jak to dzisiaj budziet?
dziś należy się kochanym Czytelnikom odpoczynek! Nie, nie od klikania - od czytania! Dlatego sporo dziś można obejrzeć (zdjęcia poniżej i dobranocka!)! Jeśli zaś chodzi o tematykę - dziś sobie leciutko pobajamy, żeby lepiej nam się spało, bo jutro... o! Jutro to mamy ciężkie niedzielę!
jak to dzisiaj było?
dziś dzień wytężonej roboty! Pangruszka wcielił się w rolę korepetytora z fizyki budowli (zwanej przez tubylców Bauphysik)! Od 10:00 aż do godzin wieczornych, tj. do okolic 17:00, kiedy to wróciliśmy z Simonem do naszej wioski olimpijskiej i udaliśmy się na zakupy do Tengelmana (tym razem obyło się bez antypolskich incydentów)! Simon podwiózł mnie, bo wyjątkowo przyjechał samochodem, zamiast rowerem (w tym drugim pojeździe zagościł tzw. kapec).
Nagadałem się na wydziale - oj nagadałem! Najśmieszniejsze jest jednak to, że choć na wykłady z Bauphysik uczęszczałem regularnie, to jednak istnienie zadań do każdego działu skryptu odkryłem dopiero przed Bożym Narodzeniem i zacząłem je wypełniać w Kudowie! Zrobiłem ich z 80%, ale wciąż myliły mi się pojęcia, w stylu Durchlasswiderstand, Durchgangskoeffizient, Durchuebergangskoeffizient, Durchgangswiderstand, etc. A tego niestety trzeba używać. Po Świętach nie miałem czasu na Bauphysik - aż do dziś. Świetnie sobie przedmiot odświeżyłem, idąc tak naprawdę na żywioł, co było najwyraźniej niezauważalne, bo komilitoni obwołali mnie geniuszem fizycznym... Hmmmm... Czy ktoś poza mną umie używać dwóch wzorów równocześnie? Chyba niejedno polskie dziecię...
A więc zakupy - po nich krótkie pitu-pitu z Simonem, szybkie nagotowanie obiadu, przelotne gaworzenie z Oleńką na Skypie i publikacja dobranocki! A potem? Potem właśnie wyjazd na Schackstrasse, gdzie przybywszy zziajany dowiedziałem się, że pół godziny temu właśnie skończyli, ale mogę zostać na kolację! Hie hie... Najedzony pod sam korek, zziajany jak pies Saba, pangrzyzga uzna, że pójdzie do kaplicy, tym bardziej, że dziś nie nawiedzał Pana Jezusa w kościele, chwilę sobie pogaworzy i pobiesiaduje z domownikami i paroma gośćmi, którzy zostali po spotkaniach. Było bardzo miło, wszyscy prócz mnie jedli spaghetti (ja czułem jeszcze resztki mielonego tu i ówdzie...) - a pangruszka popijał na przemian - to herbatkę, to winko białe francuskie. Wyborne! Bardzo miły wieczór, wspaniale sobie pobiesiadować ze znajomkami po ciężkiej robocie! Pamiętacie co napisałem kiedyś o drugiej tajemnicy radosnej Różańca? Nie bez kozery rozważamy jak to Maryja Panna odwiedziła św. Elżbietę! Nie bez kozery...
Szturm!
od paru dni blog przeżywa szturm gości! Codziennie jest ich ponad 150 i ciągle im mało! Powód? Hehehe... drobny marketing z mojej strony na paru forach internetowych... Martwi mnie jednak to, że kiepsko klikają w googlowe linki - stara gwardia wie, co robić, a świeżakom trzeba przypominać! Zrobię więc to nie wprost:
panjanusz i służba zdrowia
jeśli chodzi o wczorajszą dyskusję nt. wolnego rynku i tego, czy ludzie zechcą pomagać innym w sytuacji pełnej wolności. Otóż, przeczytałem w przedostatnim Najwyższym Czasie (http://nczas.com/) artykuł Janusza Korwin-Mikkego, w który pisał o tym, dlaczego nie wspiera Orkiestry niejakiego Owsiaka Jerzego (skądinąd socjalisty, ale takiego który nie tylko gada, ale i coś robi). Otóż powód dla którego jegomość z muszką nie wspiera WOŚP jest taki, iż twierdzi, że urzędasy odpowiedzialne za tzw. służbę zdrowia kalkulują mniej więcej tak: OK, Owsiak da kolejne parę milionów na szpitale, więc te, które my mamy możemy sobie wydać inaczej - a to nz dodatki, a to na konferencje, premie, etc. Mowa więc o zjawisku worka bez dna - proszę zauważyć, że sam pieniądz nie jest w stanie zrobić nic - do tego potrzeba jeszcze odpowiednio uformowanych ludzi. Jeśli system jest chory i zdemoralizowany - można wpompować w niego miliardy czegokolwiek i nic nie zdziałać. Podobnie było i jest ze wschodnimi landami Niemiec - jak były biedne i zasyfiałe - tak są nadal. Niemcy pompują w nie miliardy Euro i nie zmienia się zbyt wiele.
Co mówi zatem pan Mikkie jako konkluzję? Mówi, że jeśli system będzie taki jak trzeba - a więc prywatne usługi medyczne, które o klientów konkurują, wówczas sam Mikke z przyjemnością i w pierwszym rzędzie uda się na kwestę, by pomóc tym, którzy nie mogą sobie poradzić sami. Moja uwaga - to nie oznacza, że obecnie należałoby nikomu nie pomagać. Jasne, że tak! Pomagać jednak bezpośrednio, a nie w ramach chorego, nieudolnego i niereformowalnego systemu tzw. służby zdrowia, który niebawem runie sam z siebie. Sam jestem zresztą tego dość dobrym przykładem. Reasumując - pomagać należy zawsze, ale ludziom, a nie systemowi, który mówi że pomaga, a jedynie kradnie i nie pomaga. A jeśli pomaga, to stokrotnie mniej, niż by mógł pomagać.
z wolnym rynkiem jak z torebką...
bo trzeba wiedzieć, że z wolnym rynkiem jest jak z torebkami od Louis Vuittona (tak to się pisze?). Albo torebka jest oryginalna, albo nie - albo została w całości kupiona w salonie, albo ma tylko metkę od Vuittona. Podobnie z wolnym rynkiem - albo mamy wolny rynek, albo wolny rynek z domieszkami socjalizmu, czyli socjalizm.
Odnoszę się tu do komentarza kol. sporadyczny. Te dwa terminy być może wydają się zwykłym uogólnieniem, ale proszę mi wieżyc lub nie, stoi za nimi długa tradycja ciągnąca się jeszcze od początków szkoły austriackiej oraz głębokiej myśl obejmująca refleksję ekonomiczną na temat wspomnianych wyżej systemów.
To oczywiście nie może przeszkadzać w stopniowaniu - niektóre ustroje są bliższe ideałowi wolnego rynku, niektóre dalsze. Niekiedy jednak warto wyjść od dzielenia włosa na czworo i dostrzec ku czemu tak naprawdę dążyć się powinno.
radocha!
chciałem powiedzieć, że bardzo się cieszę, że przyjedzie do mnie na ferie Oleńka a potem Rodzice! Ale się naoprowadzam! Ale napokazuję! Wszystkie zakamarki, gdzie byłem! Zanudzę opowieściami jak śledzie po żydowsku!
myśl na dziś
Żadna dusza - żadna! - nie może być dla ciebie obojętna.
św. Josemaria Escriva, Kuźnia, nr 951
sobota, 26 stycznia 2008
[26 I 2008] sobota, św. biskupów Tymoteusza i Tytusa - post właściwy
Autor:
Maciej Gnyszka
o
1/26/2008 09:31:00 PM
0
komentarze
Etykiety: jkm, służba zdrowia, studiowanie, wolny rynek, wośp, zdjęcia
wtorek, 4 grudnia 2007
[4 XII 2007] wtorek, Barbórka i św. Jana Damasceńskiego!
witamy!
witam na moim blogu w ten środowy dzień Czytelników METRA. Miło, że tu trafiliście! Zachęcam Was do przebrnięcia przez archiwum (mało tego - zacząłem pisać w październiku), z którego dowiecie się kim jestem, co robię i dlaczego należy klikać w reklamy Gugla i co ma z tym wspólnego Lexus SL. No, do roboty - klikniem, bo odwykniem!
cuda, cuda rozgłaszają
zbliżają się Święta Bożego Narodzenia (ciekawe, tak jest u nas - tutaj, w Monachium, świętują Święto Krasnala, mniejsza o to) i słyszę, że już co niektórzy zaczęli ogłaszać cuda. Otóż, niejaki Tusk Donald, ogłosił że zrobi cud gospodarczy. Mniejsza o to jak to zrobi - skoro powiedział, że cud będzie, to będzie.
Mnie natomiast zajmuje to, że obiecali mi już w przedszkolu drugą Japonię. Za niedługo - z tego co przez mgłę pamiętam - przyszedł kryzys singapurski, który pociągnął za sobą kryzys ogólnoświatowy. Całe szczęście, że tej Japonii nam tu nie zrobili, bo mielibyśmy najwidoczniej to samo. Potem fala samobójstw jak w Kraju Kwitnącej Wiśni, no i jesteśmy umoczeni!
Teraz KLD, przepraszam UW, błąd! - PO, z nieśmiertelnym Panem Donaldem przebąkuje coś o Irlandii. Super. Pewnie chodzi o to, by kebab można było kupić na każdym rogu, a budowę społeczeństwa obywatelskiego stymulować koniecznością tworzenia samoobrony przed emigrantami. Jeśli tak - to ja za Irlandię dziękuję, wolę po prostu Polskę.
Więc na czym będzie polegał cud? Ano na tym, że prawie 20 lat po odzyskaniu niepodległości Polacy kolejny raz okazują się na tyle niemądrzy, by wierzyć że cud gospodarczy ziści się bez prawdziwie wolnego rynku (nie, moi mili, pandonald jest liberałem jedynie w obecnym europejskim sensie, Lord Acton ręki by mu jako socjaliście nie podał) i jego chrześcijańskich podstaw.
ojojojoj
łojojoj, ale pangruszeczka się narobił przez ostatnie tygodnie. Narobiłem ci ja się jak nieboskie stworzenie, a raczej jak boskie, boć tylko ludzie pracują (odsyłam do caaaaałej myśli Jana Pawła II i kard. Wyszyńskiego na ww. temat) między stworzeniami. No, więc się narabotałem wraz z Danielem, by podnieść moją nową grupę z konstrukcji na nogi. Efekt - mamy od groma materiałów do pokazania na jutrzejszym przeglądzie. Coś jeszcze? Poświęcone na robotę weekendy w poprzednim czasie, tak że zapomniałem już, że na Socratesa to się jeździ na wczasy...
Afryka
na dzisiejsze zajęcia z socjologii, pangruszka musiał przeczytać ogromniasty tekst na temat rethinkingu space'u w Londynie w wymiarze globalnym. Tekst Doreen Massey, dość porządnie napisany, choć autorka nie uniknęła bajania o globalizacji, neoliberalizmie, i innych banialukach. Ale w porządku, w porównaniu z innymi tekstami ze skryptu (poza tym, że autorka najwyraźniej zakochała się w złodzieju z Wenezueli, Chugo Chavezie).
Co natomiast mię zaciekawiło, to ubolewania autorki nad tym, że pielęgniarki z Afryki emigrują do Londynu. Dlaczego pani ubolewa? Ano dlatego, że choć są dobrze wykształcone, to jednak to jest niesprawiedliwe, bo w Afryce ich brakuje i albo powinno się tego zabronić, albo Londyn powinien płacić krajom afrykańskim za to, że ich obywatele emigrują do owego miasta. Dlaczego? A bo tak, bo to jest sprawiedliwość.
Wyobrażam sobie konsekwencje owego działania - każdy kraj płaci innemu krajowi za każdego obywatela, który wyemigrował, inne kraje skapną się jakie lody można na tym kręcić i zaczną masowo wysyłać swoich na Zachód.
absurd
propozycja jest oczywiście absurdalna. Pani Massey, nie wiem, czy pani to czyta, pewnie nie - wszak już późna pora - ja pani wytłumaczę, jak umiem. Otóż, pielęgniarki mają prawo wyemigrować sobie tam, gdzie chcą i gdzie są chciane. To, że wybierają Londyn i są tam chciane, świadczy o dwóch sprawach: że w Londynie otrzymują zadowalające pensje, oraz że ów rynek potrzebuje pielęgniarek. I co? I nic.
Natomiast jeśli się już użalamy nad Afryką, to lepiej już zamiast pompować tam bez potrzeby pieniądze, proszę lepiej gardłować nad otwarciem rynków na towary z Afryki, proszę gardłować przeciw popieraniu tamtejszych reżimów wojskowych, proszę przyjmować Afrykańczyków na studia do siebie i rozbudzać w nich ambicję, żeby wrócili do swoich krajów i zrobili tam porządek.
Mają Anglicy kaca moralnego po kolonizacji - niechaj nie robią kolejnych głupot.
co się dzieje z panemgruszką?
nie wiem, czy tu powietrze nieświeże w Munchenie, ale przez cały miesiąc nie zorientowałem się, że skoro regularnie, gdy przychodzę co dwa tygodnie na socjologię i mówią mi, że dziś zajęć nie ma, lecz za tydzień, to nie znaczy to, że zajęcia znów odwołano, tylko że odbywają się co dwa tygodnie... Lepiej późno niż wcale!
do widzenia
a zdarzyło Wam się drodzy Czytelnicy powiedzieć swojemu odbiciu w lustrze do widzenia? Ja mam na koncie jeden taki wyskok. Zawiązałem sznurówki, zabieram się do wychodzenia do kolejki, i nagle widzę, że naprzeciwko ktoś stoi - Do widzenia.
Podobno ssaki naczelne rozpoznają się w lustrze?
czy Piłat wiedział co to jest grzech?
niektórych zmroziło w tekście Zawodowcy, to że ludzie z Opus Dei unikają pokus. Dziwaki, prawda? Pewnie też tylko oni odmawiają w Ojcze nasz fragment ...i nie wódź nas na pokuszenie... O co chodzi? Co do tego wszystkiego ma Poncki Piłat?
Wyjaśnię nie wprost. Otóż, często spotykamy się z takim bajaniem o tym, że należy wszystkiego spróbować, bo to takie bardzo niezdrowe wśród katolików np. bać się pornografii, jak ktoś nie chce się gapić pożądliwie na niewiasty - ooooo, na pewno jakiś spięty i z kompleksami. A tu ktoś po prostu unika pokusy. Z dwóch względów. Po pierwsze - nie oszukujmy się, ciency jesteśmy jak d... węża, wystarczy spojrzenie, by uruchomić machinę... Zresztą odsyłam do wypowiedzi niejakiego Pana Jezusa o pożądliwym spojrzeniu i cudzołóstwie. Po drugie - no właśnie, teraz historyjka.
Wyobraźmy sobie panią i pana, którzy się kochają. Przychodzi do pana inna pani i mówi: Ej, chodź no tutaj ten-tego tralalalala, co? Co on na to? Ma parę opcji:
1/ Odejdź ode mnie upadła niewiasto, kocham moją żonę i nie zamierzam jej zdradzać.
2/ [facetowi krew odpływa w inne rejony] Dobra.
3/ [facetowi nie cała krew odpłynęła i jeszcze wydaje mu się, że myśli] Hmmm... wystawię się na próbę, zobaczę jak się będę czuł gdy zdradzę, żonę, bo jeśli nie będę miał wyrzutów sumienia, to jej nie kocham tak naprawdę, należy to sprawdzić... Dobra.
Grzech jest zdradą Miłości. Zdradą. I tak jak idiotyczne są rozumowania 2/ i 3/ w przypadku zdrady człowieka (żony, męża, kogoś innego), tak tym bardziej głupie jest bajanie o konieczności spróbowania wszystkiego, choćby było grzechem.
język, język
Tylko, że taka gadka o tym, że to trzeba próbować, bo wtedy się nie wie czy się naprawdę kocha Boga, nie wie się co się krytykuje, bardzo ładnie brzmi. Natomiast gdy ów zakłamany język odczarować (zakłamany, bo nie uwzględnia paru przesłanek, które wyłuszczyłem w opowiastce) - wówczas wszystko staje się jasne.
wszystkiego najlepszego
co do języka jeszcze. Czy zna ktoś kobietę, która będąc w ciąży cieszy się i woła męża, gdy czuje że płód ją kopie? Albo taką, która kupuje śpioszki różowe, bo narodzi się płód płci żeńskiej? Albo inną jeszcze - taką, która nie pali papierosów, albo nie przebywa w zadymionych pomieszczeniach, bo płód będzie chory? Z całą pewnością - nie, chyba że owa dama przedtem spadła z trzeciego piętra i przestawiły jej się klepki.
myśl na dziś
Jeżeli ponownie oddasz się w ręce Boskie, otrzymasz od Ducha Świętego światło rozumu i siłę woli.
św. Josemaria Escriva, Kuźnia, nr 424
Autor:
Maciej Gnyszka
o
12/04/2007 10:09:00 PM
4
komentarze
Etykiety: aborcja, afryka, gospodarka, grzech, katolicyzm, polityka, społeczeństwo, studiowanie, tusk, wolny rynek
piątek, 26 października 2007
[26 X 2007] piątek. Pan Jezus umarł
ogłoszenie niedrobne
moi Drodzy i Kochani! Po tym, jak wczoraj napisałem posta długości gazety, tj. takiej długości tekstu, jakiej nie posiada większość firm na swoich stronach, uznałem podać do publicznej wiadomości, co następuje:
w związku z tym co wyżej, oraz tym, że popyt na bloga panagrzyzgi w niezrozumiały sposób rośnie (w Irlandii wszystko rośnie!), oraz w związku z tym, że pewnie nikomu takich długich głupotek nie chce się czytać, oraz mając na uwadze ograniczone zasoby czasowe panagrzyzgi, oświadcza się iż odtąd posty panagrzyzgowe nie będą rekordowo długaśne.
maile od Radiosłuchaczy
nie uwierzycie, ale od zawsze dostaję dużo maili. Sęk w tym, że teraz dostaję ich więcej. Aby niektóre się nie powtarzały, postanowiłem na jednego - niezwykle inspirującego - odpisać. Nazwisko do wiadomości redakcji. Kursywa - tekst maila, normalny - pangruszka.
Przeczytałem Twojego bloga i...
... w większości się zgadzam, a czasem nie. Jesteś raczej inteligentnym gościem. Wyglada na to, że i prawym.
Autor dał się ponieść emocjom, jeśli chodzi o komplementy, wobec tego sprostuję - nie jestem zbyt kumaty, a jeśli chodzi o prawość, to jej poziom każe mi codziennie modlić się o własne zbawienie...
Zależy mi na Twojej szczerej odpowiedzi -
1.Z jakiego powodu głosowałeś na UPR?
Głosowałem na UPR z kilku powodów. Primo, nie chciałem na PO, bo nie odpowiadają mi ważni ludzie w niej, oraz program, który głosi. Secundo, nie chciałem na PiS, bo nie odpowiadają mi niektórzy ważni ludzie w nim, oraz program, który głosi. O LiD, PSL, PPP, PK i innych kreaturach nie wspominam. Tertio, na UPR głosowałem dlatego, że odpowiada mi program, który głosi, oraz ludzie którzy w jej skład wchodzą (choć nie wszyscy - nie ma to jednak przełożenia na kwestie programowe, jak w przypadku PO i PiS, gdzie obecność pewnych osób oznacza brak działań w sferach, które mnie interesują). Po prostu.
2. Czy sądziłeś, że dostaną się do sejmu?
Tak. Rozwinę, żeby nie było tak łyso. Sądziłem, że się dostaną dzięki wspólnej liście z LPR i PR (tej drugiej też kibicowałem!). To bowiem przełożyło się na większe - niejako wymuszone - zainteresowanie mediów. Inna sprawa - ogromna mobilizacja kampanii w internecie. Obejrzyjcie sobie www.upr.org.pl jaki tam zapał i optymizm panował/panuje!
To nie są pytania złośliwe. Pytam, bo chcę wiedzieć.Głosowałem na PIS. Liberałów się boję.
Ja się liberałów nie boję, poza tymi liberałami, których wykształcony człowiek powinien nazywać libertynami. Cóż, jeśli na Zachodzie uważa się, że np. Daniel Cohn-Bendit i jego kumpel - Adam Michnik, to liberałowie, to ja takich liberałów się boję. Facetom marzy się socjalizm, nowa rewolucja seksualna, przymus intelektualny i poprawność polityczna. Takich bym się bał.
Piękny scenariusz ułożyłeś z powstaniem piekarni z czasów Teacherowej. Ale żeby Ci wyszło zrobiłeś sobie kilka /pasujących do założonego rozwoju sytuacji/ założeń.
Jasna sprawa - gdybym historyjkę chciał opowiedzieć w całości, wyszłaby książka pt. "Ekonomia". Przy okazji, polecam "Economy in one lesson" noblisty, Henry'ego Hazzlita. Poza tym, nasuwa mi się skojarzenie z tekstem twórcy którejś z amerykańskich fundacji na rzecz wolnego rynku. Tekst mówi o powstawaniu ołówka z gumką. Ma ponad dwadzieścia stron, które uwidaczniają, ile osób, ile myśli i wynalazków z całego świata trzeba, by wyprodukować jeden marny ołóweczek...
A jeśli ci bezrobotni nie posiadają piecyka, albo 1000 funtów w skarpetce...Słyszałem wiele tego typu historyjek. Schemat jest podobny: jest dobrze, potem zmienia się sytuacja i jest źle, no to wówczas ludek okoliczny główkuje, wpadają na pomysł, znajdują środki (w cudowny sposób) i jest OK.
W porządku, wówczas idą sobie do fundacji prowadzonej akurat przez jakiegoś katolickiego bogacza, któremu państwo nie odbiera środków na filantropię, mówią mu że mają patent na tani chlebek i mamy spółkę typu joint venture. Żarty żartami, ale Panowie owi mogą się w końcu zatrudnić (chyba że Państwo chcąc ich ratować podniosło płacę minimalną, wtedy nikt ich nie zatrudni...). Ba, mogą przecież stać się staczami kolejkowymi za chlebem, itd. Możliwości jest pięćset tysięcy miliardów!
Jednakże, warto byłoby się też zastanowić dlaczego chleb zdrożał. Zdrożał albo dlatego, że była klęska żywiołowa i nie ma pszenicy - wówczas nawet jeśli rząd ureguluje cenę, okradając producentów, chleba nie przybędzie. A jeśli nie klęska, to po prostu mamy do czynienia z kartelem piekarzy, który należy rozbić albo administracyjnie, albo nieadministracyjnie w taki sposób, że nagle wchodzi na rynek piekarnia z Polski, której opłaca się przewozić pieczywko w polonezach i sprzedawać o połowę taniej. Wówczas kartel się rozpada, bo jego członkowie tracą klientów nader szybko.
Albo w drugiej wersji (ta bardziej mi się podoba) dzielą się zadaniami i zaczyna być dobrze.
No, nie musi być dobrze, bo jeśli się podzielą tak, że jeden kupuje wińsko, drugi zbiera datki, trzeci stoi za winklem, to sytuacji swojej nie poprawią...
Ale historia pokazuje, że istnieją takie trutnie, że nie chcą myśleć; albo takie tępaki co nie wpadną na pomysł; albo takie palanty, że nie zgromadzili w skarpetce nic; albo, tacy co o siebie nie dbali i teraz chorują i nie mogą pracować; albo itd. Zawsze tacy byli, zawsze tacy gdzieś są i zawsze tacy będą. Skąd wiem? z Ewangeli: "...biednych zawsze mieć będziecie miedzy sobą..." - wówczas, gdy jeden gorliwy apostoł chciał sprzedać naczynia a pieniądze rozdać. I co z takimi zrobić? Jest rydzyko, że ci mądrzejsi nie koniecznie będą chcieli wspierać tych mniej mądrych.
Jasne że tacy byli, są i będą, co do tego nikt nie ma wątpliwości. Dlaczego jednak to Państwo ma się o nich zatroszczyć? Dlaczego mam wpłacać 100zł na biednych Państwu, które biednym da 9zł, zabierając po drodze na panią Zosię zza biurka, na to i na tamto? Wolę dać prywatnej fundacji, czy samemu komuś pomóc, bo: po pierwsze będzie to skuteczniejsze, po drugie zaś - dam dobre świadectwo, po trzecie - będę czuł solidarność z biednymi, będę mógł im rzeczywiście pomagać, poznać ich życie, wreszcie - doskonalić się w co najmniej kilku cnotach. A co się dzieję, gdy daję to w podatku? Ani oni za dużo z tego nie mają, ani ja nie nabieram niczego innego, jak przekonania, że czego mi tu jeszcze łażą po ulicach i żebrzą, skoro już dałem! Warto zaznaczyć, że po wprowadzeniu w XIX w. podatku na biednych w Anglii, skokowo spadł poziom zwyczajowej dobroczynności...
Zresztą, gdyby wszystko było dobrze, to nie istniałoby tyle fundacji prywatnych, bo Państwo wszystkiemu by sprostało.
Wracając do Ewangelii - Apostołowie pomagali sami, nie oddawali tego obowiązku Państwu.
Dobić, zostawić, wprowadzić podatki zdrowotne, ubezpieczeniowe, chorobowe i emerytalne? Ułóż scenariusz dla takiej sytuacji, wujku Dobra Rado /motyla noga!/
Kto mówi o dobijaniu, zostawianiu? Podatek zaś najlepiej zlikwidować, bo niczego dobrego płacącym nie przynosi. Już lepiej wpłacać co miesiąc równowartość składek na Otwarte Konto Oszczędnościowe w ING - więcej na tym zyskamy na czarną godzinę. Chcę także zwrócić uwagę na to, że kiedyś ludzie się ani nie ubezpieczali, ani nic, a jak ktoś zachorował, zaraz sąsiedzi spieszyli z pomocą, datki w parafii zbierali, rodzina robiła zrzutę. A teraz jest jak? Tak samo, bo pieniądze, które oddało się Państwu leżą u krawaciarza w kieszeni, który co cztery lata mówi o wrażliwości społecznej.
Obym nie był źle zrozumiany: tępakiem można zostać np. w sytuacji, gdy rodząca matka nie ma kasy dla lekarza położnika i ten nie dość się przyłoży do swojego zadania i dziecko rodzi się z zespołem Downa i mądre nie jest.
Jasne. Widzisz, tylko że jeśli lekarz jest państwowy, to matce bez łapówki i tak spitoli poród. A tak - matka nie płaciłaby żadnej składki, oszczędziła sobie na poród, zapłaciła tyle ile usługa jest rzeczywiście warta (bez wyzyskiwania lekarza na państwowym kontrakcie) i wszyscy, łącznie z dzidziusiem, którego nikt by nie tarmosił - byliby zadowoleni.
Jest ryzyko (już bez "d"),że mój mail jest pierwszy i od razu taki atak. Nie jest tak: Twój blog mi się podoba, nie trać nadziei...
Nie tracę nadziei, to ważna cnota! Poza tym, bardzo dziękuję za maila i odsyłam do innych stron na ten temat. Jeśli chodzi o zagadnienie wolny rynek a Kościół, polecam dorobek Instytutu Actona www.acton.org i nie tylko... ale to już mailowo!
co to jest dziś?
dziś jest dzień, w którym byłem dwukrotnie w pracy, naharowałem się przy porządkowaniu i ewidencjonowaniu rysunków i opisów technicznych do tej inwestycji pod Koszalinem (jestem pod wrażeniem złożoności projektu, jak i samej dokumentacji), byłem na zajęciach, w Polskiej Misji Katolickiej... oczywiście Skype też był w użyciu, tym razem też z Rodzicami Oleńki i Oleńką, którzy towarzyszyli mi przy robieniu racuchów na kolację. Rano natomiast oddałem dowód wpłaty, żeby mię tu nie wyeksmitowali - miałem wpłacić do dziś. Dziś też, jakiś czas temu, umarł Pan Jezus. Tajemnice bolesne Różańca. Kto ma - niech chwyta i odmawia, październik się kończy!
wierszydełko
miało być krótko, a nie jest! Mam pytanie, jak miewa się wielka fanka panagrzyzgowej poezji, Edyta D******a z miasta Wrocławia?
Krótkie wierszydełko zatem:
Ciepły rosół z okami
O, dokładnie tutaj
znalazłem niebieskiego pana Moniuszkę
na trawie
Teatrem Wielkim do dołu
okienne kwadraty
monumentalne
poprzetykane zielonymi panelami
kryły za sobą figury w pasiastych piżamkach
pijące soki
i sikające kaczuszce do dzióbka
oj tato kiedy wyjdzie mama
czy ciocia musiała umrzeć?
przecież piła dobry rosół
myśl na dziś
jak zauważyło sokole oko czytelnika, ostatnio św. Josemaria Escriva pisze o dziecięctwie Bożym. Dziś nie inaczej - w najbliższym czasie w rubryce będziem ciągnąć temat!
Uprzytomnij Jezusowi, że jesteśmy dziećmi. A ileż trudu kosztuje dzieci - małe i proste - pokonanie jednego stopnia! Oto próbują, zdawałoby się, nadaremnie, wreszcie wdrapały się, teraz jeszcze jeden stopień. Rączkami i nóżkami, wysiłkiem całego ciała, osiągają kolejne zwycięstw: jeszcze jeden schodek. I znowu. Co za wysiłek! Pozostało jeszcze tylko parę stopni... ale wtedy, jeden niezdarny ruch i bęc!... na dół. Całe potłuczone, zalane łzami, biedne dziecko zaczyna znowu wchodzić do góry.
Tak też dzieje się z nami, Jezu, kiedy zdajemy się tylko na siebie. Weź nas w swoje czułe ramiona jak wielki i dobry Przyjaciel dziecka. Nie opuszczaj nas, zanim nie wgramolimy się na górę; a wtedy - ach, wtedy! - potrafimy odwzajemnić Twoją łaskawą miłość z dziecięcą odwagą, mówiąc Ci, słodki Panie, że wśród śmiertelnych ludzi, za wyjątkiem Maryi i Józefa, nie było i nie będzie nikogo - choć niemało było prawdziwych szaleńców - kto by Cię kochał tak, jak ja Cię kocham.
św. Josemaria Escriva, Kuźnia, nr 346
Autor:
Maciej Gnyszka
o
10/26/2007 10:23:00 PM
2
komentarze
Etykiety: dobroczynność, ekonomia, liberalizm, listy, poezja, polityka, praca, służba zdrowia, wolny rynek






