, politycy wygłaszające puste mowy... a u źródeł tego wszystkiego leży zawsze: przychód, rozchód i ryzyko. Tymi pojęciami można opisać całą tę rzeczywistość, która się teraz objawiła – nie „stała się nagle” - ona stała się jasna, dotychczas wszyscy się okłamywaliśmy, że jest możliwe wszystko, że nadeszły już takie czasy, że już się niczego nie traci, że bessy nie przychodzą, że złotówka umacnia się w nieskończoność, że firma jest w stanie powiększać przychody w tempie 20% rocznie w nieskończoność... To czysto psychologiczne zjawisko, oparte m.in. na reifikacji. Być może zaczynamy opisywać rzeczy abstrakcyjne tak, jak by były bytami fizycznymi po to, by te sprawy lepiej sobie wyobrażać, ale później sami ulegamy własnym zabiegom – i zaczynamy wierzyć w to, co przerysowaliśmy poprzez reifikację. Podajmy tego przykład.
Spotkałem się ostatnio z polemiką, której inicjator chciał w końcu rozwiać powszechne przekonanie, że rynek jest idealny. Sam fakt, że istnieje potrzeba by o tym rozmawiać, to dowód na pewne zidiocenie. Bo ten „rynek” to nie jest jakiś byt, tylko codzienne transakcje kupna-sprzedaży. Tylko i wyłącznie.
Dlatego mimo, że rynek jest wydajny i najlepiej działa, gdy jest wolny, to idealna konkurencja i idealna informacja jego uczestników, są pewnymi modelami. To, że mówimy że rynek jest taki właśnie, nie oznacza, że w krótkim terminie nie opłaca się każdemu z jego uczestników sytuacja, w której byłby monopolistą! Oczywiście że tak! Więcej – będzie nawet się angażował w politykę po to, by dostać monopol. Stąd też – paradoksalnie – największy beneficjent rynku, czyli potężny gracz na rynku, we własnym interesie dąży do usunięcia rynku. To jednak nie oznacza, że następuje koniec rynku... każda sytuacja w historii jest przejściowa! Tym bardziej w historii gospodarczej, gdzie motorem działania często jest chciwość! Monopolista, gdy zacznie przeginać... będzie aż do skutku atakowany przez odważnych, mniejszych konkurentów. Proszę sobie prześledzić ostatnie sto lat i poszukać przykładów upadków potężnych firm, prawie monopolistów na własnych rynkach. Jest ich wiele – chociażby spoglądając jedynie 10 lat wstecz. Bycie monopolistą demoralizuje... a zdemoralizowana firma długo istnieć nie może, choćby nawet państwo podtrzymywało trupa dziesiątkami lat.
Z jednej strony błędem jest reifikowanie rynku, jako jakiegoś abstrakcyjnego bytu, niewidzialnej ręki, czy kryzysu, jako nie wiadomo czego (a przecież „kryzys” to po prostu bankructwa firm na skutek popełniania błędów, które pociągają za sobą bankructwa ich kooperantów). Z drugiej zaś – idealizowanie i traktowanie modelu, jako czegoś więcej, niż model. Z trzeciej – traktowanie ostatnich pięciu lat, jako „historii”. To zdecydowanie zbyt krótka perspektywa.

pobudźwa gospodarkie!
nie wiem na ile powyższe rozważania wydają się strawne, ale w moim przedziale szwargoczą sobie trzy młode damy rodem z Ostrowa Wielkopolskiego, które teraz przeszły na etap czesania się nawzajem. Chciałem czytać – nie dało się. Piszę bloga – daje się jako tako.
Wracamy do tematów gospodarczych. Czytałem ostatnio w Gazecie Polskiej wywiad z Jarosławem Kaczyńskim, który optuje za powiększeniem deficytu budżetowego celem „pobudzenia gospodarki”. Nie wiem co na myśli miał Prezes Kaczyński... ale spróbujmy rozpatrzyć sytuację przez analogię z kotem Alikiem.
Wyobraźmy sobie, że jesteśmy w posiadaniu kota Alika. Kotek nasz szalał sobie cały dzień, marcował się z koleżankami, wściekał na podwórku jak nigdy... przychodzi noc... Alik słania się na łapkach, ogon podkurczył, oczka mu się kleją... a my wciąż chcemy słuchać jego marcowego mruczenia i miauczenia. Traktujemy go zatem kawą i zastrzykiem z adrenaliny! Nawet jeśli Alik przez kolejną dobę będzie aktywny... a nawet i przez kolejną ... to w końcu albo nam w końcu kopyrtnie, albo jak mu damy spokój, to będzie nam spał przez dwie doby i cierpiał na niestrawność.
Pobudzajmy, pobudzajmy, panie Prezesie! Politycy to najlepsi twórcy... kolejnych kryzysów.
grahamki
co zatem zrobić w świetle powyższych dwóch notek? Jeśli mamy zamiar mądrzyć się, albo choć tylko rozumieć tematy z gospodarką związane, to bierzmy się za naukę. A uczyć się można jedynie od ekonomistów, którzy nie dokonują kreacji tylko i wyłącznie metodą używania niezrozumiałych słów... mowa więc o „Austriakach”. Książki, które wymieniłem w Pogadance na temat istoty kryzysu – Hayek, Rothbard i Mises – są nadal aktualne!
Natomiast jeśli zamierzamy dodatkowo coś zarobić... to – jak już pisałem ostatnio – bez „Inteligentnego inwestora” Benjamina Grahama nie ma o czym myśleć! Nie tylko wieloletnia perspektywa, bogaty materiał dokumentacyjny z przeszłości, ale i porządna teoria. Wyrosła właśnie z praktyki!

jak zostałem Putinem Opus Dei?
nie wiem, czy wszyscy wiedzą, ale zostałem Putinem Opus Dei! Ów zaszczytny tytuł nadał mi sympatyczny komentator blogu Barta (pamiętacie Barta, z którym konkurowałem w konkursie na Bloga Roku 2008? no, Bart zaczął zresztą gnyszkobloga komentować!) - niejaki eli.wurman. Zauważyłem, że otrzymuję przekierowania z Jego bloga. Zajrzałem... i w liście linków pod tytułem „Blogi twojej starej” znalazłem link właśnie „Putin Opus Dei”. Zgadnijcie dokąd prowadzi?
Sprawa to dla mnie wielce ciekawa i chyba jasna... stanowi piękny przykład różnicy między światem wyobrażonym, a realnym – i tego, że świat wirtualny – choć stwarza pozory wielkich możliwości poznawczych – to jednak świat domysłów, wyobrażeń i uprzedzeń.
Ale za ów pocieszny tytuł, eli.wurmanowi bardzo dziękuję!

Szostkiewicz a ultrakatolicy
nie lepiej, niż w blogosferze, jest w tradycyjnej publicystyce. Ostatnio niejaki Szostkiewicz Adam, rzekomy znawca religii z „Polityki” napisał o „ultrakatolikach i katolickiej prawicy” w kontekście zdjęcia ekskomuniki z Bractwa św. Piusa X. W tej grupie dostrzegł Marka A. Cichockiego z „Teologii Politycznej”, który jest luteraninem!
Panu Szostkiewiczu gratulujemy rozeznania!

a rok temu
http://maciejgnyszka.blogspot.com/2008/03/1-iii-2008-sobota.html

myśl na dziś
Modlitwa nie jest przywilejem mnichów. Jest obowiązkiem chrześcijan, mężczyzn i kobiet, którzy żyją w świecie i wiedzą, że są dziećmi Bożymi.
św. Josemaria Escriva, Bruzda, nr 451




2 komentarze:

Marek pisze...

"stanowi piękny przykład różnicy między światem wyobrażonym, a realnym – i tego, że świat wirtualny – choć stwarza pozory wielkich możliwości poznawczych – to jednak świat domysłów, wyobrażeń i uprzedzeń."

No nie stanowi pięknego przykładu różnicy między światem wyobrażonym a realnym. Jeśli Ci się wydaję, że uważam Cię za jakiegoś cholera-wie-almighty-w Opus Dei, to znaczy, że ciągle mieszają ci się teh internety z rzeczywistością.

Poza tym: ja nie jestem uprzedzony w stosunku do Ciebie. Ja po prostu na tyle kojarzę twoje różne aktywności, że se je mogę ocenić i mogą mi się nie podobać (jak np. palma pierwszeństwa wśród internetowych akwizytorów, czy motyw z Twoim wypłynięciem na sprawie tej czternastolatki).

Maciej Gnyszka pisze...

Marku, jasne. Mówimy o tym samym. Widzę po prostu, że konsekwentnie budujesz wyobrażenie mnie na podstawie ogólnie dostępnych informacji. Nie musisz mnie uważać za nie wiadomo kogo, oczywiście. I nie mam Ci niczego za złe, po prostu twierdzę, że są to domysły i wyobrażenia. W tym akurat wypadku. A czy uprzedzenia - nie wiem, to wiesz tylko Ty, przecież Ci do głowy nie wejdę :)

Bardzo mnie rozbawił jednak ten tytuł "Putina" i z czystej sympatii chciałem o tym napisać :)

ciekawostki: